Klatka dosłowności

9d0152ff-74c4-4b30-9fb3-7721e795c400Gdy zaczęłam czytać artykuł „Dorosłe dzieci pozywają rodziców. Powód? Złe dzieciństwo” nastawiłam się na to, że przeczytam historię osób głęboko zaburzonych, niezdolnych do społecznego funkcjonowania, które – maltretowane przez rodziców, gwałcone i przykute do kaloryfera lub trzymane w ziemiankach pośród szczurów – nie nabyły umiejętności samodzielnego życia i proszą państwo polskie o wsparcie. Tymczasem przeczytałam o ludziach wykształconych, mających dobrą pracę, funkcjonujących społecznie, którzy upatrują przyczyn swoich życiowych niepowodzeń w dysfunkcyjnych (jak to się ładnie mówi) domach pochodzenia. Bohaterzy artykułu: pan koło trzydziestki, wykształcony pracownik korporacji (informatyka, finanse), borykający się z problemami zdrowotnymi – jego rodzice mieli zaniedbywać jego zdrowie i higienę;  miła pani po trzydziestce – wykształcona, pracująca, która założyła rodzinę i której rodzice kazali pracować w polu, wiedli do dentysty na wyrwanie zębów i zaniedbywali kwestie higieny. Oraz miła pani po czterdziestce, córka alkoholiczki, która ma za sobą dwa rozwody i nadal uważa – mimo terapii – że matka miała moc „zniszczenia jej życia”. Osoby te rozważają pozwanie swoich rodziców za „złe dzieciństwo”. Jak twierdzi adwokat pozwanych, trzydziestolatek za poduszczeniem swojego psychologa złożył nawet pozew przeciwko swoim rodzicom, lecz nie wpłacił opłat sądowych.

Nie twierdzę oczywiście, że nie jest krzywdą nieleczenie zębów czy bicie. Według naszych współczesnych norm (higiena, ochrona zdrowia, miłość rodzicielska) cytowane domy były wychowawczo niewydolne a dorośli niezdolni do pełnej opieki nad dzieckiem.  Nie będę też ważyć życia wiejskiego dzieciaka w Polsce lat 80′ czy 90′ a – powiedzmy – życia wiejskich dzieci w Laosie podczas wojny wietnamskiej czy dzieciaków z warszawskich podwórek w 1940 roku, bo jasne jest, że  „złe dzieciństwo” to model umowny, relatywny.

Chodzi o to, że  opowiadamy o sobie nieodpowiednią bajkę a ona wiedzie nas na manowce. Nie da się bowiem żyć teraźniejszością ani budować przyszłości, bazując na przeszłości, której – z natury rzeczy – nijak nie można zmienić.

Problemem jest dosłowność, usztywnienie.

Bohaterzy artykułu uwikłani są w narrację terapeutyczną pt.„to wina twoich rodziców”. Zakłada ona, że rodzice absolutnie zobowiązani są do bycia „wystarczająco dobrymi” rodzicami (widać to w cytowanej wypowiedzi: „Emilia kilka lat chodziła na terapię, zdaje więc sobie sprawę, że zachowanie matki wynikało z tego, że nie radziła sobie z własnymi emocjami. „Ale nic mnie to nie obchodzi – mówi. – My byliśmy dziećmi, które nic nie rozumiały, a ona, jak to matka, była dla nas całym światem.”). Dorosły jest w tej opowieści jedynie wypadkową, rezultatem oddziaływań rodziców (nadal Emilia: „przez swoją głupotę i niedojrzałość zniszczyła nam życie”). Jesteś cepem, trafnie pisał za Hillmanem o tej narracji Tomasz Stawiszyński. Jeśli nie wiedzie ci się w życiu lub czujesz się nieszczęśliwy, przyczyn tego stanu rzeczy poszukaj w dzieciństwie, głoszą w mediach eksperci. I oto jesteśmy skazani, bo zawsze tam coś przykrego znajdziemy, choćby dlatego, że jako dzieci byliśmy słabsi, zależni i nie rozumiejący mechanizmów życia. Ale narracja terapeutów to Dobra Nowina, daje również nadzieję: jeśli dokopiesz się do „zamrożonych” uczuć z dzieciństwa, „przepracujesz” je i zrzucisz na rodziców ogrom twojego wstydu i poczucia winy – będziesz lekki i szczęśliwy (patrz: Alice Miller, John Bradshaw i wielu innych). Jeśli nawiążesz z obcą osobą (terapeutą) więź idealną (czytaj: korekcyjną, leczącą), taką jak powinna być z idealnymi rodzicami, zbawisz się ku szczęściu. Continue reading


Ten wstrętny, mały sabotażysta

 cb0fe9de002806cf476e260aZatajenie grzechu ciężkiego jest grzechem ciężkim, wtedy mówi się o świętokradczej spowiedzi. Świętokradcza spowiedź (zatajenie grzechów ciężkich) powoduje nie tylko konieczność wyznania tego grzechu i grzechu zatajenia. Spowiedź taka jest nieważna, a więc żaden grzech ciężki wypowiedziany podczas tamtej (tamtych) spowiedzi świętokradczej nie został Ci odpuszczony. Musisz wyznać wszystkie grzechy ciężkie od ostatniej dobrej spowiedzi. Każda komunia święta przyjęta po spowiedzi świętokradczej czyli (lub) w stanie grzechu ciężkiego jest grzechem ciężkim, z którego też trzeba się wyspowiadać.

Forum Katolik

 

Jeśli spowiadający się zwleka lub zapomniał grzechy, to kapłan może zadawać naprowadzające pytania.

Wikipedia

 

Zwrócił moją uwagę pewien forumowy post:

 

Witam. Od kilku miesięcy uczestniczę w terapii poznawczo-behawioralnej, ze względu na występowanie depresji z lękiem panicznym. Po kilku spotkaniach z terapeutą (dodam że nie biorę żadnych leków) lęk paniczny ustąpił. Czasem pojawia się złe samopoczucie, ale jestem w stanie przejść przez to znacznie lepiej niż przed terapią. Niestety terapia zaczyna mnie męczyć i stanęła jakby w miejscu. Wiem, że jeszcze nie wszystko przerobiłam tak jak należy i wiem też że to jeszcze nie czas aby przerwać ten proces, ale wielokrotnie w czasie terapii mam opór wobec terapeuty i nie daję rady, aby o wszystkim mówić. Z drugiej strony boję się, że to może spowolnić cały jej przebieg i nie doprowadzić do poznania całej prawdy o mnie, ale całkowite otwarcie się przed kimś jest dla mnie nie do przeskoczenia. Nie wiem co z tym zrobić, być może źle trafiłam z wyborem terapeuty, ale lękiem napawa mnie rozpoczynanie tego procesu z kimś innym i przechodzenie tego znowu od samego początku. Czy to zdarza się podczas terapii i należy nad tym pracować czy zmuszanie się nie ma sensu?

i fragment odpowiedzi eksperta od dusz:

Szanowna Pani,
…Tym co przychodzi z łatwością, w czym jest Pani mocna nie trzeba się raczej w psychoterapii zajmować. Gdy natomiast pojawia się w rozmowach trudność, silne napięcie wewnętrzne czy lęk, to jest to zwykle znak, że właśnie natknęła się Pani na coś co jest dla Pani rzeczywiście trudne. Jeśli trudne w relacji z terapeutą to może wskazuje to na jakieś trudności w normalnym życiu. Stąd warto rozważyć czy nie chciałaby Pani warto uczynić tych trudności tematem kolejnych spotkań. W końcu podjęła Pani psychoterapię nie dlatego, że wszystko przychodzi Pani z łatwością.

Popularny obraz „oporu w terapii” (tego „małego sabotażysty” :)) znajdziemy tutaj:

lub tutaj

a tutaj wypracowanie o bezczelnych, trudnych klientach.

***

W wypowiedzi Autorki uderzyło mnie zdanie „to może spowolnić cały jej przebieg i nie doprowadzić do poznania całej prawdy o mnie” jako charakterystyczne. Po pierwsze zdradza wielką naiwność, jeśli nie młodzieńczą głupotę piszącej osoby, która wierzy, że da się wszystko „przerobić tak jak należy”, „przebieg” ma być szybki i że ktokolwiek na świecie zada sobie trud „poznania całej prawdy ” o niej. Jakie to typowe!

Zadziwia mnie też głupota wiary, że da się żyć bez trudności (i sugestia, że psychoterapia je rozwiąże), ale płytkie psycho-slogany już mnie tak brzydzą, że nie będę ich komentować.

Nieprawdą bowiem jest, że przełom, rozwój czy refleksja dokonać się mogą skutecznie tylko w „mówieniu do terapeuty” i że to „mówienie” jest odzwierciedleniem „trudności w życiu”- bo rozmawia się w różny sposób z różnymi osobami w różnych pozycjach i rangach. To „trzeba mówić” jest jedynie założeniem, paradygmatem „terapii mówionej”- choć traktowane jak oczywistość. „Postęp w terapii” nie jest tożsamy z samo-rozwojem, mądrością czy rozszerzeniem duszy, jest technicznym pojęciem z podręczników psychoterapii. No i ile rzeczy dzieje się w milczeniu, w ciszy, w zaciszu! Działają obrazy, muzyka, cytaty, słowa (które uderzają jak obuchem), sny, historie zawarte w książkach czy filmach. „Działa” to, co „zrobi się”, „powie się”, „przeżyje przed sobą, a nie widownią. No i, proszę wybaczyć truizm: jest się ze sobą, „pracuje się nad sobą” czy obserwuje swoje wewnętrzne zmiany, kryzysy, progi, duszy poruszenia – całe życie. Cała w tym rozkosz życia właśnie.

Oczywistą przeszkodą, źródłem oporu, jest sztuczność „relacji terapeutycznej” sama w sobie: nierównowaga sił i auto-prezentacji, upokarzająca pozycja „pacjenta” jako „leczonego”, „zaburzonego”, z „trudnościami” i upokarzająca pozycja terapeuty, jako działającego dla bliżej nieokreślonego „dobra” – czasem wbrew swoim uczuciom (sławetna a nieistniejąca „neutralność światopoglądowa”). Oczywiste jest, że nie opowiada się nikomu niczego intymnego po pięciu godzinach jednostronnej, przypadkowej (nie)znajomości. Ba! pozostają sekrety, których nie wyjawia się nawet bliskim i to latami… Nie sprzyjają budowie zaufania ramy terapii – trudno zwierzać się na minuty, w wytyczonym dniu i godzinie. To, w jaki sposób terapeuci opowiadają o oporze („sabotażysta”) ma budzić poczucie winy klienta (nieuczciwość w relacji, oj ty brzydulku…) i poczucie zagrożenia (jak nie powiem wszystkiego, proces nie będzie przebiegał „prawidłowo”- jak w cytacie).  By pobudzić skłonność do mówienia „prawdy, całej prawdy i tylko prawdy” stosuje się delikatne naciski: płatności za godziny (im dłużej milczysz tym więcej cię to kosztuje), tykający zegar; propagandę, w której opór jest „sabotażystą” a sam klient -„trudny” (fuj!). Zauważono, że skłonność do znaczących zwierzeń pojawia się pod koniec sesji. Lacan stosował więc naciski mniej delikatne: by zbudować napięcie, że sesja się zaraz zakończy, przerywał ją w dowolnym momencie, nie pobierał opłat lub pobierał je bez ładu i składu. Stąd także technika „odsłaniania się”, gdy terapeuta rzuca jakiś kawałek „prywatny” (wymyślony lub przygotowany pod dany przypadek), by wymusić wzajemnością kolejne zeznania.

Z czym kojarzy mi się motyw „oporu” i jego „przełamywania” w narracji psychoterapeutycznej, tej namiastki sensu dla mas? Po pierwsze, z totalitaryzmem, gdzie prywatność, intymność czy indywidualność nie mają prawa zaistnieć. Po drugie, z mechanizmem sekty, gdzie… – jak wyżej. Po trzecie z gwałtem, bo pośpiechem gwałcona jest intymność, czystość. Po czwarte, ze społeczeństwem zbudowanym nie na namacalnym a na opowieści. I wreszcie, last but not least, z mechanizmem spowiedzi w Kościele Katolickim. Continue reading


Leśni

sam_2047Fragment „Lata leśnych ludzi” Marii Rodziewiczówny.

Bo i lato już (jeszcze?), i leśni stanowią specyficzny rodzaj ludzi, o których jakaś wzmianka potrzebna.

I nikt już tak nie pisze – dziś nawet grafomania bez uroku.
Szkoda.

O starodawnym, bo jak bór odwiecznym, rodzie mowa tu będzie. Ma on przodków we wszystkich wiekach i tradycję we wszystkich szczepach ludzkości, boć nie ród to ciała, lecz duszy, nie ród lasu mieszkańców, lecz lasu miłośników, przyrody czcicieli. Z rodu tego był poeta, co w Helladzie wyśpiewał mit Pana i Faunów, i ten, co stworzył Baldura w Skandynawii, i ten ich krewniak duszny, co w obchodzie religijnym Ariom dał Kupalną noc czarowną. I patrona swego ów ród ma, gdy ludzkość weszła w Pana Jezusowego szeregi. Ich duszę miał, z ich rodu był słońca miłośnik i śpiewak, ptasząt i ryb kaznodzieja, wszelkiego stworzenia przyjaciel, seraficki święty Franciszek.

Mędrców i uczonych mają w swym rodzie i pozornie teraz wchłonięci w miliony ludzkości, zachowali przecie odrębność i właściwość swych leśnych dusz. Ogarnęły ich ziemskie przewroty, życie gorączkowe, skomplikowane warunki, materialna walka o byt. Odsunęła ich od przyrody cywilizacja, postęp tak zwany, niszczenie natury przez rozrost przemysłu, straszny ciężar nowoczesnego bytu, nowoczesnych praw i obowiązków. Pozornie nie ma dla leśnych ludzi ni miejsca, ni życia. Przystosowali się do warunków i już teraz niczym się jakoby od reszty ludzi nie różnią. Spełniają swe obowiązki powszednie, pracują wśród innych z innymi, obcują z cywilizacją, biorą udział w postępie, korzystają z wynalazków, umieją się obchodzić z pieniędzmi, mieszkają w miastach, ubierają się jak inni, bywają w teatrach. Czyżby ród i tradycja leśnych dusz zginęła? Przenigdy! Nieśmiertelny jest duch i ród ducha nieśmiertelny; tylko kto rodu tego ciekaw, z rodu tego być musi i wtedy krewniaka odnajdzie. Nie trzeba koniecznie szukać go wśród cichej wsi i głębokich borów, wśród ludzi stojących u warsztatu przyrody, w jej królestwie: można tam szukać długo i na próżno, a znaleźć w wielkim fabrycznym mieście. Można znaleźć w uczniowskim pokoiku, gdy chłopak po odrobieniu algebry, zamiast iść szukać rozrywki w dusznej sali knajpy, z gilem chowanym się bawi i dogląda go, można w suterenie szewca, co ledwie wie nazwę ptaka, który mu ćwierka przy robocie. I w tłumie ulicznym poznać można po szczególnym zachowaniu się w nadzwyczajnych wypadkach miejskiego życia.

Gdy wychodzą wieczorem dzienniki z ostatnimi depeszami wojny, skandalicznego procesu, sensacyjnego mordu, a ktoś nie bierze do rąk gazety, ale przypatruje się z uśmiechem sadowieniu się wróbli na nocleg, z rodu leśnego jest. I z tegoż rodu jest taki, co wśród uroczystego pochodu ulicznego, gdy wszystkich pochłania muzyka, stroje, ekwipaże, paradne szeregi wojska lub korporacji, dojrzy zziębniętego psiaka przed zamkniętymi drzwiami sklepu i otworzy mu je z dobrym słowem życzliwości. Wśród ogłoszeń dziennikarskich członek tego rodu wyszuka adres sprzedawcy słowika w klatce, zna handlarzy ptaków, więźniów tych wykupuje z niewoli i z wiosną puszcza na wyraj, równie jak one radosny.

Leśni ludzie zwykle trzymają się samotnie, dusze swe kryją, o swoim wnętrzu z nikim nie mówią, wiedząc, że to innych nie zajmuje. W potwornym młynie ziemskim, gdzie bożyszczem jest interes, walka o zbytek i użycie wykwitu cywilizacji, obcując z innymi, mają w oczach często zgrozę lub krytyczne zdumienie, ale milczą i spełniając swe społeczne obowiązki, baczą tylko, by się nie dać zgnieść, zmiażdżyć. O dusze swe nie są trwożni: tych zaraza świata nie skazi. I tak trwają, rzadcy wśród świata i obcy mu zupełnie. Czasami znajdują druha. Otwierają się na ścieżaj wrota duszne, krzepią się oni wzajem: marzenia, potrzeby, tęsknice zmieniają się w słowo. Wyrażają ufnie głos swobody, ciszy, obcowania z naturą, przetwarzają swe żądze, aż utworzą czyn, aż wypracują sobie rzeczywiste, żywe, wedle swej duszy bytowanie.

I takie jedno lato leśnych ludzi tu będzie zawarte. Dla tych, co je przeżyli – kronika szczęścia; dla tych, co po świecie rozproszeni, o nim samotnie marzą -bratni upominek i może do czynu pomoc.”

 

 


Bumerang

salvadordaligalizamekpubolDlaczego właściwie napisałam cykl o „wewnętrznym dziecku”? Dlaczego widzę sens w krytyce takich i podobnych bajek?

Ano, przez bumerang…

Psychologia naukowa opisuje świat społeczny. Bardzo upraszczając sprawę: tworzy obraz  zewnętrzności za pomocą narzędzi statystycznych, obserwacji amerykańskich studentów, szczurów i małp. No, nie da się ukryć. Jej narracja nie odnosi się do poszczególnej jednostki a teoretycznego konstruktu pt. „człowiek”, i to z wybranej kultury i o określonej pozycji społecznej. To oczywiście wzbogaca nasze widzenie świata – ale nie nasze wnętrza.  Narracja ta, słownictwo, pojęcia i sposób widzenia, pomimo że kontrowersyjne i zmienne (bo oparte na metodzie naukowej czyli uporczywym kwestionowaniu) zostają narzucone jako „prawda”, rodzaj Wielkiej Narracji przez psycho, mających w kulturze niezasłużoną pozycję autorytetów i rzekomych znawców ludzkiej duszy. I dalej zostają przyjęte przez jednostkę jako narzędzie samo-opisu.

Proszę przyjrzeć się tej anonimowej forumowej wypowiedzi jako przykładowi :

 

„Ambiwertyk to ktoś, kto posiada zarówno cechy ekstrawertyka jak i introwertyka, ale zadne z nich u niego nie dominuja. Potrafi wychodzic do ludzi, byc towarzyskim, ale rowniez samotnosc nie stanowi dla niego problemu, daje pole do refleksji. Ciekawy artykuł znalazłam w Charakterach, ale nie daje się zlinkowac, forum wykrywa spam, szkoda.
W końcu mogę się gdzieś odnaleźć :)”

Psychoanaliza i jej podobne, w tym wizje psychoterapeutyczne (np. wewnętrzne dziecko, wewnętrzny krytyk, „traumy dzieciństwa”, DDA, nieświadome) podpowiada obrazy wymyślone przez (jakże często!) jednego człowieka, na podstawie kilku przypadków i bezpodstawnie zgeneralizowane. Narzuca się je pod groźbą „nieprzyjaznego zetykietowania” i wyzwania od „opornych” czy „niedojrzałych”. Nie ma ucieczki od takich Wielkich Narracji, bo cokolwiek „diagnozowany” zrobi jest to dowodem, że „opiniujący” ma rację (patrz: pojęcie oporu w terapii, wyparcia czy klasyczne chachmęcenie przy tzw. „kompleksie Edypa”). I znów zachodzi tu podobny proces jak przy psychologii- opis konstruktu pt. „człowiek” zbudowany przez postronnych na „przypadkach klinicznych” zostaje narzucony/przyjęty przez jednostkę jako język opisu jej własnego wnętrza. Ta przemoc domniemanej Wielkiej Narracji jest widoczna choćby w tym, że etykiety, z założenia neutralne (np. masochizm, narcyzm, kompleks, paranoja, projekcja), funkcjonują potocznie jako obelgi lub sposoby poniżania. To, moim zdaniem, zjawisko bardzo znaczące: jakby lud prosty naiwnie odsłaniał faktyczną przemoc, jaka się pod tym mechanizmem kryje.

Pop-psychologia? To intuicyjne majaki internetowych idiotów i skretyniałych dziennikarzyn. Biorą pełną garścią i bezkrytycznie z autorytetu psychologii; upraszczają refleksje/kontrowersje naukowe i traktują je jako narzędzie umoralniania, pouczania  – według kulturowych paradygmatów (np. skuteczność, dojrzałość, Ja, szczęście, rozwój). Mamy tu jasne zasady, prostackie schematy, determinizm, heurystyki. Nawet nie próbę neutralnego opisu zewnętrzności… Wręcz wykładnię moralności czy próbę wróżenia z fusów. Zakłada się, na przykład, (i słusznie) że dzieci nie należy bić. Ma to wynikać z autorytetu nauki/pseudonauki wskazującej na dzieciństwo jako okres wrażliwy a nie – proszę zauważyć! – z samej refleksji deontologicznej: powinności wobec bliźniego. Oto moralność musi zostać poparta nauką lub jej pozorami. Oto kolejny przykład, pierwszy z brzegu (a tego pełno): tutaj naukowym autorytetem buduje się czytelnikom „poczucie nieuchronności”, obraz  „natury” i określa ich człowieczeństwo [podkreślenia moje].

„Monogamia ma oczywiście bardzo wiele zalet, jest przyjemna i bezpieczna, nadaje też życiu sporo sensu. Ale nieuchronnie pojawia się problem zmęczenia drugim człowiekiem. […] Trzeba jednak pamiętać, że miłość z natury jest zmienna, a jej najbardziej stabilnym składnikiem jest zobowiązanie, a nie emocje, które przeżywamy – i w tym, między innymi, tkwi sekret długoletnich związków. Mało romantyczne, ale optymistyczne – bo emocje się zmieniają, zanikają, a zobowiązanie może być trwałe. To jest decyzja- mówi prof. Wojciszke – a potem stałe działanie na rzecz dobra związku, bardziej niż na rzecz dobra własnego. Zobowiązanie czyni nas ludźmi.”

I ciekawe, co na to rozwodnicy, nie-ludzie.

Zakłada się, że istnieje jeden możliwy opis, jeden wzorzec, którym człowiek adekwatnie (zgodnie z prawdą) opisze sam siebie. Że w ogóle taka prawda, taki wzorzec są możliwe i że jest taki język. Złudzenie to podtrzymuje kultura promująca racjonalizm (sławetna „odpowiedzialność za siebie”, samopoznanie,  funkcjonalny samorozwój, etc),  eksperckość  (zewnątrzsterowność, potrzeba oceny z zewnątrz), monoteizm (chrześcijaństwo). [nomen omen, piszę to a z radyjka wyje jakaś muza „jest jeden świat…”].

Bełkoczący opis świata (czytaj: odnoszący się do konstruktu, statystyki, bazujący na przypadkach czy intuicyjny) wraca jak bumerang i jest przyjmowany przez jednostki jako własny opis życia wewnętrznego.  Jest przyjmowany jako właściwa baza, oś, narracja subiektywnego wewnętrznego świata. Takie to proste, bo „wreszcie możemy się gdzieś odnaleźć!”. Kowalski kupuje oblicze statystycznego Kowalskiego. Pochylamy głowę przed opisami – nieadekwatnymi bo nie dotyczącymi nas, naszego wnętrza. Continue reading


Wewnętrzne dzieci (3)-Twarz Innego

m-anima017„Dziecko”, „wewnętrzne dziecko” jako współczesny obraz Innego w szerokim cytacie z „Kultury indywidualizmu” Małgorzaty Jacyno.

Część pierwsza

Część druga

I moja smutna myśl na marginesie o tym, że nie ma już inteligencji a rodzi się zdziecinniała miejska klasa średnia z głowami zanurzonymi w psycho-kulturze (poddana psycho-magikom, narracji pop-psychologii i oczywistym „prawom rynku”). Klasa średnia wyrosła z cwanego plebejstwa i bawiąca się jak plebejusze, ględząca o najnowszych gadżetach, „nowych opcjach”, „relacjach”, „wewnętrznych dzieciach”, „kryzysie męskości” wobec coraz szybszego konania własnej kultury, własnej cywilizacji i własnej, jedynej, Ziemi.

Na Titanicu też grali do końca.

Bawmy się więc – jak dzieci.

 

„Przez odchylenia  od normy […] a nie przez „bohaterskie wyczyny” jednostki budują doświadczenie własnej indywidualności. Tym samym przez proces indywidualizacji dokonuje się systematyczne włączanie tego, co było eliminowane i reprezentowane przez Innego. Inny- dziecko, szaleniec, przestępca – reprezentuje to, co nie zostało zdyscyplinowane i to, czemu przysługuje jakaś forma życia poza normą. Inny doświadcza zatem życia w sposób bardziej wolny bo niezracjonalizowany.

 Doświadczeniem Innego jest właśnie „pełne życie”, o które chodzi w etosie „nowej klasy średniej” […] Uprzywilejowane znaczenie etos „nowej klasy średniej” zdaje się przypisywać pozycji dziecka. Poszukiwanie „wewnętrznego dziecka”, „spontaniczność i naiwność dziecka”, bycie i doświadczanie „jak dziecko” to popularne dzisiaj formuły poszukiwania i odzyskiwania „pełnego życia”, a zwłaszcza jednej jego wersji, a mianowicie autentyczności, a autentyczność […] jest nie tylko wartością, ale wręcz świętością współczesnej kultury.

Wydaje się, że to dziecko, a nie na przykład kobieta, jest paradygmatycznym Innym współczesnej kultury indywidualizmu.  Oprócz autentyczności, pozycji dziecka przypisane są bowiem także inne atrybuty, które dobrze współgrają z etosem „nowej klasy średniej”. Aktualne doświadczenie dziecka to „bycie nikim”, ale  równoważone jest ono przez otwartą możliwość bycia wszystkim w przyszłości. Doświadczenie aktualnej nieklasyfikalności to także przypisywany dziecku hermafrodytyzm.  Odpowiednikiem braku „wyraźnego kształtu ciała” jest tu brak tożsamości. Wolność związana z pozycją dziecka to otwartość na doświadczenia, poszerzona świadomość, nieinstrumentalny stosunek do rzeczywistości i nieuwarunkowany przez utylitarny motyw sposób widzenia świata. Wolność, jak jest udziałem dziecka, to wolność w doświadczaniu związana z brakiem doświadczenia. Brak przeszłości lub przeszłość zbyt krótka, by mogła determinować oraz nieoswojenie z pragmatycznym motywem pozwalają w dodatku żyć dziecku cały czas teraźniejszością, czyli nie odkładając życia „na potem”. Dziecko nie potrafi tez intelektualizować czy racjonalizować  tego, co doświadcza.  Z doświadczeniem radzi sobie za to w jedyny znany sobie sposób: po prostu je doświadcza. Pozycja dziecka daje strukturalną gwarancję tego, że życie nie będzie oszczędzane na „czarną godzinę”.

 Przywilejem dziecka jest ponadto nieświadomość konieczności rządzących światem. Każdy z nas […] zaczyna życie jako bourgeois. Ten sposób życia kończy się wraz z utratą przekonania o możliwości magicznego wpływania na ludzi i rzeczywistość. Przekonanie, że wszystko jest możliwe i doświadczenia posiadania magicznej siły oddziaływania na innych (rodziców) jest jeszcze naiwnym odpowiednikiem dojrzałej już jej wersji charakterystycznej dla etosu „nowej klasy średniej”, a wyrażającej się w odmowie przyznania światu znaczenia „twardej” rzeczywistości i postrzegania jej jako „konstruktu”. Światem, widzianym przez dziecko nie rządzą przecież żadne twarde zależności przyczynowo- skutkowe.

Continue reading


Mądrość błazna

04-smiejObudziła się we mnie pasja badacza koprofaga i zagłębiłam się w analizę anonimowych wypowiedzi na otwartym, niespecjalistycznym forum, którego tematyka oscyluje wokół personalnych przepychanek, plotek i pop-psychologii.

Zwróciłam uwagę na kilka postów sugerujących, że osoba je pisząca „przyjmuje pacjentów” czy „ma przypadki”. Wypowiedzi noszą znamiona okraszonej psycho-żargonem diagnozy i przypominają pracę terapeutyczną on line. Być może pod nickiem kryje się sfrustrowany terapeuta-idiota, być może ktoś kto silnie utożsamił się ze swoim psychoguru  i chciałby „pomagać ludziom”. Być może ktoś, kto stara się uporać z własną traumą za pomocą maski „specjalisty”. Lub też napalony onanista lub nudząca się starsza pani – nigdy nie wiadomo, kto stoi za drzwiami. Nie chodzi zresztą tu o osobę czy przepychanki a o przykładowy typ psychologicznego besserwissera, jakich na wszelkich forach sporo.

Przykłady wypowiedzi (tylko przykłady).

Oto próbka możliwości forumowego „specjalisty”. Ten wpis powinnam skierować do policji, psychologów specjalizujących się w tematyce molestowania/gwałtu, seksuologów i sądów, bo taki internetowy diagnosta to skarb. Spojrzy i wie:

Ja widziałem kilkoro takich dzieci molestowanych przez dłuższy czas i po ich sylwetce i wyglądzie było widoczne, co im zrobiono.

Po tej dziewczynie, obecnie już dorosłej, widać do tej pory, że była wykorzystywana.

Zdziwiłam się. Po to żeby ustalić czy ktoś był molestowany, zwłaszcza dawno temu, trzeba długich wywiadów, analiz, konfrontacji i badań. Albo wiary. Po cholerę te zabiegi i wybiegi, takie marnotrawienie pieniędzy podatnika? Jak wystarczy spojrzeć i wiedzieć po „sylwetce i wyglądzie”, bo to „widać do tej pory”?

W diagnozach miły „terapeuta” wydaje się być lepszy niż pani Gens i pan Jackowski razem wzięci. Chcesz diagnozę – napisz post a dowiesz się, kim jesteś bo:

 bardzo wiele o człowieku można dowiedzieć się z jego listów, czy np. jego bloga. Studenci psychologii klinicznej uczą się diagnozy z tego typu tekstów.

Ze swojej specjalności wiem, że „diagnozę” z tekstu zawsze stawiali filolodzy czy historycy literatury, i to każdy inną. Freud przykleił się do tego trendu robiąc z diagnostyki literacką psycho-logię opartą na własnej autobiografii. Jednak wolałabym, żeby żaden spec,  nawet „student psychologii”, nie ograniczał się to tekstu. Gdy ktoś zaprotestuje czy popuka się w głowę, to się dowie, że:

przyjęcie prawdy o sobie nieraz bywa bardzo trudne. W psychoterapii nazywa się to oporem.

Ale pan „terapeuta” bez względu na czyjś opór i brak danych zabiera się do ciężkiej pracy obarczonej ryzykiem:

Trudno tak na podstawie tego tylko co napisałaś stawiać diagnozę, lecz zaryzykuję pewne twierdzenia, a Ty je możesz przyjąć lub nie.

Czasem też musi wykluczyć fachowo „uszkodzenie mózgu”:

Jeśli jak piszesz; potrafisz się obyć bez tego, gdy jesteś zajęta czymś innym, to wskazuje, że nie jest to jakieś uszkodzenie mózgu, lecz ma przyczyny psychiczne.

Lub stwierdzić istnienie duszy:

Psychoterapia, jak sama nazwa wskazuje, to terapia psyche- czyli duszy. A tak bezduszna osoba… przecież nie ma tego, co pod tym pojęciem się rozumie.

Albo też stworzyć magicznie świat jasny i oczywisty, pełen prostych schematów, których zresztą nie ma jak sprawdzić:

dziecko maltretowane, podane skrajnie silnej przemocy, …nie jest w stanie się samo zmienić… Inaczej wyrośnie z niego socjopata.

Przypuszczam, że w Twoim dzieciństwie, w fazie kiedy następuje stopniowa separacja dziecka od matki, nastąpiło zakłócenie tego procesu, spowodowane przez panikę zarówno matki jak i w konsekwencji Twoją.

nie obeszło się też bez słów wytrychów: odpowiedzialność za siebie w depresji, chcieć to móc, poczucie własnej wartości, ple, ple:

Jeśli winę przypisujesz rodzicom, to Cię to zwalnia z odpowiedzialności za siebie. To Ty musisz wziąć tę odpowiedzialność i starać się wyjść z choroby.Pierwszym i podstawowym warunkiem jest tego chcieć.

Gdybyś miała w tamtej chwili większe poczucie pewności siebie to pewnie nie zareagowałabyś urażeniem, lecz wybrała inny, bardziej konstruktywny sposób reakcji.

Z kilku słów „terapeuta” składa swobodnie całą baśń :

Mam takie wrażenie, że Ty w związkach dążysz do konfluencji- to znaczy do takiego zlania się z drugą osobą w nierozłączną jedność.

To ten niewyrażony, stłumiony gniew Cię zżera od środka. Ten stłumiony gniew przekształcił się w emocjonalną truciznę- urazę, która ciągle na nowo się odzywa i daje znać o sobie.

jeśli …chcesz przekonać do psychoterapii, to ja bym odradzał. Jej to nie pomoże.

Co ciekawe, nick tak bardzo wczuwa się w rolę, że utożsamia się z terapeutą z powszechnie znanych anegdotek:

Prawie takie same postępy mój jeden kolega z wojska zrobił. Spotykam go na ulicy, a wiedziałem, że chodzi na terapię i pytam: No jak tam ta Twoja terapia? Przestałeś szcz… w nocy do łóżka?…

to mi się przypomina jak kiedyś przyszedł do mnie pacjent i mi mówi, że cierpi na onanizm złośliwy…

Dzieli się także z maluczkimi „przypadkiem”, historią swoich rzekomych pacjentów:

Miałem przypadek takiej dziewczyny wykorzystywanej przez starszego brata. Robił to, o ile pamiętam przez 4 lata. Gdy podrosła na tyle, że odważyła się powiedzieć o tym matce, ta nie uwierzyła. Po tej dziewczynie, obecnie już dorosłej, widać do tej pory, że była wykorzystywana.

 

Continue reading


Wewnętrzne dzieci (2)-Pozorna wolność

img010 Rozwijaj siłę ducha aby mogła cię osłonić w nagłym nieszczęściu. Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności.

Dezyderata Max Ehrmann

 

Po narracji dziecka wewnętrznego w zderzeniu z konkretem w majakach niejakiego pana Jagieły, z czego naśmiewałam się infantylnie tutaj, przyszedł czas na bardziej dorosłe potraktowanie tematu. I – powtórzę swoje zastrzeżenia- nie chodzi o technikę pracy terapeutycznej (bo w gabinecie można sobie wymyślać, co się chce, jeśli ktoś wierzy, że pomaga), ale o pop-kulturową narrację, która brzmi mniej więcej tak: „każdy z nas ma w sobie zranioną w dzieciństwie część psychiki (Dziecko). Należy ją uzdrowić a wtedy będziemy zdolni do odczuwania prawdziwej radości z życia i będzie się nam szczęściło w związkach i pracy.” Na liście benefitów widnieje uwolnienie się od lęku (przed odrzuceniem, oceną, porażką), od kompulsywnych dziecięcych reakcji (obrażanie się, obwinianie się) czy od samo-destrukcji (pracoholizm, perfekcjonizm). Koncepcja prosta jak drut i jak każda obietnica zbawienia – fałszywa.

Kilka refleksji o tym, co jest (być może) pod taką opowieścią o nas samych. Niby nic, takie pitolenie o wyobrażonych dzieciach, ale wydaje mi się ważne jakimi obrazami się posługujemy (czytaj: ograniczamy).

*

Dziecko-niesklasyfikowany potencjał

Pragnienie „pełnego życia” to pragnienie życia „nieujętego” przez klasyfikacje. Klasyfikowanie jednostek to podstawowy sposób dyscyplinowania jednostek, także przez dyscyplinowanie ich pragnień. […] Antyinstytucjonalne nastroje, żądania odbiurokratyzowania sposobów działania, sprzeciw wobec stygmatyzacji chorych i przestępców a także kompromitowanie eksperckich „raportów” mają swoje źródło w odmowie bycia sklasyfikowanym […]. Pozycji dziecka, chorego i przestępcy przypisane zostało doświadczenie większej wolności, ponieważ jest to wolność „nieznormalizowana” czyli niezharmonizowana z ofertą systemu”.

Co mnie uderza jako pierwsze: mowa jest o „dziecku”. Żadnych łamańców w stylu „wewnętrznej dziewczynki” (w zabójczo różowych legginsach) czy „wewnętrznego chłopczyka” (w krótkich portkach). „Dziecko” jest płciowo nieokreślone i w zasadzie oznacza pozycję – względem Rodzica/Dorosłego. Nie byłoby „dziecka”, gdyby nikt nie posługiwał się pojęciem „dorosłego”. Mówiąc o sobie, że jesteśmy „dziećmi dużymi”, „dorosłymi dziećmi” przekazujemy, że określamy się wobec kogoś wyżej postawionego, silniejszego czy mądrzejszego.

„Dziecko” pozostaje niedookreślone być może również dlatego, że miejska klasa średnia (a piszemy o bajce tej klasy a nie o fantazjach chłopskich czy robotniczych) chce pozostać nieklasyfikowalna. Klasyfikacja oznacza – w definicji lat 60 – ograniczenie, zamknięcie, twardość, sztywną ścieżkę kariery. Otacza nas jednak płynny świat oferujący (pozornie) nieograniczone możliwości: możemy być być akauntem tu, specjalistą tam, turystą i bloggerem jeszcze gdzieś indziej a jednocześnie neowieśniakiem, cyklistą i vege oddającym się z zapałem garncarstwu raz na rok. Wybór lajfsajlu (drogi życiowej a także mieszczańskiej „pasji”) wydaje się być nieograniczony a zamach na ten wybór traktowany jest jako zamach na faktyczną wolność. „Dziecko” oznacza także pełen nadziei potencjał; zgodnie z fantazją naszych czasów, jest „białą kartą”, zdolną do rozwoju w wielu kierunkach, do „rozlania ku Pełni”, odrodzenia.

*

Praca z dzieckiem wewnętrznym- wykoślawiony wzrost

…odkrywanie w sobie dziecka, traumatycznych doświadczeń w przeszłości albo destrukcyjnych czy autodestrukcyjnych skłonności, „szalonych” pragnień to indywidualizowanie się…. Za tym neurotycznym i hipochondrycznym motywem ukrywa się zawsze nadzieja na odkrycie w sobie czegoś, co nie spełnia normy, daje doświadczenie „wykluczenia” i bycia na „marginesie”.

Proces odkrywania „dziecka wewnętrznego” – nazwania figury, wyobrażenia jej, konfrontacji z uczuciami „dziecka” i trudnymi wspomnieniami, odreagowanie emocji, otoczenie opieką/uleczenie przez dorosłego – wydaje się  synonimem procesu indywiduacji. „Uzdrowienie wewnętrznego dziecka” to obraz analogiczny do wzrostu, łażenia po łodygach fasoli, wspinania się po drabinach czy podróży. Jednak uderza, że ta koncepcja jest wewnętrznie niespójna. Dorosły ma leczyć miłością zaniedbane, więc i niezdolne do kochania Dziecko, które jest paradoksalnie jedynym – wyschłym przecież, chorym – źródłem miłości. Jakim cudem Dorosły, który nie zaznał jako Dziecko ani troski ani współczucia ani miłości ma nagle otoczyć siebie troską, współczuciem i miłością – nie wiadomo.

Indywiduacja oznacza tu proces rozszerzania świadomego, podobnie jak w psychoanalizie. Teren poza dobrem i złem, Dzikie Pola zaanektowane zostają pod „rozwój” (NB. analogia do zaanektowania Puszczy Białowieskiej, przypisywanej katolickiemu fundamentalizmowi – aneksja Dzikiego to podobna bajka, głębsza niż narracja chrześcijańska). A rozwój sprowadza się do podtrzymywania zdolności do świeżości odczuwania, do indywidualnej zdolności do rozszerzania doznań (cieszenia się jak dziecko, okazywania spontaniczności dziecka, dziecięcej radości twórczej). Kontrolowane „nie bycie w normie” jest wszak na topie – z procesu akulturacji lat 90′ pamiętam ogłoszenia o pracę i listy motywacyjne, gdzie słowo „kreatywność” było odmieniane przez wszystkie przypadki, nawet jeśli dotyczyło stanowiska sekretarki czy kasjera. Odchylenie od normy jest modne, pozwala jednostce na samo-zdefiniowanie się (ref. pojęcie „pozytywnie zakręcony”). Co uderza, to pomysł, że nie Dorosły a dziecięca (niedojrzała) część psychiki ma być źródłem twórczości/kreatywności/radości. O męce tworzenia, o jego związku z cierpieniem, bólem, furią, buntem, powtarzalnymi ćwiczeniami, zaburzeniem psychicznym- ani słowa.

*

Dziecko- twarz miękkiej rzeczywistości

You say you’ll change the constitution
Well, you know
We all want to change your head
You tell me it’s the institution
Well, you know
You’d better free your mind instead

Revolution The Beatles Continue reading


Wewnętrzne dzieci (1)-Konkret

b-sd39_149Czy wiedzą Państwo, że jak ktoś wygląda młodo w „późnej starości” to ma w sobie „dziecko wykorzystane” a jak ktoś dba o wygląd – jest dzieckiem uwiedzionym? Wszystkie te zadbane, wyfiukowane laski na rozsłonecznionych ulicach to chodzący rezultat uwiedzenia. Serio. Ja o tym nie wiedziałam, ale poszerzyłam swoje wąskie horyzonty dzięki artykułowi Jarosława Jagieły pt „Nasze wewnętrzne dzieci”. Horoskop artykuł ukazał się w Charakterach, poważnym piśmie pół-naukowym jak stwierdziła to ongiś pani Aulagnier.

Podparciem dla śmiałych tez Autora są: bezcenne myśli Berta Hellingera, Johna Bradshawa i „Kubuś Puchatek”.

Opisać nasze wewnętrzne życie można dowolnie, bo przestrzeń to nieograniczona. Mogą w nas mieszkać stwory wszelakie, nosorożce, koale i ameby, możemy mieć w głowie stosunek ze słoniem/słonicą, bogiem/diabłem albo gadać w nieistniejącym hotelu Dolphin z Człowiekiem-Owcą. Mogą być też i dzieci, jeśli ktoś ma taką wolę. Wewnętrznych figur używa się w procesie terapii (POP, Gestalt) i jeśli komuś to w gabinecie pomaga – ja nie mam nic przeciwko temu.

Koncepcja wewnętrznego dziecka odnosi do analizy transakcyjnej czy terapeutycznych technik Johna Bradshawa, ale swobodnie funkcjonuje także w pop-kulturze a tym samym kształtuje naszą narrację o świecie i nas samych. Definicja Autora: „Wewnętrzne dzieci to bogactwo naszych uczuć, zarówno tych pierwotnych, wspólnych wszystkim ludziom (np. radość, gniew, smutek, strach, wstręt, zaskoczenie), jak i wtórnych, będących konsekwencją procesów socjalizacji i wychowania (np. wstyd, konsternacja, zakłopotanie). Zadbane „wewnętrzne dziecko” ma być źródłem dorosłej spontaniczności, miłości, kreatywności, odwagi do wolności-od-kultury. Dziecko jest w tej narracji uosobieniem „prawdziwego Ja”, „autentyczności” (bo jedynie uczucia są poza Systemem, są nasze własne). Autentyczność – po zdrowiu – to top wartość klasy średniej. Nomen omen: wewnętrzne dziecko się „uzdrawia”.

 

Jeden szkopuł (jest ich więcej, ale to już na kolejny wpis). „Dziecko” z psychoterapeutycznych fantazji nie ma nic wspólnego z realnym dzieciństwem. Żadne dziecko nie jest zdolne do prawdziwej miłości – jako zależne od opiekuna. Jeśli przejawia spontaniczność to ograniczoną, bo jest chronione przed konsekwencjami owej przez dorosłych. Jeśli tworzy, to dzięki logistyce zapewnianej przez dorosłych. W realu nie ma „dziecka” – są dziewczynki i chłopcy ze swoim genetycznym programem rozwoju. Proszę zauważyć, że gdy Bradshaw pisze o wewnętrznym domu – jest to dom wyimaginowany przez dorosłego. „Wewnętrzne dziecko” jest figurą rekonstruowaną i okiełznaną przez osobę dorosłą, obrazem retrospektywnym, budowanym tu-i-teraz na zbiorze uznanych przez kulturę cech.

Jednak gdy metaforę-protezę-obraz usiłuje się wpisać w konkret robi się straszno-śmiesznie. Jarosław Jagieła próbuje dokonać niemożliwego: opisać drogę życiową w kilku schematach. Po czym poznać „typ” dziecka wewnętrznego (czyli naszych domniemanych deficytów w dzieciństwie?). Miedzy innymi po postawie i wyglądzie zewnętrznym („bioskrypt”). Wystarczy spojrzeć i już wiadomo, z jakim dorosłym dzieckiem gadamy i jakie kto miał problemy za młodu. Proste jak klasyfikacja pana Lombroso a z opisu owych „bioskryptów” wieje grozą:

„Głowa w charakterystyczny sposób „oddziela się” od korpusu, gdyż główny obszar napięć leży u podstawy czaszki (w psychoterapii bioenergetycznej nazwa się to „stryczek”).

„Maskowata z reguły twarz nie wyraża emocji, oczy są bez wyrazu, puste, nieobecne lub zalęknione.

„Stawy kończyn (szczególnie kolana) sprawiają wrażenie zablokowanych.”

„Wydaje się, że oczy wyrażają błaganie, a usta pragnienie.”

„Zazwyczaj mruży oczy, a jego wzrok wyraża ukrytą złość lub cierpienie.”

„Owłosienie ciała jest większe niż przeciętne (choć nie bardzo wiadomo dlaczego)”.

„Widać pewną niedojrzałość w sylwetce, przede wszystkim w umięśnieniu rąk i nóg, które czasem wyglądają na zbyt słabe, aby utrzymać górną część ciała”. [sic!]

Rany boskie.

Opisy zewnętrznych przejawów istnienia dzieci wewnętrznych (prawda, jak ładnie mi wyszło?) są tak rozmyte, że nie wiadomo o co chodzi lub wiadomo, że chodzi o wszystko. Na przykład:

„Jego oczy błyszczą, skóra ma ładną barwę, ruchy są żywe, gestykulacja wyraźna i duża.”

„Ciało takiego człowieka jest mało elastyczne, bez „napędu”, sprawia wrażenie nieruchomego”.

„Co ciekawe, może on wyglądać młodo (choć nie jest to regułą) nawet do późnej starości – jakby chciał pozostać wiecznym dzieckiem.”

Continue reading


Nieudana terapia (1) – Nie ma darmowej zupy

ciac582oSzkoda, że na polskim rynku wydawnictw pop-psychologicznych nie ukazała się (chyba? jeszcze? coś mnie ominęło?) podobna książka, odbrązowiająca medialny obraz psychoterapii. „Nieudana terapia” porusza temat błędów popełnianych przez terapeutów (celebrytów, autorytetów, żeby było jeszcze bardziej medialnie) oraz próbuje zdefiniować co właściwie stanowi „nieudaną terapię”. Książka jest – oczywiście – skierowana do terapeutów, choć tak naprawdę wydaje się pozycją popularną, laikowi bardzo przystępną. No, i -osadzona w kulturze amerykańskiej – kończy się happy endem: założeniem, że każdy błąd jest okazją do poszerzenia doświadczenia. Z niektórych stron wieje wręcz bzdurką  w stylu: „nie ma błędów, są tylko informacje zwrotne”. Nie znamy historii osób, które przez terapeutów zostały poszkodowane, nie znamy ich wersji wydarzeń. Niestety, za te bezcenne „informacje zwrotne” ktoś musiał zapłacić bólem i pieniędzmi.

 Nie ma darmowej zupy.

Kottler i Carlson uczłowieczają jednak terapię. Ich książka nie pokazuje jej jako obowiązkowo zakończonej sukcesem drogi do wiecznego szczęścia, co ma nagonić klientów pragnących „rozwoju osobistego” i nakręcić samospełniającą się przepowiednię. Z książki wyłania się inny obraz: terapia jako pewien eksperyment, niezrozumiały w pełni proces, nad którego przebiegiem czasem nie panuje nikt. Ludzkie spotkanie dwu bezradnych osób, gdzie ten, który ma stanowić pomoc popełnia błędy, waha się, dąży do swoich ideałów i choć stara się wykonać dobrze swoją robotę – ona go często przerasta. Co nie dziwne, bo robota to brudna w gównianej materii ludzkiego podziemnego życia. Mowa jest o terapeutach ludzkich: zanudzonych, nieobecnych, śpiących na sesjach, snujących ukradkiem erotyczne fantazje, terapeutach wkurzonych i wypuszczających czasem parę zza maski poprawności. O terapeutach gwiazdorzących kosztem klientów, kłamiących w superwizji. O medialnych zgrywusach. O terapeutach bezsilnych, zaskoczonych procesem i reakcjami klienta, obojętnych, wypierających swoje błędy, racjonalizujących je, wchodzących – nieświadomie i jakże po ludzku – w pozycje obronne niczym zestresowana i bezradna kasjerka hipermarketu czy produkujący dupokryjki korpolud. Continue reading

Narcyzm terapeutów

Arthur Freeman, profesor psychologii, psychoterapeuta poznawczo-behawioralny, o przejawach narcyzmu terapeutycznego. z13522500Q,Narcyz

” – Weźmy technikę interpretacji. Jaką posiedliśmy mądrość, skoro twierdzimy, że wiemy, o czym myślą nasi klienci? Z perspektywy terapii poznawczo-behawioralnej oczywiste jest dlaczego stosujemy dialog sokratejski. Nie mówimy do klienta „Wydajesz się rozgniewany”, ale „Twoja twarz ma pewien wyraz. Co on oznacza? Jakbyś opisał go słowami?” W rzeczywistości klient wcale nie musi być rozgniewany, może natomiast być wkurzony, co dla niego oznacza coś zupełnie innego.

– Terapeuci lubią interpretować, bo wtedy mają poczucie robienia czegoś pomocnego. Nie lubię stosować interpretacji, bo tak naprawdę wyrasta ona z narcyzmu terapeutycznego, który mówi „Ja wiem, co ty myślisz”. A kiedy klient powie „nie, to nie to” określamy jego zachowanie jako opór.

Prezentem […] Freemana była wyciągnięta z komputera ułożona przez niego lista przejawów narcyzmu terapeutycznego.

Będąc narcystycznymi terapeutami, sądzimy, że:

Continue reading