Nieudana terapia (3)- Źródła niepowodzenia

sur-2

Cześć pierwsza

Cześć druga

Już niektórych z nas wytresowali w myśleniu, że jeśli w terapii „idzie coś nie tak”  to wszystko z winy klienta. Bo jest głupi, ma nierealistyczne oczekiwania,  jest leniwy w „pracy”,  jest „trudny” i „oporny”,  nie chce,  nie rozumie „procesu”,  nie przyjmuje „prawdy” o sobie,  jest „nieszczery”, ba! w podtekście grzeszny, bo w konfesjonale/gabinecie oszukał przemilczeniem Boga-terapeutę… etc, etc. Gwoli sprawiedliwości zauważę, że bzdurki typu „sam sobie jesteś winien” (co jest de facto wyrażoną złością na bezradność i bezładność procesu) podtrzymują nie tyle sami terapeuci, co ich akolici utożsamiający się z narracją terapeutyczną i broniący od upadku w swoich oczach obrazu „dobrego terapeuty”.

Jeśli „poszło coś nie tak”, można też uderzyć drugą stronę: w certyfikaty, szkolenia, superwizje – czyli papierowy konkret. Ja osobiście – przyznam się bez bicia – jestem cięta na panie i panów, którzy urwali się z korporacji, pragną „pomagać ludziom” lub też wzięli się za eksperymenty,  będąc w „szkoleniu” (lub i nie) bez ukończonych studiów psychologicznych.

Tak jak nie da się jednoznacznie opisać procesu „terapii” czy zdefiniować „nieudanej terapii”, tak i nie da się wskazać jednej przyczyny terapeutycznego niepowodzenia. Tym niemniej zamieszczę znów kilka fragmentów „Nieudanej terapii”, podśmiewając się nieco z tych, co wierzą w boskość i wszechmoc  terapeutów (przecież, o bogowie! często znudzonych, bezradnych, ogłupionych, trzymających się swoich „modeli” jak pontonu). Oto – mam nadzieję, że szczere, bo moim zdaniem trafne – spojrzenie amerykańskich terapeutów na źródła błędów w swojej pracy:

J.A Kottler:

Nuda. Męczy nas rutyna. Podobne historie słyszeliśmy już wcześniej. Klient po raz enty powtarza to samo.

Poczucie zagrożenia. Z tym, co pojawia się na sesji, czujemy się za bardzo jak w domu. Coś przywołuje nasze własne problemy. Przypomina o rzeczach, które wolelibyśmy pozostawić w spokoju.

Sprawy osobiste. Naszą uwagę odciąga coś, co aktualnie dzieje się w naszym  życiu […] Przechodzimy przez jakąś osobistą traumę, moment przełomowy albo kryzys.

Lenistwo. Po prostu nie chce się nam angażować sporych ilości energii niezbędnych do tego, żeby zachować skupienie.

A.A Lazarus:

W przeszłości miewałem tendencję do zbyt szybkiego wkraczania do akcji, bez uzyskania pełnego obrazu sytuacji. Paplałem, nim zebrałem wszystkie znaczące fakty. … Trzeba potwierdzać trafność tego co się mówi, żeby mieć pewność, że się osiągnie cel. Jestem pewny, że wśród znanych mnie i wam terapeutów nie wszyscy kierują się tym nakazem. Obserwowałem wiele razy, jak niektórzy już po minucie wyciągali wnioski i to prawie zawsze błędne. Oni nie usłyszeli swoich klientów.

R.Schwartz:

… [terapeuci] patrzą na ludzi przez pryzmat DSM, traktując ten podręcznik diagnostyczny jak biblię. Znaczna część tego, co następuje później działa jak samospełniająca się przepowiednia.

Zamiast stale koncentrować się na na klientach, powinniśmy zagłębić się w siebie i sprawić, co możemy zrobić, by do nich powrócić. Wielu terapeutów nawet nie zauważa, gdy coś się z nimi dzieje.

Z pewnością jedną z rzeczy, do których mają skłonność terapeuci w trudnych momentach, jest obwinianie klienta, że przejawiają opór albo że sprawiają trudności. Poza tym lubią przyklejać klientom etykietki, takie jak „z pogranicza”, „narcystyczny”, „histeryczny”.

W. Glasser:

Wcześniej zdarzało mi się zasypiać podczas sesji. No to z pewnością podałbym jako przykład błędu. Gdy rozmawiałem o tym z superwizorem, powiedział mi: „jeśli klient nie potrafi cię rozbudzić, to pal licho, śpij!”.

F. Shapiro:

Nigdy więcej nie pozwoliłabym na to, by ktoś inny stawiał diagnozę klientowi, z którym mam się spotkać. Nie dopuściłabym do sytuacji, w której nie mam czasu, żeby zastosować procedurę przygotowania do terapii. To potwierdza potrzebę przestrzegania procedur, spisywanych przeze mnie od lat, w których kładę nacisk na nieczynienie żadnych założeń dotyczących żadnego przypadku.

F. Pittman:

W swojej karierze wielokrotnie popełniał pewien błąd. Wierzył, że klient naprawdę chce się zmienić. Należy unikać założenia, że ci ludzie wiedzą, co robią źle, zdają sobie sprawę z własnych błędów i zwracają się do ciebie o pomoc by dokonać zmian.

Terapeuci „masażyści” wiedzą tyle, że relacja terapeutyczna ma dawać pociechę i poczucie bezpieczeństwa. To nie jest terapia i to nie jest podejście terapeutyczne. Jeśli utrzymujesz ludzi zbyt długo w tym stanie, wyrządzasz im wielką szkodę. Pozbawiasz ich mocy.

S.Gladding:

Terapeuta , który zdobędzie pewną pozycję zawodową jako autor bądź mówca, ma jeszcze więcej do stracenia. Można mieć wrażenie, ze terapeuci chcieliby być superludźmi, że tworzą mity na własny temat i zaczynają w nie wierzyć.

S. Johnson:

Oczywiście to, co uważa się za błąd zależy od stosowanego modelu. Na przykład z mojego punktu widzenia podejście stosowane w terapii skoncentrowanej na rozwiązaniach jest błędne za względu na swoją powierzchowność. Tak naprawdę nie dociera do sedna problemu.

Jeden z mitów na temat pracy terapeutów zakłada, że jeśli są wystarczająco bystrzy, przykładają się do studiów i pracy, szkolą się i poddają superwizji, mają dostateczną liczbę godzin praktyki, to zawsze będą w stanie zrozumieć, co dzieje się z ich klientem. Jeśli nie uda im się to w czasie terapii, z pewnością dojdą do tego do tego później, po głębszym i dłuższym zastanowieniu. Rzeczywistość jest znacznie bardziej złożona: w wielu przypadkach po prostu nie wiemy, co się wydarzyło, co poszło nie tak i jaką rolę my sami odegraliśmy w tym niepowodzeniu.

R.B Stuart:

Zakładanie że nasz wewnętrzny model roboczy, czyli nasz obraz świata, z jakiegoś powodu jest miarą prawdy w życiu, to uderzający przejaw narcyzmu. Tak jak inni terapeuci prowadzę niekończącą się walkę z samym sobą, żeby nie narzucać klientom własnych poglądów i przekonań, którymi przez lata kierowałem się przy podejmowaniu decyzji.

Continue reading


Krzyk

beksinski-obrazy-90-0594Ludzie dotknięci analgezją nie odczuwają fizycznego bólu. Żyją krótko, na granicy przetrwania, pozbawieni ważnej, choć nieprzyjemnej informacji zwrotnej o zagrożeniu.

My też -jako zbiorowość- pozbawiamy się takiego mechanizmu, uciekając przed cierpieniem. Media, jak co roku jesienią, podjęły bohatersko temat depresji. Medonet wzrusza nas prostym zestawieniem. Abstrahując od manipulacji pojęciem „depresja” i  umedycznieniem smutku, uderza mnie – jako znaczący – sposób w jaki zostały zestawione statystyki.

Najpierw dostajemy oszacowaną liczbę ludności dotkniętych depresją (350 mln), także w ujęciu procentowym. Potem: roczne światowe ekonomiczne koszty depresji. Sytuacja w Polsce i rosnące statystyki samobójstw. No i dalej: tysiące lat produktywności utraconej (a to cios dla kraju na  drodze nieustannego rozwoju), potworne obciążenia ZUSu (co z naszymi emeryturami!?) i liczona w latach absencja (my tu zapieprzamy a oni…).

Całość mam wrażenie nastawiona na obraz: tak, depresja to straszna choroba, która wycofuje z rynku osoby w wieku produkcyjnym, obniża efektywność pracy i obciąża ZUS. Niszczy rozwój i strzelające w niebo wykresy. I ciągle za mało pomocy. Bo jakbyśmy zaczęli terapeutyzować się wszyscy to problem depresji zostałby rozwiązany… NFZ ciągle za mało wydaje na pomoc depresantom, sugeruje zestawienie.

Skąd ten alarm?

Ano stąd że depresja to bunt, to bezczelna ucieczka. Jak pokazuje zestawienie Medonetu czarno na białym, choć w podtekście: depresja to bunt przeciwko kulturze produktywności.

Z wypowiedzi psycholog Magdaleny Nowickiej (podkreślenia moje):

„Teorie socjobiologiczne zakładają, że depresja to forma reakcji adaptacyjnej, która nakazuje zwolnić, zawiesić życiową działalność po to, żeby organizm zregenerował siły, których mu zabrakło. Zaburzenia depresyjne są znakiem naszych czasów. Przez zawrotne tempo życia przestajemy dostrzegać rzeczy, które sprawiają nam radość. Funkcjonując w ciągłym pędzie nie możemy pozwolić sobie na dłuższy odpoczynek, bo sądzimy, że powinniśmy skupić się na karierze, zarobkach i konsumpcji. W pewnym momencie doprowadzamy do stanu, w którym nasz organizm odmawia posłuszeństwa i odczuwa potrzebę wytchnienia. Patrząc z tej perspektywy, coraz częściej narażamy się na wyczerpanie tych pokładów i nie zawsze potrafimy uporać się z pędem naszego świata.”

Już miałam nadzieję na jakieś konstruktywne wnioski w dyskursie publicznym. Na moment prawdy, odwagi. Ale nie. Jednostka w mediach nie tylko jest bezczelnym hamulcowym rozwoju i produktywności kraju, ciężkim kosztem obarczającym instytucje, ale i ciąży na niej odpowiedzialność za swoje własne dostosowanie do szaleństwa i za swój brak  produktywności. Wolny najmita zostaje obarczony odpowiedzialnością za samodzielny (samotny) i pozorny (bo wyboru de facto nie ma)  wybór złotego środka między fizjologią a bezwzględnymi wymaganiami Rynku. Tego złotego środka nie oferują jednostce ani instytucje ani eksperci. Ani też sam Rynek.

Z poziomu jednostki, a nawet lokalnego, nie rozwiąże się globalnych problemów. Jednak myśl, że „tempo życia”, „pęd” ani „konsumpcja” nie są żadnym wyborem jednostki a zostały narzucone przez jakąś Zewnętrzność nie postała w głowie miłej pani. Już trzydzieści lat temu Ulrich Beck (jak ten czas leci…) wieścił śmierć ahistorycznej i zamkniętej na zewnętrzne uwarunkowania psychologii. Tu się mylił, ludzka głupota jest bezdenna. Perspektywa psychologiczna – tak jakby człowiek był wykorzeniony ze społeczeństwa, polityki, ekonomii i dotyku ziemi – nie zmieniła się. Nadal w terapii klient urabiany jest w bieżącej narracji neoliberalnej służącej potrzebom Rynku i Systemu. Na przykład, w wypracowaniu o terapii psychodynamicznej czytam:

„W trakcie terapii pacjent staje się bardziej świadomy, że to on jest w większości autorem swojego życia, a nie okoliczności zewnętrzne. Jednak, żeby do tego doszło niezbędny jest czas.”

Dalej, jako pozytywne rezultaty terapii widnieje:

„redukcja uciążliwych objawów, przywrócenie zablokowanych form aktywności, uruchomienie adekwatnych, a co za tym idzie mniej destruktywnych adaptacji do zróżnicowanych sytuacji życiowych oraz realizacja zadań rozwojowych właściwych dla etapu życia pacjenta” .

Czytaj: elastyczność i iluzja samo-stanowienia. Depresja to obciążenie dla Systemu, trzeba więc ją zaetykietować („choroba”) i leczyć (łagodzić w imię produktywności). W gabinetach terapeutycznych cierpienie tu-i-teraz przekierowywane jest na przeszłość (rekonstrukcja „toksycznego dzieciństwa”). Lub też klienci przechodzą łagodne pranie mózgu (stąd: „niezbędny jest czas…”) w stronę „Ja jestem ok, ty jesteś ok i świat jest ok”, co jest oczywistą gównoprawdą. Tak jakby cierpienie klienta nie niosło ze sobą żadnych treści dotyczących rzeczywistości społecznej, kulturowej czy gospodarczej a było jedynie jakimś wyskokiem jednostkowej nieokiełznanej nieświadomości, błędem postrzegania czy wadą systemu nerwowego… Oczywiście, klienci zaakceptują takie przyczyny swojego stanu i z pewnością w jednostkowych przypadkach takie paradygmaty są przydatne. Któż nie chciałby mieć choć iluzji kontroli?

Trzydzieści lat temu  Ulrich Beck pisał (i tu się nie mylił) o tym, że współczesna jednostka w ramach swojej biografii i wobec rozpadu dotychczasowych więzi i narracji społecznych (w tym klas społecznych, rodziny nuklearnej, ścieżek rozwoju zawodowego) przejmuje na siebie ryzyko generowane przez współczesną cywilizację. Rynek najlepiej widziałby w nas jedynie samotne jednostki, nieskończenie mobilne i elastyczne oraz skłonne do wydania pieniędzy na produkowane bezwartościowe „dobra” kosztem – nieoszacowanym, ukrywanym- równowagi ekologicznej. I tak, jednostka boryka się z płynnym i oferującym bezsensowne zajęcia rynkiem pracy- a uczestnictwo w rynku pracy określa współcześnie jej tożsamość. Podejmuje ryzyko zdobycia wykształcenia, które nie gwarantuje żadnej ścieżki rozwoju zawodowego, ale jest wymagane przez instytucje. Codziennym pośpiechem i zmęczeniem próbuje także pogodzić rozrodczość i prawa kobiet z wymaganiami rynku.  W domach poszczególnych jednostek, wśród konfliktów (przerabianych na terapiach par) rodzą się nowe, płynne role kobiet i mężczyzn. Jednocześnie jednostka styka się ze schizofreniczną narracją twierdzącą, że świat jest stabilny, zarządzany, że postęp , że rozwój, że świetlana przyszłość, że natura, że oczywiste, że jest Ktoś Kto Wie (i kto każe jednostce wybierać). Jednostka nie ma jak ukryć się przed zagrożeniami ekologicznymi (promieniowanie, substancje niebezpieczne, niezdrowa żywność, hałas etc) – skażenie przyrody i zmiany klimatu są (i tylko one) naprawdę demokratyczne. Co więcej, jednostka – pozbawiona wiedzy specjalistycznej – jest skazana na zaufanie ekspertom i na akceptację narzuconych przez nich norm (czyli de facto-wyrażonej przez instytucje zgody na trucie). Niestety, wbrew temu, co głoszą zwolennicy tego Świetlanego Postępu i Nowego Pięknego Świata, jednostka nie jest w swoich wyborach wolna. Jest dogłębnie, od początku życia, od aspiracji po definicję sukcesu, sterowana przez instytucje i ekspertów i postawiona wobec głębokiej irracjonalności uspokajających narracji. Wobec zmian klimatycznych, ekologicznych zagrożeń, nadmiaru, sztuczności, pustki i narzuconej ścieżki życia pozostaje bezradna– nawet jeśli jest tej pustki i zmian świadoma.

Świadomość bezradności to piekło. Continue reading


Nieudana terapia (2) – Bezradność Młodej Lekarki

dali19
Cześć pierwsza: tutaj
Definicja złej terapii czy błędu? Trudna do ustalenia, choć zgodzimy się, że bywają i złe terapie i błędy. Czy to poczucie krzywdy klienta? Pogorszenie stanu – subiektywne, obiektywne? Brak zmiany? Uporczywa, przedłużana terapia? Niezadowolenie otoczenia klienta z rezultatu? Brak satysfakcji terapeuty z procesu i swojego zaangażowania? Zła ocena superwizora?

Kilka fragmentów z „Nieudanej terapii” – wypowiedzi praktykujących terapeutów dotyczące złej terapii:

A.A Lazarus:

..na pierwszym miejscu stawiam brak empatii u terapeuty. Nie pojawia się współczucie.

Nieudana terapia to ośmieszanie lub znieważanie klienta przez terapeutę albo używanie destruktywnego krytycyzmu. Innym klasycznym przykładem złej terapii jest zaniechanie stosowania empirycznie sprawdzonych technik w sytuacjach tego wymagających.

W. Glasser

Dla mnie terapia jest zła wówczas, gdy terapeuta przekazuje komunikat: „Jesteś psychicznie chory. Beze mnie nic z tym nie zrobisz”. Terapia jest nieudana wówczas, gdy komunikujesz klientowi, że potrzebuje pomocy i tylko ty możesz mu pomóc. „Coś jest z tobą nie tak, ale nic z tym nie zrobisz, o ile nie zwrócisz się do mnie”.

Postrzegał nieudana terapię jako taką, która wzmaga natężenie przeżywania i ekspresji emocji u klientów, ale nie wzmaga ich poczucia własnej mocy.

F. Pittman:

Dobra relacja terapeutyczna powoduje więcej złego niż każde inne działanie terapeuty. Sprawia, że [pacjenci] myślą o sobie jako tych, którym brakuje pewnego rodzaju mocy, a tę moc ma terapeuta.

S. Johnson:

Doświadczenie to nauczyło Susan Johnson, że terapia jest nieudana nie tylko wtedy, gdy stosowany przez nas model nie przynosi efektów, ale także wtedy, gdy nie mamy innego modelu, po który moglibyśmy sięgnąć. Zdajemy sobie sprawę, że klienci potrzebują czegoś więcej niż to co im oferujemy, lecz nie potrafimy ustalić czego dokładnie.

L. Sperry:

Większość terapii regresywnych prowadzonych z osobami, które nie mają spójnego Ja, to terapie nieudane. Zła jest każda terapia w której jedna lub dwie strony ponoszą szkodę. Sadzę też, że stosowanie pewnych rodzajów terapii bywa szczególnie nierozważne, zwłaszcza w sytuacji, gdy danego  klienta wyjątkowo łatwo zranić i nie jest on w stanie świadomie zdecydować o swoim udziale w leczeniu

S.D. Miller:

Poprawa u klienta niekoniecznie wynika z samej terapii. Uznaję to za porażkę. Duży odsetek klientów odczuwa samoistne polepszenie, które następuje niezależnie od interwencji mojej lub innych terapeutów. Taką sytuację definiuję jako porażkę, ponieważ terapia w najmniejszym stopniu nie przyczyniła się do tego, co i tak wydarzyłoby się przez przypadek, z powodu dojrzewania klienta albo ze względu na upływ czasu.

Zmiana na gorsze następuje w kontekście naszej relacji i jest większa niż zmiana, która mogłaby nastąpić wskutek przypadku. Takie sytuacje określam jako prawdziwe porażki: coś, co zrobiłem lub to,  że czegoś nie zrobiłem, negatywnie wpłynęło na klienta

R.B Stuart:

Nieudana terapia nie pozwala zrealizować wszystkich celów albo założonego celu na oczekiwanym poziomie. Może spowodować pewne pozytywne zmiany, jednak nie w zakresie, który można by osiągnąć, gdyby została lepiej zaplanowana lub przeprowadzona. Jej marne rezultaty opóźniają nadejście zmiany, przez co klient traci czas i pieniądze a być może także chęć szukania pomocy u innych terapeutów

Uderza mnie to, że każdą z tych definicji ad hoc da się podważyć a owo podważanie zależne będzie od przyjętego modelu psyche i procesu „leczenia”. Rzekomo błędny brak empatii wyśmieje psychoanalityk, który współczucia jako Głos nie okazuje – bo i po co?; ośmieszanie wyśmieje znów terapeuta prowokatywny, bo właśnie tym się posługuje jako narzędziem. Dziecięcą zależność zwaną przeniesieniem, rzekomo konieczną do „wyleczenia” według terapeuty psychodynamicznego, skrytykuje terapeuta z nurtów behawioralnych czy humanistycznych.  Umieszczenie mocy boskich w osobie terapeuty – toż bez tego nie ma samospełniającej się przepowiedni a tym samym – samouleczenia… Podważanie wagi „dobrej relacji” czy „empatii” to herezja, bo jest to „wspólny czynnik leczący”, choć przecież w realu pożądaną zmianę psychiczną da się osiągnąć także bez tego… Czy możliwe jest określenie w jednostkowym przypadku, w ilu procentach zmiana dokonała się dzięki obecności terapeuty a w ilu – czynników pozaterapeutycznych, w tym losowych, niezależnych od klienta- jak to więc porównać? Co, jeśli klient nie osiągnie wytyczonego celu a mimo to jest zadowolony z terapii? Continue reading


Z wierszy ostatnich

Z wierszy ostatnio przeczytanych i Agnieszki Osieckiej ostatnich.

 

 „Choroba czwartej rano”

 O czwartej rano,

jak pożar,

budzi mnie ból.

Wstaję.

Czepiając się ścian wchodzę do łazienki.

Wątpię w istnienie Boga,

dobrych ludzi,

ciebie.

Dzwonię do zegarynki.

Jest.

Takie skojarzenie: jak dobrze wiedzieć, że świat – ten ugotowany na twardo, podzielony na godziny, minuty i sekundy, taki oczywisty – będzie dzielnie trwał po naszej śmierci i mimo naszej śmierci. Że będzie czyjś śmiech, dłonie, drobne zmartwienia, codzienność i ptaki w lesie.

I zegarynka. Continue reading


Klatka dosłowności

9d0152ff-74c4-4b30-9fb3-7721e795c400Gdy zaczęłam czytać artykuł „Dorosłe dzieci pozywają rodziców. Powód? Złe dzieciństwo” nastawiłam się na to, że przeczytam historię osób głęboko zaburzonych, niezdolnych do społecznego funkcjonowania, które – maltretowane przez rodziców, gwałcone i przykute do kaloryfera lub trzymane w ziemiankach pośród szczurów – nie nabyły umiejętności samodzielnego życia i proszą państwo polskie o wsparcie. Tymczasem przeczytałam o ludziach wykształconych, mających dobrą pracę, funkcjonujących społecznie, którzy upatrują przyczyn swoich życiowych niepowodzeń w dysfunkcyjnych (jak to się ładnie mówi) domach pochodzenia. Bohaterzy artykułu: pan koło trzydziestki, wykształcony pracownik korporacji (informatyka, finanse), borykający się z problemami zdrowotnymi – jego rodzice mieli zaniedbywać jego zdrowie i higienę;  miła pani po trzydziestce – wykształcona, pracująca, która założyła rodzinę i której rodzice kazali pracować w polu, wiedli do dentysty na wyrwanie zębów i zaniedbywali kwestie higieny. Oraz miła pani po czterdziestce, córka alkoholiczki, która ma za sobą dwa rozwody i nadal uważa – mimo terapii – że matka miała moc „zniszczenia jej życia”. Osoby te rozważają pozwanie swoich rodziców za „złe dzieciństwo”. Jak twierdzi adwokat pozwanych, trzydziestolatek za poduszczeniem swojego psychologa złożył nawet pozew przeciwko swoim rodzicom, lecz nie wpłacił opłat sądowych.

Nie twierdzę oczywiście, że nie jest krzywdą nieleczenie zębów czy bicie. Według naszych współczesnych norm (higiena, ochrona zdrowia, miłość rodzicielska) cytowane domy były wychowawczo niewydolne a dorośli niezdolni do pełnej opieki nad dzieckiem.  Nie będę też ważyć życia wiejskiego dzieciaka w Polsce lat 80′ czy 90′ a – powiedzmy – życia wiejskich dzieci w Laosie podczas wojny wietnamskiej czy dzieciaków z warszawskich podwórek w 1940 roku, bo jasne jest, że  „złe dzieciństwo” to model umowny, relatywny.

Chodzi o to, że  opowiadamy o sobie nieodpowiednią bajkę a ona wiedzie nas na manowce. Nie da się bowiem żyć teraźniejszością ani budować przyszłości, bazując na przeszłości, której – z natury rzeczy – nijak nie można zmienić.

Problemem jest dosłowność, usztywnienie.

Bohaterzy artykułu uwikłani są w narrację terapeutyczną pt.„to wina twoich rodziców”. Zakłada ona, że rodzice absolutnie zobowiązani są do bycia „wystarczająco dobrymi” rodzicami (widać to w cytowanej wypowiedzi: „Emilia kilka lat chodziła na terapię, zdaje więc sobie sprawę, że zachowanie matki wynikało z tego, że nie radziła sobie z własnymi emocjami. „Ale nic mnie to nie obchodzi – mówi. – My byliśmy dziećmi, które nic nie rozumiały, a ona, jak to matka, była dla nas całym światem.”). Dorosły jest w tej opowieści jedynie wypadkową, rezultatem oddziaływań rodziców (nadal Emilia: „przez swoją głupotę i niedojrzałość zniszczyła nam życie”). Jesteś cepem, trafnie pisał za Hillmanem o tej narracji Tomasz Stawiszyński. Jeśli nie wiedzie ci się w życiu lub czujesz się nieszczęśliwy, przyczyn tego stanu rzeczy poszukaj w dzieciństwie, głoszą w mediach eksperci. I oto jesteśmy skazani, bo zawsze tam coś przykrego znajdziemy, choćby dlatego, że jako dzieci byliśmy słabsi, zależni i nie rozumiejący mechanizmów życia. Ale narracja terapeutów to Dobra Nowina, daje również nadzieję: jeśli dokopiesz się do „zamrożonych” uczuć z dzieciństwa, „przepracujesz” je i zrzucisz na rodziców ogrom twojego wstydu i poczucia winy – będziesz lekki i szczęśliwy (patrz: Alice Miller, John Bradshaw i wielu innych). Jeśli nawiążesz z obcą osobą (terapeutą) więź idealną (czytaj: korekcyjną, leczącą), taką jak powinna być z idealnymi rodzicami, zbawisz się ku szczęściu. Continue reading


Ten wstrętny, mały sabotażysta

 cb0fe9de002806cf476e260aZatajenie grzechu ciężkiego jest grzechem ciężkim, wtedy mówi się o świętokradczej spowiedzi. Świętokradcza spowiedź (zatajenie grzechów ciężkich) powoduje nie tylko konieczność wyznania tego grzechu i grzechu zatajenia. Spowiedź taka jest nieważna, a więc żaden grzech ciężki wypowiedziany podczas tamtej (tamtych) spowiedzi świętokradczej nie został Ci odpuszczony. Musisz wyznać wszystkie grzechy ciężkie od ostatniej dobrej spowiedzi. Każda komunia święta przyjęta po spowiedzi świętokradczej czyli (lub) w stanie grzechu ciężkiego jest grzechem ciężkim, z którego też trzeba się wyspowiadać.

Forum Katolik

 

Jeśli spowiadający się zwleka lub zapomniał grzechy, to kapłan może zadawać naprowadzające pytania.

Wikipedia

 

Zwrócił moją uwagę pewien forumowy post:

 

Witam. Od kilku miesięcy uczestniczę w terapii poznawczo-behawioralnej, ze względu na występowanie depresji z lękiem panicznym. Po kilku spotkaniach z terapeutą (dodam że nie biorę żadnych leków) lęk paniczny ustąpił. Czasem pojawia się złe samopoczucie, ale jestem w stanie przejść przez to znacznie lepiej niż przed terapią. Niestety terapia zaczyna mnie męczyć i stanęła jakby w miejscu. Wiem, że jeszcze nie wszystko przerobiłam tak jak należy i wiem też że to jeszcze nie czas aby przerwać ten proces, ale wielokrotnie w czasie terapii mam opór wobec terapeuty i nie daję rady, aby o wszystkim mówić. Z drugiej strony boję się, że to może spowolnić cały jej przebieg i nie doprowadzić do poznania całej prawdy o mnie, ale całkowite otwarcie się przed kimś jest dla mnie nie do przeskoczenia. Nie wiem co z tym zrobić, być może źle trafiłam z wyborem terapeuty, ale lękiem napawa mnie rozpoczynanie tego procesu z kimś innym i przechodzenie tego znowu od samego początku. Czy to zdarza się podczas terapii i należy nad tym pracować czy zmuszanie się nie ma sensu?

i fragment odpowiedzi eksperta od dusz:

Szanowna Pani,
…Tym co przychodzi z łatwością, w czym jest Pani mocna nie trzeba się raczej w psychoterapii zajmować. Gdy natomiast pojawia się w rozmowach trudność, silne napięcie wewnętrzne czy lęk, to jest to zwykle znak, że właśnie natknęła się Pani na coś co jest dla Pani rzeczywiście trudne. Jeśli trudne w relacji z terapeutą to może wskazuje to na jakieś trudności w normalnym życiu. Stąd warto rozważyć czy nie chciałaby Pani warto uczynić tych trudności tematem kolejnych spotkań. W końcu podjęła Pani psychoterapię nie dlatego, że wszystko przychodzi Pani z łatwością.

Popularny obraz „oporu w terapii” (tego „małego sabotażysty” :)) znajdziemy tutaj:

lub tutaj

a tutaj wypracowanie o bezczelnych, trudnych klientach.

***

W wypowiedzi Autorki uderzyło mnie zdanie „to może spowolnić cały jej przebieg i nie doprowadzić do poznania całej prawdy o mnie” jako charakterystyczne. Po pierwsze zdradza wielką naiwność, jeśli nie młodzieńczą głupotę piszącej osoby, która wierzy, że da się wszystko „przerobić tak jak należy”, „przebieg” ma być szybki i że ktokolwiek na świecie zada sobie trud „poznania całej prawdy ” o niej. Jakie to typowe!

Zadziwia mnie też głupota wiary, że da się żyć bez trudności (i sugestia, że psychoterapia je rozwiąże), ale płytkie psycho-slogany już mnie tak brzydzą, że nie będę ich komentować.

Nieprawdą bowiem jest, że przełom, rozwój czy refleksja dokonać się mogą skutecznie tylko w „mówieniu do terapeuty” i że to „mówienie” jest odzwierciedleniem „trudności w życiu”- bo rozmawia się w różny sposób z różnymi osobami w różnych pozycjach i rangach. To „trzeba mówić” jest jedynie założeniem, paradygmatem „terapii mówionej”- choć traktowane jak oczywistość. „Postęp w terapii” nie jest tożsamy z samo-rozwojem, mądrością czy rozszerzeniem duszy, jest technicznym pojęciem z podręczników psychoterapii. No i ile rzeczy dzieje się w milczeniu, w ciszy, w zaciszu! Działają obrazy, muzyka, cytaty, słowa (które uderzają jak obuchem), sny, historie zawarte w książkach czy filmach. „Działa” to, co „zrobi się”, „powie się”, „przeżyje przed sobą, a nie widownią. No i, proszę wybaczyć truizm: jest się ze sobą, „pracuje się nad sobą” czy obserwuje swoje wewnętrzne zmiany, kryzysy, progi, duszy poruszenia – całe życie. Cała w tym rozkosz życia właśnie.

Oczywistą przeszkodą, źródłem oporu, jest sztuczność „relacji terapeutycznej” sama w sobie: nierównowaga sił i auto-prezentacji, upokarzająca pozycja „pacjenta” jako „leczonego”, „zaburzonego”, z „trudnościami” i upokarzająca pozycja terapeuty, jako działającego dla bliżej nieokreślonego „dobra” – czasem wbrew swoim uczuciom (sławetna a nieistniejąca „neutralność światopoglądowa”). Oczywiste jest, że nie opowiada się nikomu niczego intymnego po pięciu godzinach jednostronnej, przypadkowej (nie)znajomości. Ba! pozostają sekrety, których nie wyjawia się nawet bliskim i to latami… Nie sprzyjają budowie zaufania ramy terapii – trudno zwierzać się na minuty, w wytyczonym dniu i godzinie. To, w jaki sposób terapeuci opowiadają o oporze („sabotażysta”) ma budzić poczucie winy klienta (nieuczciwość w relacji, oj ty brzydulku…) i poczucie zagrożenia (jak nie powiem wszystkiego, proces nie będzie przebiegał „prawidłowo”- jak w cytacie).  By pobudzić skłonność do mówienia „prawdy, całej prawdy i tylko prawdy” stosuje się delikatne naciski: płatności za godziny (im dłużej milczysz tym więcej cię to kosztuje), tykający zegar; propagandę, w której opór jest „sabotażystą” a sam klient -„trudny” (fuj!). Zauważono, że skłonność do znaczących zwierzeń pojawia się pod koniec sesji. Lacan stosował więc naciski mniej delikatne: by zbudować napięcie, że sesja się zaraz zakończy, przerywał ją w dowolnym momencie, nie pobierał opłat lub pobierał je bez ładu i składu. Stąd także technika „odsłaniania się”, gdy terapeuta rzuca jakiś kawałek „prywatny” (wymyślony lub przygotowany pod dany przypadek), by wymusić wzajemnością kolejne zeznania.

Z czym kojarzy mi się motyw „oporu” i jego „przełamywania” w narracji psychoterapeutycznej, tej namiastki sensu dla mas? Po pierwsze, z totalitaryzmem, gdzie prywatność, intymność czy indywidualność nie mają prawa zaistnieć. Po drugie, z mechanizmem sekty, gdzie… – jak wyżej. Po trzecie z gwałtem, bo pośpiechem gwałcona jest intymność, czystość. Po czwarte, ze społeczeństwem zbudowanym nie na namacalnym a na opowieści. I wreszcie, last but not least, z mechanizmem spowiedzi w Kościele Katolickim. Continue reading


Leśni

sam_2047Fragment „Lata leśnych ludzi” Marii Rodziewiczówny.

Bo i lato już (jeszcze?), i leśni stanowią specyficzny rodzaj ludzi, o których jakaś wzmianka potrzebna.

I nikt już tak nie pisze – dziś nawet grafomania bez uroku.
Szkoda.

O starodawnym, bo jak bór odwiecznym, rodzie mowa tu będzie. Ma on przodków we wszystkich wiekach i tradycję we wszystkich szczepach ludzkości, boć nie ród to ciała, lecz duszy, nie ród lasu mieszkańców, lecz lasu miłośników, przyrody czcicieli. Z rodu tego był poeta, co w Helladzie wyśpiewał mit Pana i Faunów, i ten, co stworzył Baldura w Skandynawii, i ten ich krewniak duszny, co w obchodzie religijnym Ariom dał Kupalną noc czarowną. I patrona swego ów ród ma, gdy ludzkość weszła w Pana Jezusowego szeregi. Ich duszę miał, z ich rodu był słońca miłośnik i śpiewak, ptasząt i ryb kaznodzieja, wszelkiego stworzenia przyjaciel, seraficki święty Franciszek.

Mędrców i uczonych mają w swym rodzie i pozornie teraz wchłonięci w miliony ludzkości, zachowali przecie odrębność i właściwość swych leśnych dusz. Ogarnęły ich ziemskie przewroty, życie gorączkowe, skomplikowane warunki, materialna walka o byt. Odsunęła ich od przyrody cywilizacja, postęp tak zwany, niszczenie natury przez rozrost przemysłu, straszny ciężar nowoczesnego bytu, nowoczesnych praw i obowiązków. Pozornie nie ma dla leśnych ludzi ni miejsca, ni życia. Przystosowali się do warunków i już teraz niczym się jakoby od reszty ludzi nie różnią. Spełniają swe obowiązki powszednie, pracują wśród innych z innymi, obcują z cywilizacją, biorą udział w postępie, korzystają z wynalazków, umieją się obchodzić z pieniędzmi, mieszkają w miastach, ubierają się jak inni, bywają w teatrach. Czyżby ród i tradycja leśnych dusz zginęła? Przenigdy! Nieśmiertelny jest duch i ród ducha nieśmiertelny; tylko kto rodu tego ciekaw, z rodu tego być musi i wtedy krewniaka odnajdzie. Nie trzeba koniecznie szukać go wśród cichej wsi i głębokich borów, wśród ludzi stojących u warsztatu przyrody, w jej królestwie: można tam szukać długo i na próżno, a znaleźć w wielkim fabrycznym mieście. Można znaleźć w uczniowskim pokoiku, gdy chłopak po odrobieniu algebry, zamiast iść szukać rozrywki w dusznej sali knajpy, z gilem chowanym się bawi i dogląda go, można w suterenie szewca, co ledwie wie nazwę ptaka, który mu ćwierka przy robocie. I w tłumie ulicznym poznać można po szczególnym zachowaniu się w nadzwyczajnych wypadkach miejskiego życia.

Gdy wychodzą wieczorem dzienniki z ostatnimi depeszami wojny, skandalicznego procesu, sensacyjnego mordu, a ktoś nie bierze do rąk gazety, ale przypatruje się z uśmiechem sadowieniu się wróbli na nocleg, z rodu leśnego jest. I z tegoż rodu jest taki, co wśród uroczystego pochodu ulicznego, gdy wszystkich pochłania muzyka, stroje, ekwipaże, paradne szeregi wojska lub korporacji, dojrzy zziębniętego psiaka przed zamkniętymi drzwiami sklepu i otworzy mu je z dobrym słowem życzliwości. Wśród ogłoszeń dziennikarskich członek tego rodu wyszuka adres sprzedawcy słowika w klatce, zna handlarzy ptaków, więźniów tych wykupuje z niewoli i z wiosną puszcza na wyraj, równie jak one radosny.

Leśni ludzie zwykle trzymają się samotnie, dusze swe kryją, o swoim wnętrzu z nikim nie mówią, wiedząc, że to innych nie zajmuje. W potwornym młynie ziemskim, gdzie bożyszczem jest interes, walka o zbytek i użycie wykwitu cywilizacji, obcując z innymi, mają w oczach często zgrozę lub krytyczne zdumienie, ale milczą i spełniając swe społeczne obowiązki, baczą tylko, by się nie dać zgnieść, zmiażdżyć. O dusze swe nie są trwożni: tych zaraza świata nie skazi. I tak trwają, rzadcy wśród świata i obcy mu zupełnie. Czasami znajdują druha. Otwierają się na ścieżaj wrota duszne, krzepią się oni wzajem: marzenia, potrzeby, tęsknice zmieniają się w słowo. Wyrażają ufnie głos swobody, ciszy, obcowania z naturą, przetwarzają swe żądze, aż utworzą czyn, aż wypracują sobie rzeczywiste, żywe, wedle swej duszy bytowanie.

I takie jedno lato leśnych ludzi tu będzie zawarte. Dla tych, co je przeżyli – kronika szczęścia; dla tych, co po świecie rozproszeni, o nim samotnie marzą -bratni upominek i może do czynu pomoc.”

 

 


Bumerang

salvadordaligalizamekpubolDlaczego właściwie napisałam cykl o „wewnętrznym dziecku”? Dlaczego widzę sens w krytyce takich i podobnych bajek?

Ano, przez bumerang…

Psychologia naukowa opisuje świat społeczny. Bardzo upraszczając sprawę: tworzy obraz  zewnętrzności za pomocą narzędzi statystycznych, obserwacji amerykańskich studentów, szczurów i małp. No, nie da się ukryć. Jej narracja nie odnosi się do poszczególnej jednostki a teoretycznego konstruktu pt. „człowiek”, i to z wybranej kultury i o określonej pozycji społecznej. To oczywiście wzbogaca nasze widzenie świata – ale nie nasze wnętrza.  Narracja ta, słownictwo, pojęcia i sposób widzenia, pomimo że kontrowersyjne i zmienne (bo oparte na metodzie naukowej czyli uporczywym kwestionowaniu) zostają narzucone jako „prawda”, rodzaj Wielkiej Narracji przez psycho, mających w kulturze niezasłużoną pozycję autorytetów i rzekomych znawców ludzkiej duszy. I dalej zostają przyjęte przez jednostkę jako narzędzie samo-opisu.

Proszę przyjrzeć się tej anonimowej forumowej wypowiedzi jako przykładowi :

 

„Ambiwertyk to ktoś, kto posiada zarówno cechy ekstrawertyka jak i introwertyka, ale zadne z nich u niego nie dominuja. Potrafi wychodzic do ludzi, byc towarzyskim, ale rowniez samotnosc nie stanowi dla niego problemu, daje pole do refleksji. Ciekawy artykuł znalazłam w Charakterach, ale nie daje się zlinkowac, forum wykrywa spam, szkoda.
W końcu mogę się gdzieś odnaleźć :)”

Psychoanaliza i jej podobne, w tym wizje psychoterapeutyczne (np. wewnętrzne dziecko, wewnętrzny krytyk, „traumy dzieciństwa”, DDA, nieświadome) podpowiada obrazy wymyślone przez (jakże często!) jednego człowieka, na podstawie kilku przypadków i bezpodstawnie zgeneralizowane. Narzuca się je pod groźbą „nieprzyjaznego zetykietowania” i wyzwania od „opornych” czy „niedojrzałych”. Nie ma ucieczki od takich Wielkich Narracji, bo cokolwiek „diagnozowany” zrobi jest to dowodem, że „opiniujący” ma rację (patrz: pojęcie oporu w terapii, wyparcia czy klasyczne chachmęcenie przy tzw. „kompleksie Edypa”). I znów zachodzi tu podobny proces jak przy psychologii- opis konstruktu pt. „człowiek” zbudowany przez postronnych na „przypadkach klinicznych” zostaje narzucony/przyjęty przez jednostkę jako język opisu jej własnego wnętrza. Ta przemoc domniemanej Wielkiej Narracji jest widoczna choćby w tym, że etykiety, z założenia neutralne (np. masochizm, narcyzm, kompleks, paranoja, projekcja), funkcjonują potocznie jako obelgi lub sposoby poniżania. To, moim zdaniem, zjawisko bardzo znaczące: jakby lud prosty naiwnie odsłaniał faktyczną przemoc, jaka się pod tym mechanizmem kryje.

Pop-psychologia? To intuicyjne majaki internetowych idiotów i skretyniałych dziennikarzyn. Biorą pełną garścią i bezkrytycznie z autorytetu psychologii; upraszczają refleksje/kontrowersje naukowe i traktują je jako narzędzie umoralniania, pouczania  – według kulturowych paradygmatów (np. skuteczność, dojrzałość, Ja, szczęście, rozwój). Mamy tu jasne zasady, prostackie schematy, determinizm, heurystyki. Nawet nie próbę neutralnego opisu zewnętrzności… Wręcz wykładnię moralności czy próbę wróżenia z fusów. Zakłada się, na przykład, (i słusznie) że dzieci nie należy bić. Ma to wynikać z autorytetu nauki/pseudonauki wskazującej na dzieciństwo jako okres wrażliwy a nie – proszę zauważyć! – z samej refleksji deontologicznej: powinności wobec bliźniego. Oto moralność musi zostać poparta nauką lub jej pozorami. Oto kolejny przykład, pierwszy z brzegu (a tego pełno): tutaj naukowym autorytetem buduje się czytelnikom „poczucie nieuchronności”, obraz  „natury” i określa ich człowieczeństwo [podkreślenia moje].

„Monogamia ma oczywiście bardzo wiele zalet, jest przyjemna i bezpieczna, nadaje też życiu sporo sensu. Ale nieuchronnie pojawia się problem zmęczenia drugim człowiekiem. […] Trzeba jednak pamiętać, że miłość z natury jest zmienna, a jej najbardziej stabilnym składnikiem jest zobowiązanie, a nie emocje, które przeżywamy – i w tym, między innymi, tkwi sekret długoletnich związków. Mało romantyczne, ale optymistyczne – bo emocje się zmieniają, zanikają, a zobowiązanie może być trwałe. To jest decyzja- mówi prof. Wojciszke – a potem stałe działanie na rzecz dobra związku, bardziej niż na rzecz dobra własnego. Zobowiązanie czyni nas ludźmi.”

I ciekawe, co na to rozwodnicy, nie-ludzie.

Zakłada się, że istnieje jeden możliwy opis, jeden wzorzec, którym człowiek adekwatnie (zgodnie z prawdą) opisze sam siebie. Że w ogóle taka prawda, taki wzorzec są możliwe i że jest taki język. Złudzenie to podtrzymuje kultura promująca racjonalizm (sławetna „odpowiedzialność za siebie”, samopoznanie,  funkcjonalny samorozwój, etc),  eksperckość  (zewnątrzsterowność, potrzeba oceny z zewnątrz), monoteizm (chrześcijaństwo). [nomen omen, piszę to a z radyjka wyje jakaś muza „jest jeden świat…”].

Bełkoczący opis świata (czytaj: odnoszący się do konstruktu, statystyki, bazujący na przypadkach czy intuicyjny) wraca jak bumerang i jest przyjmowany przez jednostki jako własny opis życia wewnętrznego.  Jest przyjmowany jako właściwa baza, oś, narracja subiektywnego wewnętrznego świata. Takie to proste, bo „wreszcie możemy się gdzieś odnaleźć!”. Kowalski kupuje oblicze statystycznego Kowalskiego. Pochylamy głowę przed opisami – nieadekwatnymi bo nie dotyczącymi nas, naszego wnętrza. Continue reading


Wewnętrzne dzieci (3)-Twarz Innego

m-anima017„Dziecko”, „wewnętrzne dziecko” jako współczesny obraz Innego w szerokim cytacie z „Kultury indywidualizmu” Małgorzaty Jacyno.

Część pierwsza

Część druga

I moja smutna myśl na marginesie o tym, że nie ma już inteligencji a rodzi się zdziecinniała miejska klasa średnia z głowami zanurzonymi w psycho-kulturze (poddana psycho-magikom, narracji pop-psychologii i oczywistym „prawom rynku”). Klasa średnia wyrosła z cwanego plebejstwa i bawiąca się jak plebejusze, ględząca o najnowszych gadżetach, „nowych opcjach”, „relacjach”, „wewnętrznych dzieciach”, „kryzysie męskości” wobec coraz szybszego konania własnej kultury, własnej cywilizacji i własnej, jedynej, Ziemi.

Na Titanicu też grali do końca.

Bawmy się więc – jak dzieci.

 

„Przez odchylenia  od normy […] a nie przez „bohaterskie wyczyny” jednostki budują doświadczenie własnej indywidualności. Tym samym przez proces indywidualizacji dokonuje się systematyczne włączanie tego, co było eliminowane i reprezentowane przez Innego. Inny- dziecko, szaleniec, przestępca – reprezentuje to, co nie zostało zdyscyplinowane i to, czemu przysługuje jakaś forma życia poza normą. Inny doświadcza zatem życia w sposób bardziej wolny bo niezracjonalizowany.

 Doświadczeniem Innego jest właśnie „pełne życie”, o które chodzi w etosie „nowej klasy średniej” […] Uprzywilejowane znaczenie etos „nowej klasy średniej” zdaje się przypisywać pozycji dziecka. Poszukiwanie „wewnętrznego dziecka”, „spontaniczność i naiwność dziecka”, bycie i doświadczanie „jak dziecko” to popularne dzisiaj formuły poszukiwania i odzyskiwania „pełnego życia”, a zwłaszcza jednej jego wersji, a mianowicie autentyczności, a autentyczność […] jest nie tylko wartością, ale wręcz świętością współczesnej kultury.

Wydaje się, że to dziecko, a nie na przykład kobieta, jest paradygmatycznym Innym współczesnej kultury indywidualizmu.  Oprócz autentyczności, pozycji dziecka przypisane są bowiem także inne atrybuty, które dobrze współgrają z etosem „nowej klasy średniej”. Aktualne doświadczenie dziecka to „bycie nikim”, ale  równoważone jest ono przez otwartą możliwość bycia wszystkim w przyszłości. Doświadczenie aktualnej nieklasyfikalności to także przypisywany dziecku hermafrodytyzm.  Odpowiednikiem braku „wyraźnego kształtu ciała” jest tu brak tożsamości. Wolność związana z pozycją dziecka to otwartość na doświadczenia, poszerzona świadomość, nieinstrumentalny stosunek do rzeczywistości i nieuwarunkowany przez utylitarny motyw sposób widzenia świata. Wolność, jak jest udziałem dziecka, to wolność w doświadczaniu związana z brakiem doświadczenia. Brak przeszłości lub przeszłość zbyt krótka, by mogła determinować oraz nieoswojenie z pragmatycznym motywem pozwalają w dodatku żyć dziecku cały czas teraźniejszością, czyli nie odkładając życia „na potem”. Dziecko nie potrafi tez intelektualizować czy racjonalizować  tego, co doświadcza.  Z doświadczeniem radzi sobie za to w jedyny znany sobie sposób: po prostu je doświadcza. Pozycja dziecka daje strukturalną gwarancję tego, że życie nie będzie oszczędzane na „czarną godzinę”.

 Przywilejem dziecka jest ponadto nieświadomość konieczności rządzących światem. Każdy z nas […] zaczyna życie jako bourgeois. Ten sposób życia kończy się wraz z utratą przekonania o możliwości magicznego wpływania na ludzi i rzeczywistość. Przekonanie, że wszystko jest możliwe i doświadczenia posiadania magicznej siły oddziaływania na innych (rodziców) jest jeszcze naiwnym odpowiednikiem dojrzałej już jej wersji charakterystycznej dla etosu „nowej klasy średniej”, a wyrażającej się w odmowie przyznania światu znaczenia „twardej” rzeczywistości i postrzegania jej jako „konstruktu”. Światem, widzianym przez dziecko nie rządzą przecież żadne twarde zależności przyczynowo- skutkowe.

Continue reading


Mądrość błazna

04-smiejObudziła się we mnie pasja badacza koprofaga i zagłębiłam się w analizę anonimowych wypowiedzi na otwartym, niespecjalistycznym forum, którego tematyka oscyluje wokół personalnych przepychanek, plotek i pop-psychologii.

Zwróciłam uwagę na kilka postów sugerujących, że osoba je pisząca „przyjmuje pacjentów” czy „ma przypadki”. Wypowiedzi noszą znamiona okraszonej psycho-żargonem diagnozy i przypominają pracę terapeutyczną on line. Być może pod nickiem kryje się sfrustrowany terapeuta-idiota, być może ktoś kto silnie utożsamił się ze swoim psychoguru  i chciałby „pomagać ludziom”. Być może ktoś, kto stara się uporać z własną traumą za pomocą maski „specjalisty”. Lub też napalony onanista lub nudząca się starsza pani – nigdy nie wiadomo, kto stoi za drzwiami. Nie chodzi zresztą tu o osobę czy przepychanki a o przykładowy typ psychologicznego besserwissera, jakich na wszelkich forach sporo.

Przykłady wypowiedzi (tylko przykłady).

Oto próbka możliwości forumowego „specjalisty”. Ten wpis powinnam skierować do policji, psychologów specjalizujących się w tematyce molestowania/gwałtu, seksuologów i sądów, bo taki internetowy diagnosta to skarb. Spojrzy i wie:

Ja widziałem kilkoro takich dzieci molestowanych przez dłuższy czas i po ich sylwetce i wyglądzie było widoczne, co im zrobiono.

Po tej dziewczynie, obecnie już dorosłej, widać do tej pory, że była wykorzystywana.

Zdziwiłam się. Po to żeby ustalić czy ktoś był molestowany, zwłaszcza dawno temu, trzeba długich wywiadów, analiz, konfrontacji i badań. Albo wiary. Po cholerę te zabiegi i wybiegi, takie marnotrawienie pieniędzy podatnika? Jak wystarczy spojrzeć i wiedzieć po „sylwetce i wyglądzie”, bo to „widać do tej pory”?

W diagnozach miły „terapeuta” wydaje się być lepszy niż pani Gens i pan Jackowski razem wzięci. Chcesz diagnozę – napisz post a dowiesz się, kim jesteś bo:

 bardzo wiele o człowieku można dowiedzieć się z jego listów, czy np. jego bloga. Studenci psychologii klinicznej uczą się diagnozy z tego typu tekstów.

Ze swojej specjalności wiem, że „diagnozę” z tekstu zawsze stawiali filolodzy czy historycy literatury, i to każdy inną. Freud przykleił się do tego trendu robiąc z diagnostyki literacką psycho-logię opartą na własnej autobiografii. Jednak wolałabym, żeby żaden spec,  nawet „student psychologii”, nie ograniczał się to tekstu. Gdy ktoś zaprotestuje czy popuka się w głowę, to się dowie, że:

przyjęcie prawdy o sobie nieraz bywa bardzo trudne. W psychoterapii nazywa się to oporem.

Ale pan „terapeuta” bez względu na czyjś opór i brak danych zabiera się do ciężkiej pracy obarczonej ryzykiem:

Trudno tak na podstawie tego tylko co napisałaś stawiać diagnozę, lecz zaryzykuję pewne twierdzenia, a Ty je możesz przyjąć lub nie.

Czasem też musi wykluczyć fachowo „uszkodzenie mózgu”:

Jeśli jak piszesz; potrafisz się obyć bez tego, gdy jesteś zajęta czymś innym, to wskazuje, że nie jest to jakieś uszkodzenie mózgu, lecz ma przyczyny psychiczne.

Lub stwierdzić istnienie duszy:

Psychoterapia, jak sama nazwa wskazuje, to terapia psyche- czyli duszy. A tak bezduszna osoba… przecież nie ma tego, co pod tym pojęciem się rozumie.

Albo też stworzyć magicznie świat jasny i oczywisty, pełen prostych schematów, których zresztą nie ma jak sprawdzić:

dziecko maltretowane, podane skrajnie silnej przemocy, …nie jest w stanie się samo zmienić… Inaczej wyrośnie z niego socjopata.

Przypuszczam, że w Twoim dzieciństwie, w fazie kiedy następuje stopniowa separacja dziecka od matki, nastąpiło zakłócenie tego procesu, spowodowane przez panikę zarówno matki jak i w konsekwencji Twoją.

nie obeszło się też bez słów wytrychów: odpowiedzialność za siebie w depresji, chcieć to móc, poczucie własnej wartości, ple, ple:

Jeśli winę przypisujesz rodzicom, to Cię to zwalnia z odpowiedzialności za siebie. To Ty musisz wziąć tę odpowiedzialność i starać się wyjść z choroby.Pierwszym i podstawowym warunkiem jest tego chcieć.

Gdybyś miała w tamtej chwili większe poczucie pewności siebie to pewnie nie zareagowałabyś urażeniem, lecz wybrała inny, bardziej konstruktywny sposób reakcji.

Z kilku słów „terapeuta” składa swobodnie całą baśń :

Mam takie wrażenie, że Ty w związkach dążysz do konfluencji- to znaczy do takiego zlania się z drugą osobą w nierozłączną jedność.

To ten niewyrażony, stłumiony gniew Cię zżera od środka. Ten stłumiony gniew przekształcił się w emocjonalną truciznę- urazę, która ciągle na nowo się odzywa i daje znać o sobie.

jeśli …chcesz przekonać do psychoterapii, to ja bym odradzał. Jej to nie pomoże.

Co ciekawe, nick tak bardzo wczuwa się w rolę, że utożsamia się z terapeutą z powszechnie znanych anegdotek:

Prawie takie same postępy mój jeden kolega z wojska zrobił. Spotykam go na ulicy, a wiedziałem, że chodzi na terapię i pytam: No jak tam ta Twoja terapia? Przestałeś szcz… w nocy do łóżka?…

to mi się przypomina jak kiedyś przyszedł do mnie pacjent i mi mówi, że cierpi na onanizm złośliwy…

Dzieli się także z maluczkimi „przypadkiem”, historią swoich rzekomych pacjentów:

Miałem przypadek takiej dziewczyny wykorzystywanej przez starszego brata. Robił to, o ile pamiętam przez 4 lata. Gdy podrosła na tyle, że odważyła się powiedzieć o tym matce, ta nie uwierzyła. Po tej dziewczynie, obecnie już dorosłej, widać do tej pory, że była wykorzystywana.

 

Continue reading