Wewnętrzne dzieci (2)-Pozorna wolność

img010 Rozwijaj siłę ducha aby mogła cię osłonić w nagłym nieszczęściu. Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności.

Dezyderata Max Ehrmann

 

Po narracji dziecka wewnętrznego w zderzeniu z konkretem w majakach niejakiego pana Jagieły, z czego naśmiewałam się infantylnie tutaj, przyszedł czas na bardziej dorosłe potraktowanie tematu. I – powtórzę swoje zastrzeżenia- nie chodzi o technikę pracy terapeutycznej (bo w gabinecie można sobie wymyślać, co się chce, jeśli ktoś wierzy, że pomaga), ale o pop-kulturową narrację, która brzmi mniej więcej tak: „każdy z nas ma w sobie zranioną w dzieciństwie część psychiki (Dziecko). Należy ją uzdrowić a wtedy będziemy zdolni do odczuwania prawdziwej radości z życia i będzie się nam szczęściło w związkach i pracy.” Na liście benefitów widnieje uwolnienie się od lęku (przed odrzuceniem, oceną, porażką), od kompulsywnych dziecięcych reakcji (obrażanie się, obwinianie się) czy od samo-destrukcji (pracoholizm, perfekcjonizm). Koncepcja prosta jak drut i jak każda obietnica zbawienia – fałszywa.

Kilka refleksji o tym, co jest (być może) pod taką opowieścią o nas samych. Niby nic, takie pitolenie o wyobrażonych dzieciach, ale wydaje mi się ważne jakimi obrazami się posługujemy (czytaj: ograniczamy).

*

Dziecko-niesklasyfikowany potencjał

Pragnienie „pełnego życia” to pragnienie życia „nieujętego” przez klasyfikacje. Klasyfikowanie jednostek to podstawowy sposób dyscyplinowania jednostek, także przez dyscyplinowanie ich pragnień. […] Antyinstytucjonalne nastroje, żądania odbiurokratyzowania sposobów działania, sprzeciw wobec stygmatyzacji chorych i przestępców a także kompromitowanie eksperckich „raportów” mają swoje źródło w odmowie bycia sklasyfikowanym […]. Pozycji dziecka, chorego i przestępcy przypisane zostało doświadczenie większej wolności, ponieważ jest to wolność „nieznormalizowana” czyli niezharmonizowana z ofertą systemu”.

Co mnie uderza jako pierwsze: mowa jest o „dziecku”. Żadnych łamańców w stylu „wewnętrznej dziewczynki” (w zabójczo różowych legginsach) czy „wewnętrznego chłopczyka” (w krótkich portkach). „Dziecko” jest płciowo nieokreślone i w zasadzie oznacza pozycję – względem Rodzica/Dorosłego. Nie byłoby „dziecka”, gdyby nikt nie posługiwał się pojęciem „dorosłego”. Mówiąc o sobie, że jesteśmy „dziećmi dużymi”, „dorosłymi dziećmi” przekazujemy, że określamy się wobec kogoś wyżej postawionego, silniejszego czy mądrzejszego.

„Dziecko” pozostaje niedookreślone być może również dlatego, że miejska klasa średnia (a piszemy o bajce tej klasy a nie o fantazjach chłopskich czy robotniczych) chce pozostać nieklasyfikowalna. Klasyfikacja oznacza – w definicji lat 60 – ograniczenie, zamknięcie, twardość, sztywną ścieżkę kariery. Otacza nas jednak płynny świat oferujący (pozornie) nieograniczone możliwości: możemy być być akauntem tu, specjalistą tam, turystą i bloggerem jeszcze gdzieś indziej a jednocześnie neowieśniakiem, cyklistą i vege oddającym się z zapałem garncarstwu raz na rok. Wybór lajfsajlu (drogi życiowej a także mieszczańskiej „pasji”) wydaje się być nieograniczony a zamach na ten wybór traktowany jest jako zamach na faktyczną wolność. „Dziecko” oznacza także pełen nadziei potencjał; zgodnie z fantazją naszych czasów, jest „białą kartą”, zdolną do rozwoju w wielu kierunkach, do „rozlania ku Pełni”, odrodzenia.

*

Praca z dzieckiem wewnętrznym- wykoślawiony wzrost

…odkrywanie w sobie dziecka, traumatycznych doświadczeń w przeszłości albo destrukcyjnych czy autodestrukcyjnych skłonności, „szalonych” pragnień to indywidualizowanie się…. Za tym neurotycznym i hipochondrycznym motywem ukrywa się zawsze nadzieja na odkrycie w sobie czegoś, co nie spełnia normy, daje doświadczenie „wykluczenia” i bycia na „marginesie”.

Proces odkrywania „dziecka wewnętrznego” – nazwania figury, wyobrażenia jej, konfrontacji z uczuciami „dziecka” i trudnymi wspomnieniami, odreagowanie emocji, otoczenie opieką/uleczenie przez dorosłego – wydaje się  synonimem procesu indywiduacji. „Uzdrowienie wewnętrznego dziecka” to obraz analogiczny do wzrostu, łażenia po łodygach fasoli, wspinania się po drabinach czy podróży. Jednak uderza, że ta koncepcja jest wewnętrznie niespójna. Dorosły ma leczyć miłością zaniedbane, więc i niezdolne do kochania Dziecko, które jest paradoksalnie jedynym – wyschłym przecież, chorym – źródłem miłości. Jakim cudem Dorosły, który nie zaznał jako Dziecko ani troski ani współczucia ani miłości ma nagle otoczyć siebie troską, współczuciem i miłością – nie wiadomo.

Indywiduacja oznacza tu proces rozszerzania świadomego, podobnie jak w psychoanalizie. Teren poza dobrem i złem, Dzikie Pola zaanektowane zostają pod „rozwój” (NB. analogia do zaanektowania Puszczy Białowieskiej, przypisywanej katolickiemu fundamentalizmowi – aneksja Dzikiego to podobna bajka, głębsza niż narracja chrześcijańska). A rozwój sprowadza się do podtrzymywania zdolności do świeżości odczuwania, do indywidualnej zdolności do rozszerzania doznań (cieszenia się jak dziecko, okazywania spontaniczności dziecka, dziecięcej radości twórczej). Kontrolowane „nie bycie w normie” jest wszak na topie – z procesu akulturacji lat 90′ pamiętam ogłoszenia o pracę i listy motywacyjne, gdzie słowo „kreatywność” było odmieniane przez wszystkie przypadki, nawet jeśli dotyczyło stanowiska sekretarki czy kasjera. Odchylenie od normy jest modne, pozwala jednostce na samo-zdefiniowanie się (ref. pojęcie „pozytywnie zakręcony”). Co uderza, to pomysł, że nie Dorosły a dziecięca (niedojrzała) część psychiki ma być źródłem twórczości/kreatywności/radości. O męce tworzenia, o jego związku z cierpieniem, bólem, furią, buntem, powtarzalnymi ćwiczeniami, zaburzeniem psychicznym- ani słowa.

*

Dziecko- twarz miękkiej rzeczywistości

You say you’ll change the constitution
Well, you know
We all want to change your head
You tell me it’s the institution
Well, you know
You’d better free your mind instead

Revolution The Beatles Continue reading


Wewnętrzne dzieci (1)-Konkret

b-sd39_149Czy wiedzą Państwo, że jak ktoś wygląda młodo w „późnej starości” to ma w sobie „dziecko wykorzystane” a jak ktoś dba o wygląd – jest dzieckiem uwiedzionym? Wszystkie te zadbane, wyfiukowane laski na rozsłonecznionych ulicach to chodzący rezultat uwiedzenia. Serio. Ja o tym nie wiedziałam, ale poszerzyłam swoje wąskie horyzonty dzięki artykułowi Jarosława Jagieły pt „Nasze wewnętrzne dzieci”. Horoskop artykuł ukazał się w Charakterach, poważnym piśmie pół-naukowym jak stwierdziła to ongiś pani Aulagnier.

Podparciem dla śmiałych tez Autora są: bezcenne myśli Berta Hellingera, Johna Bradshawa i „Kubuś Puchatek”.

Opisać nasze wewnętrzne życie można dowolnie, bo przestrzeń to nieograniczona. Mogą w nas mieszkać stwory wszelakie, nosorożce, koale i ameby, możemy mieć w głowie stosunek ze słoniem/słonicą, bogiem/diabłem albo gadać w nieistniejącym hotelu Dolphin z Człowiekiem-Owcą. Mogą być też i dzieci, jeśli ktoś ma taką wolę. Wewnętrznych figur używa się w procesie terapii (POP, Gestalt) i jeśli komuś to w gabinecie pomaga – ja nie mam nic przeciwko temu.

Koncepcja wewnętrznego dziecka odnosi do analizy transakcyjnej czy terapeutycznych technik Johna Bradshawa, ale swobodnie funkcjonuje także w pop-kulturze a tym samym kształtuje naszą narrację o świecie i nas samych. Definicja Autora: „Wewnętrzne dzieci to bogactwo naszych uczuć, zarówno tych pierwotnych, wspólnych wszystkim ludziom (np. radość, gniew, smutek, strach, wstręt, zaskoczenie), jak i wtórnych, będących konsekwencją procesów socjalizacji i wychowania (np. wstyd, konsternacja, zakłopotanie). Zadbane „wewnętrzne dziecko” ma być źródłem dorosłej spontaniczności, miłości, kreatywności, odwagi do wolności-od-kultury. Dziecko jest w tej narracji uosobieniem „prawdziwego Ja”, „autentyczności” (bo jedynie uczucia są poza Systemem, są nasze własne). Autentyczność – po zdrowiu – to top wartość klasy średniej. Nomen omen: wewnętrzne dziecko się „uzdrawia”.

 

Jeden szkopuł (jest ich więcej, ale to już na kolejny wpis). „Dziecko” z psychoterapeutycznych fantazji nie ma nic wspólnego z realnym dzieciństwem. Żadne dziecko nie jest zdolne do prawdziwej miłości – jako zależne od opiekuna. Jeśli przejawia spontaniczność to ograniczoną, bo jest chronione przed konsekwencjami owej przez dorosłych. Jeśli tworzy, to dzięki logistyce zapewnianej przez dorosłych. W realu nie ma „dziecka” – są dziewczynki i chłopcy ze swoim genetycznym programem rozwoju. Proszę zauważyć, że gdy Bradshaw pisze o wewnętrznym domu – jest to dom wyimaginowany przez dorosłego. „Wewnętrzne dziecko” jest figurą rekonstruowaną i okiełznaną przez osobę dorosłą, obrazem retrospektywnym, budowanym tu-i-teraz na zbiorze uznanych przez kulturę cech.

Jednak gdy metaforę-protezę-obraz usiłuje się wpisać w konkret robi się straszno-śmiesznie. Jarosław Jagieła próbuje dokonać niemożliwego: opisać drogę życiową w kilku schematach. Po czym poznać „typ” dziecka wewnętrznego (czyli naszych domniemanych deficytów w dzieciństwie?). Miedzy innymi po postawie i wyglądzie zewnętrznym („bioskrypt”). Wystarczy spojrzeć i już wiadomo, z jakim dorosłym dzieckiem gadamy i jakie kto miał problemy za młodu. Proste jak klasyfikacja pana Lombroso a z opisu owych „bioskryptów” wieje grozą:

„Głowa w charakterystyczny sposób „oddziela się” od korpusu, gdyż główny obszar napięć leży u podstawy czaszki (w psychoterapii bioenergetycznej nazwa się to „stryczek”).

„Maskowata z reguły twarz nie wyraża emocji, oczy są bez wyrazu, puste, nieobecne lub zalęknione.

„Stawy kończyn (szczególnie kolana) sprawiają wrażenie zablokowanych.”

„Wydaje się, że oczy wyrażają błaganie, a usta pragnienie.”

„Zazwyczaj mruży oczy, a jego wzrok wyraża ukrytą złość lub cierpienie.”

„Owłosienie ciała jest większe niż przeciętne (choć nie bardzo wiadomo dlaczego)”.

„Widać pewną niedojrzałość w sylwetce, przede wszystkim w umięśnieniu rąk i nóg, które czasem wyglądają na zbyt słabe, aby utrzymać górną część ciała”. [sic!]

Rany boskie.

Opisy zewnętrznych przejawów istnienia dzieci wewnętrznych (prawda, jak ładnie mi wyszło?) są tak rozmyte, że nie wiadomo o co chodzi lub wiadomo, że chodzi o wszystko. Na przykład:

„Jego oczy błyszczą, skóra ma ładną barwę, ruchy są żywe, gestykulacja wyraźna i duża.”

„Ciało takiego człowieka jest mało elastyczne, bez „napędu”, sprawia wrażenie nieruchomego”.

„Co ciekawe, może on wyglądać młodo (choć nie jest to regułą) nawet do późnej starości – jakby chciał pozostać wiecznym dzieckiem.”

Continue reading


Nieudana terapia (1) – Nie ma darmowej zupy

ciac582oSzkoda, że na polskim rynku wydawnictw pop-psychologicznych nie ukazała się (chyba? jeszcze? coś mnie ominęło?) podobna książka, odbrązowiająca medialny obraz psychoterapii. „Nieudana terapia” porusza temat błędów popełnianych przez terapeutów (celebrytów, autorytetów, żeby było jeszcze bardziej medialnie) oraz próbuje zdefiniować co właściwie stanowi „nieudaną terapię”. Książka jest – oczywiście – skierowana do terapeutów, choć tak naprawdę wydaje się pozycją popularną, laikowi bardzo przystępną. No, i -osadzona w kulturze amerykańskiej – kończy się happy endem: założeniem, że każdy błąd jest okazją do poszerzenia doświadczenia. Z niektórych stron wieje wręcz bzdurką  w stylu: „nie ma błędów, są tylko informacje zwrotne”. Nie znamy historii osób, które przez terapeutów zostały poszkodowane, nie znamy ich wersji wydarzeń. Niestety, za te bezcenne „informacje zwrotne” ktoś musiał zapłacić bólem i pieniędzmi.

 Nie ma darmowej zupy.

Kottler i Carlson uczłowieczają jednak terapię. Ich książka nie pokazuje jej jako obowiązkowo zakończonej sukcesem drogi do wiecznego szczęścia, co ma nagonić klientów pragnących „rozwoju osobistego” i nakręcić samospełniającą się przepowiednię. Z książki wyłania się inny obraz: terapia jako pewien eksperyment, niezrozumiały w pełni proces, nad którego przebiegiem czasem nie panuje nikt. Ludzkie spotkanie dwu bezradnych osób, gdzie ten, który ma stanowić pomoc popełnia błędy, waha się, dąży do swoich ideałów i choć stara się wykonać dobrze swoją robotę – ona go często przerasta. Co nie dziwne, bo robota to brudna w gównianej materii ludzkiego podziemnego życia. Mowa jest o terapeutach ludzkich: zanudzonych, nieobecnych, śpiących na sesjach, snujących ukradkiem erotyczne fantazje, terapeutach wkurzonych i wypuszczających czasem parę zza maski poprawności. O terapeutach gwiazdorzących kosztem klientów, kłamiących w superwizji. O medialnych zgrywusach. O terapeutach bezsilnych, zaskoczonych procesem i reakcjami klienta, obojętnych, wypierających swoje błędy, racjonalizujących je, wchodzących – nieświadomie i jakże po ludzku – w pozycje obronne niczym zestresowana i bezradna kasjerka hipermarketu czy produkujący dupokryjki korpolud. Continue reading

Narcyzm terapeutów

Arthur Freeman, profesor psychologii, psychoterapeuta poznawczo-behawioralny, o przejawach narcyzmu terapeutycznego. z13522500Q,Narcyz

” – Weźmy technikę interpretacji. Jaką posiedliśmy mądrość, skoro twierdzimy, że wiemy, o czym myślą nasi klienci? Z perspektywy terapii poznawczo-behawioralnej oczywiste jest dlaczego stosujemy dialog sokratejski. Nie mówimy do klienta „Wydajesz się rozgniewany”, ale „Twoja twarz ma pewien wyraz. Co on oznacza? Jakbyś opisał go słowami?” W rzeczywistości klient wcale nie musi być rozgniewany, może natomiast być wkurzony, co dla niego oznacza coś zupełnie innego.

– Terapeuci lubią interpretować, bo wtedy mają poczucie robienia czegoś pomocnego. Nie lubię stosować interpretacji, bo tak naprawdę wyrasta ona z narcyzmu terapeutycznego, który mówi „Ja wiem, co ty myślisz”. A kiedy klient powie „nie, to nie to” określamy jego zachowanie jako opór.

Prezentem […] Freemana była wyciągnięta z komputera ułożona przez niego lista przejawów narcyzmu terapeutycznego.

Będąc narcystycznymi terapeutami, sądzimy, że:

Continue reading


Kocioł gniewu

Order-PrintPrawda, że żyjemy w wielkiej, cudownej (e-)bibliotece? (Uuuk!) Zawsze fascynowało mnie to, że książki gadają ze sobą, choć autorzy książkowych memów dawno nie żyją. Ba! Nawet nie mieliby okazji ze sobą porozmawiać. A tu pod piórem Heatha&Pottera Hobbes spiera się z Freudem o istnienie popędu śmierci i konstytucję społeczeństwa. Wrodzony popęd agresji, mówi Freud. To tylko lęk, odpowiada Hobbes. Dyskusja wokół zarządzania ludem przez brak zaufania. Jakże to na czasie w naszym kraju!

A idzie to tak…

„Freud całkowicie się zgadzał z twierdzeniem Hobbesa, że bez reguł i przepisów rządzących życiem człowieka cywilizowanego życie byłoby „samotne, biedne, bez słońca, zwierzęce i krótkie”. Choć człowiek pierwotny cieszył się większą swobodą w zaspokajaniu swoich popędów, „miał bardzo małą pewność, że długo nacieszy się swoim szczęściem” – pisał Freud. W przeciwieństwie do Hobbesa twierdził jednak, że niepewność naturalnego stanu człowieka odzwierciedla istotny fakt dotyczący ludzkiej duszy. Dowodził, że skoro współpraca daje tak oczywiste korzyści, to niepewność „naturalnego stanu” ujawnia, jak potężny musi być popęd skłaniający ku agresywnemu lub brutalnemu zachowaniu.

W pracy „Kultura jako źródło cierpień” Freud pisze: „Wskutek tej pierwotnej wrogości ludzi wobec siebie nawzajem społeczeństwu kulturalnemu stale grozi rozpad. Nie powstrzymają tego interesy wspólnoty pracy, namiętności popędowe są bowiem silniejsze od interesów racjonalnych”. Argumentacja ta jest błędna, ale w bardzo pouczający sposób. Freud zauważa, że na „wspólnocie pracy” możemy ogromnie zyskać. Rozum podpowiada więc, że powinniśmy się zachowywać w sposób cywilizowany i wnosić coś od siebie, uczestnicząc we wspólnych projektach. Fakt, że tak często nie podejmujemy współpracy i trudno nam działać razem, dowodzi, iż nasze bardziej aspołeczne skłonności – agresywne popędy- są nadzwyczaj silne. Gdyby te „namiętności popędowe” nie były tak potężne, nie mogłyby wziąć góry nad interesem, który mamy w ogromnych korzyściach we współpracy. Stworzenie cywilizacji musi być rzeczywiście nie lada zadaniem, skoro wymaga od nas tłumienia tych nadzwyczaj silnych popędów.

Continue reading


Kłamstwa Rozwoju Osobistego

b1297052e506Dziś w psycho-kit Grzegorz Gajcy i jego artykuł „30 Kłamstw Rozwoju Osobistego, Które Niszczą Ludziom Życie (cz.1)” 

Za miłym pozwoleniem Autora.

Trzeźwe, realistyczne spojrzenie na bzdurki dotyczące „rozwoju osobistego”. Powiedziałabym: spojrzenie bezlitosne, ale dzięki temu mądre. A bzdurki rozbrajające w swojej naiwności. Pod tekstem się podpisuję, serdecznie polecam i czekam na ciąg dalszy, bo lista kłamstw rozwoju osobistego długaśna.

„Czy wierzysz w zestaw głupot i kłamstw, którymi bombardowani są klienci branży rozwoju osobistego? Nie, nie jestem przeciw niej. Sam interesuję się nią od 7 lat. Tyle tylko, że tak jak nauka bez moralności prowadzić może na ścieżkę doktora Mengele, tak też rozwój osobisty oparty wyłącznie o marketing i biznes niszczy ludziom życie. Bo chcą mieć łatwo, szybko i bezboleśnie, a by im to obiecać, musisz skłamać. Jak więc kłamie się w branży „rozwojowej”, by dobrze zarobić? To część pierwsza wpisu, bo czuję, że będzie tego baaaaardzo dużo.

 

Życie jest po to, by być szczęśliwym

Nie, nie jest po to. W zasadzie, według wielu różnych filozofii nie jest po nic. Podporządkowywanie wszystkiego w życiu tylko i wyłącznie własnemu szczęściu i zachciankom to bardzo egoistyczne zachowanie, często także prowadzące do szkody innych. Bo przecież skoro celem mojego życia jest moje szczęście, to co mnie obchodzą inni? Niestety, rozwój osobisty wkłada ci do głowy zbyt dużo „ja chcę”, a zbyt mało „powinienem” lub „dobre dla nas wszystkich jest”.

 

Każdy może mieć swoje poglądy i powinniśmy wszystkie tolerować

Idiotyzm. Rozumiem, że lewicowe środowiska takich krajów jak Holandia, czy USA ostro działają na rzecz legalizacji pedo, czy nekrofilii (poczytaj o partii Martjin i obejrzyj film dokumentalny pt „Syndrom Kinseya”, jeśli uważasz, że sobie to wymyśliłem) ale to naprawdę nie świadczy o tym, że mają rację. To samo tyczy się religii i poprawności politycznej. Jeśli twoja religia nakazuje ci zabijać, kraść, palić homoseksualistów, czy oszukiwać, zacznij od siebie i na sobie skończ. Ogromny problem z tolerancją polega na tym, że większość tak naprawdę nie rozumie, czym tolerancja jest. Dlatego rozum przegrywa z poprawnością polityczną i dlatego 98% daje sobie wsadzić do głów nonsensy 2%, które wiedzą, jak robić sobie dobry PR i zgrywać uciśnione ofiary.

 

Jesteś stworzony do wielkich rzeczy

Nie jesteś stworzony do żadnych rzeczy. Nawet do przetrwania nie jesteś stworzony, bo zawsze zdarzają się defekty, które mogłyby ci to uniemożliwić. Jeśli tak jak ja, interesujesz się socjocybernetyką, czy religioznawstwem, łatwo zauważysz, że rozwój osobisty spełnia praktycznie wszystkie kryteria, które pozwalałyby uznać go za religię. Nie będę się na ten temat rozpisywał, bo nie o tym jest artykuł, ale możesz to zobaczyć sam. Jako quasi religia ustawia system wartości, celów w życiu, jego sens i charakter działań, jakie człowiek uważa później, że powinien lub chce podejmować. Rozwój twierdzi, że jesteś stworzony by być wielkim. Inna filozofia może mówić, że jesteś stworzony do rozmnażania się i przetrwania. Jeszcze inna, że jesteś stworzony by zabijać niewiernych, a kolejna – by kochać swoich bliźnich i czynić rzeczy, które są miłe wam obu. Choose wisely.

 

 

Każdy ma równe szanse, startujemy z czystą kartą

Nie ma czegoś takiego, jak czysta karta. Masz geny, rodzice mają przeszłość społeczną, prawną, finansową, edukacyjną. Rodzisz się i rozwijasz w określonym położeniu geopolitycznym, masz dostęp do określonych rzeczy, a do innych być może nigdy nie będziesz miał. Nie daj sobie wkręcić, że wychodzisz z bloków tak samo przygotowany i przystosowany, jak inni. Nie dorobisz się miliardów w jedno pokolenie, tak jak nie zbudujesz idealnego zdrowia, jeśli twoja matka była narkomanką, przeżyła ogromny i długotrwały głód, piła w ciąży lub cierpi na choroby genetyczne, które przeszły także na ciebie. Zapoznaj się z tym, czym jest i co mówi epigenetyka, by wiedzieć więcej i móc wpływać na siebie i przyszłe pokolenia pod kątem biologicznym. Wszystko, czego nie dostałeś od rodziców, musisz wypracować i nie ma mowy o starcie na równi z innymi.

 

Musisz myśleć pozytywnie, wtedy więcej osiągniesz

Pozytywne myślenie jest cholernie groźne i naiwne. Jest przyjemne, ale to nic nie znaczy, bo wiele rzeczy zbyt przyjemnych źle się kończy. Praktyka pokazuje, że ludzie myślący realistycznie lub nawet negatywnie osiągają lepsze efekty, bo po prostu się zabezpieczają. Trzeba jednak odróżnić dwie sprawy: myślenie pozytywne od pozytywnego nastawienia. Pozytywne nastawienie jest ważne i pożyteczne. Z kolei myślenie, że wszystko zawsze pójdzie super jest po prostu idiotyzmem i kończy się porażką. Nie wpadaj w ten schemat i patrz na sprawy realnie. Brian Tracy zawsze mówił, że najważniejsze to poznać rzeczywistość taką, jaka jest, a nie taką, jaka byśmy chcieli, by była. Tracy to chyba jedyny guru rozwojowy, w którego wypowiedziach i karierze nie udało mi się znaleźć żadnych oszustw, przekrętów i perfidii (czego niestety nie można powiedzieć o Robbinsie, Kiyosakim, Trumpie i „elicie” polskich trenerów). Możesz wierzyć Brianowi – nigdy nie myśl pozytywnie. Zawsze zastanawiaj się, co może się zepsuć, po czym od razu stwórz plan naprawy lub najlepiej przeciwdziałania.

 

Moralność jest tylko systemem, poza który warto wyjść, by osiągać więcej

Zsekularyzowane społeczeństwo zachodu bardzo lubi to hasło, bo jest wygodne i przyjemne. Pozwala na wyciszenie głosu sumienia i skoczenie w przepaść całkowitego hedonizmu i dbania wyłącznie o swoje potrzeby. Bo przecież moralność i dobro nie istnieją! Liczy się tylko moja przyjemność. Na szczęście lądując w więzieniach, na śmietnikach i marginesie społecznym przypominają sobie o podstawach i wracają do nich, choć nie każdemu jest to dane. Nonsens relatywizmu tak religijnego jak ideowego jest bezpośrednio związany z modernizmem, którym przesiąknięta jest lewicowa strona sceny politycznej wraz ze swoim wątpliwej jakości elektoratem. Jeden z popularnych polskich trenerów NLP i rozwoju często powtarzał „Ja się nie zajmuję etyką, tym się zajmuje ksiądz”. Na ironię zakrawa fakt, że powstało na temat jego przekrętów kilka blogów opisujących opinie i doświadczenia klientów, a jego biznes upadł już zdaje się trzy lub czterokrotnie.

 

Nigdy się nie poddawaj, wtedy osiągniesz sukces

Poddawanie się jest bardzo fajne, gdy próbujesz osiągnąć szkodliwy cel. Nierentowne biznesy, szkodliwe diety, kontuzjogenne treningi i toksyczne relacje to rzeczy, które wręcz proszą się o poddanie. Nieustępliwość jest świetna, gdy grasz o wysoką stawkę, ale nie daj sobie wmówić, że cokolwiek zaczniesz robić, jest dobre. Nie, nie jest. Realnie podejdź do tematu, badaj wyniki i poddawaj się, gdy strategia nie działa lub cel okazuje się zbędny. Robienie rzeczy tylko po to, by powiedzieć o sobie, że jesteś konsekwentny i nic więcej to po prostu głupota.

 

Najważniejsza jest ciężka praca, niezależnie od tego co robisz

Ciężka praca to podstawa sukcesu, pod warunkiem, że cel jest jej wart. Wiele osób wkłada w swoją pracę niewiarygodne pokłady sił. Czy osiągają sukces? Rzadko, ponieważ praca wymagająca tytanicznego wysiłku nie zawsze jest pracą WARTĄ tego wysiłku. Możesz wkładać w roznoszenie ulotek 100% swoich sił 24 godziny na dobę. Czy staniesz się milionerem? Nie, bo ta praca nie ma możliwości doprowadzenia cię do sześciu zer na koncie. Gloryfikacja pracy za wszelką cenę była dobra w stalinowskiej Rosji, gdy miliony ginęły z głodu, a kolejne w obozach. Najpierw wybierz właściwą pracę i warte jej cele, dopiero później włóż w to wszystkie swoje siły.

 

Wszystko, co ci się przydarza, zależy od ciebie

Jadący z zawrotną prędkością autobus uderzył w ciebie, bo miałeś negatywne myśli! No tak, dajmy sobie spokój z „sekretową” jazdą. Rhonda Byrne zarobiła swoje, pewnie teraz produkuje inne pierdoły, a ci, którzy łyknęli jej filmy żyją w rozczarowaniu lub depresji. Nie, nie wszystko co się z tobą dzieje zależy od ciebie. Masz na to duży wpływ, ale nie stuprocentowy. Dlatego tak ważne jest inwestowanie w świadomość tego, co cię otacza (polityka, społeczeństwo, kultura, koniunktura, geopolityka, prognozy eksperckie itp), bo wspaniały spec od wszystkiego może w jednej chwili zostać zdmuchnięty przez falę kryzysów finansowych, czy parę bombek zrzuconych na niego dzięki kochanym politykom.

 

Rozwój służy do tego, by życie było łatwe i przyjemne

Byłoby to piękne, gdyby istniała taka możliwość. Ale nie na tym polega rozwój i osiąganie rzeczy. To, co robimy korzystając z narzędzi rozwoju osobistego staje się coraz trudniejsze, bo ciągle podnosimy poprzeczkę. Najczęściej nie można mieć więcej, łatwiejszymi sposobami. Owszem, są możliwości pójścia na skróty, podłączenia się pod dochodowy trend i osiągnięcia szybkiego sukcesu, ale to nikły procent wszystkich osiągnięć, jakie są udziałem ludzi na świecie. W większości przypadków w miarę osiągania kolejnych szczytów wszystko staje się coraz trudniejsze, bo nagrody dostajesz właśnie za to, że umiesz zabijać coraz większe smoki, a nie dlatego, że dajesz z siebie coraz mniej.

 

Powinieneś pracować dla pasji

Czy wiesz, że jaskiniowcy odkryli pierwsze prawa rozwoju osobistego? Dokładnie, to nie błąd w tekście! Odkryli oni mianowicie, że jeśli nie będą pracować, zginą tak jak 90% ich braci, bo praca nie jest dla pasji, tylko dla poprawienia i utrzymania poziomu życia. Idea rozwoju osobistego, który już wcześniej nazwałem quasi religią, zakłada podejście oparte o przyjemność, ambicję, marzenia i bezproblemowe życie. To oczywisty nonsens, ale świetnie się sprzedaje. Praca w tej religii ma być źródłem przyjemności, sukcesów, ogromnej kasy, zaszczytów i nie wiadomo czego jeszcze. No niestety, fakty niszczą tą wizję, podobnie jak spotkanie z pierwszym lepszym problemem zawodowym, bo praca nigdy nie była i nie będzie stworzona dla ciebie, czy dla przyjemności, ale dla osiągnięcia zysku, utrzymania lub podniesienia standardu życia, czy też odkrycia czegoś. Praca, która daje sukcesy wcale nie musi być przyjemna. Wręcz przeciwnie – największe sukcesy, pieniądze i honory spotykają tych, którzy mają cholernie ciężkie i wymagające zawody.

Continue reading


Kulturowe ograniczenia psychoterapii (4)

088Lokalne systemy leczenia to – za „Psychologią kulturową”„przekonania i praktyki terapeutyczne zakorzenione w danej kulturze, które nie zostały zapożyczone z innych kultur (ani „wyeksportowane” do innych społeczeństw), lecz powstały po to, aby pomagać członkom konkretnej grupy kulturowej.”

Oczywiste jest, że każda kultura wytwarza swoje metody łagodzenia zaburzeń psychicznych. To banał: psychoterapia ma podłoże kulturowe, zdaje się koncentrować na tym, co członkowie danego społeczeństwa uznają za przyczynę zaburzenia. W naszej kulturze dominuje „wpływ doświadczeń dziecięcych” i „biologia mózgu”, jesteśmy też oswajani ostatnio z „opętaniem diabelskim” :). Pytanie „co zamiast psychoterapii?” uważam więc za bezzasadne. Nie da się zmienić jednego elementu kultury nie zmieniając innych. Psychoterapia – „zachodnia”, „naukowa” etc – sprowadzająca się właściwie do specyficznej rozmowy i kontaktu społecznego – wyrasta z systemu gospodarczego i społecznego, z wartości konkurencji, emocjoholizmu i indywidualizmu oraz zapotrzebowania na samosterujące się, ustandaryzowane określonymi lajfstajlami społeczeństwo (wartość „adaptacji”, norma „zdrowia”, pojęcie „jakości życia”, „szczęścia”). Pochodzi z niepodważalnej wartości racjonalizmu – stąd na przykład durnota wciskana klientom, że zmiana/koniec cierpienia związany jest z tym, że „klient chce”. Łączy się z wartością pracy – mówi się więc o „pracy nad sobą”, o Ja jako projekcie. Przy tym układzie kulturowym nie ma możliwości innego leczenia ani innej narracji o psychicznych zmianach. Formy leczenia zmienią się, gdy zmieni się kulturowa narracja i system wartości.

Więcej o podłożu kulturowym psychoterapii:

socjogeneza relacji terapeutycznej

indywidualizm

narcyzm kulturowy

A dziś o innych wartościach i narracjach, z których wypływa taka a nie inna metoda leczenia. Z naszego punktu widzenia – egzotyczna:

„Lokalne metody leczenia często wyraźnie się różnią od zachodnich koncepcji terapeutycznych. Na przykład wiele specyficznych kulturowo metod leczenia jest zakorzenionych w religii i w duchowości, a nie w biomedycynie. Badanie przeprowadzone w szesnastu kulturach niezachodnich ujawniło pewne cechy wspólne miejscowych praktyk leczniczych. Jedno z tych podobieństw polega na tym, że specyficzne kulturowo metody terapeutyczne w dużym stopniu opierają się na sieciach wsparcia w rodzinie i w społeczności lokalnej, traktowanych zarówno jako kontekst leczenia, jak i jako narzędzie terapeutyczne. Na przykład w Arabii Saudyjskiej środowisko rodzinne i społeczność lokalna wykorzystywane są do zapewnienia ochrony osobie cierpiącej na zaburzenia psychiczne, w Korei – do ponownego połączenia i zintegrowania pacjenta z członkami rodziny, a w Nigerii –  do rozwiązywania problemów w kontekście grupowym. Kolejne podobieństwo polega na włączeniu w terapię tradycyjnych przekonań religijnych i duchowych, na przykład poprzez czytanie wersetów Koranu, rozpoczynanie sesji terapeutycznych modlitwą, czy tez prowadzenie terapii w świątyniach lub innych miejscach kultu religijnego. Ostatnia z zaobserwowanych w tym badaniu cech wspólnych wiąże się z wykorzystaniem pomocy szamanów w procesie terapeutycznym. Continue reading


Piszczałka

img_7415HAMLET, akt III,

fragment ważny

z refleksją, że wszystko już zostało powiedziane i to w ładniejszy sposób;

i z refleksją drugą, tematowi bloga bliższą, że w gruncie rzeczy nie pomagają w gabinecie ani „ramy terapii” ani „relacja zaufania”, „empatia” czy „osobowość terapeuty”. Potrzebna jest wiara pacjenta, że ten cyrk który dostaje, jest faktycznie troską, która leczy. Że wierzy,  że siedzenie w fotelu (specjaliści od lokoterapii całkiem zasadnie uważają, iż równie dobry jest cudzy samochód) i ględzenie o odczuciach pomaga na ból istnienia. Że „przerobione” oznacza „przegadane” – nawet z kimś, kto nie słucha a udaje, że słucha. Terapia to samospełniająca się przepowiednia, płaci się za swoją własną nadzieję, za swoje własne zasoby, choć – o paradoksie! – pod władzą terapeuty. Każdy bowiem głęboko wierzy, nawet jeśli sobie tego nie uświadamia, że ma jakieś zasoby do walki. Wierzy w to, póki żyje. I dlatego, że skrycie wierzy – żyje. Może więc jest tak, że tylko ta wiara jest „w terapii” potrzebna a reszta to psychobiznesowa ściema. Terapeuta (czytaj: jego osobowość, doświadczenie, szkolenia, certyfikaty, relacja z) nie ma z tymi zasobami klienta, z jego wiarą i wolnością do zmiany, nic wspólnego. Równie dobrze można w fotelu posadzić sobie pluszowego misia, ale dorosłych chyba trudniej oszukać.

Swojego czasu z misiami całkiem serio o życiu gadałam. Przeszło. Szkoda, bo misie mądre są.

Potwierdza moją intuicję (co do przepowiedni a nie misiaków) Mick Cooper, autor książki „Efektywność psychoterapii i poradnictwa psychologicznego”. Nazywa czynniki związane z klientem „sercem i duszą zmiany” i podsumowuje:

„Czynniki związane z klientem są jednym z najsilniejszych predyktorów rezultatów terapii. Wysoki poziom motywacji klienta i jego zaangażowania w terapię jest ściśle związany z pozytywnymi wynikami w terapii. Klienci na ogół najlepiej radzą  sobie w terapii, w szczególności zaś gdy oczekują, że odniosą korzyści z terapii (w ramach zdrowego rozsądku); zdają sobie sprawę z tego, że terapia może czasem nieść ze sobą wyzwania i trudności; mają jasność co do tego, czym jest terapia i dlaczego biorą w niej udział”.

Dlatego więc psychobiznesmeni dbają tak usilnie o swój medialny wizerunek i wizerunek swojej branży, zamiatając pod dywan przypadki niepowodzeń i krzywdząc milczeniem poszkodowanych klientów. Nie łudzę się już, że to się zmieni: bowiem im mocniej nowo przybyły pacjent wierzy, że terapia pomaga, tym bardziej pomaga a media pracują nad tym, żeby tę wiarę podtrzymać. Ale „zagrać” na człowieku cierpiącym – przecież nie sposób. „Rozstroić” można, ale „zagrać”- nie. Można klientowi sprzedać iluzje i schematy (z pewnością są tacy co kupią, czemu się nie dziwię). I tu psychoanaliza od psychoterapii uczciwsza, przyznam niechętnie, bo brutalnie stawia samotną, myślącą i czującą jednostkę naprzeciw Pustki, nie ściemniając, nie pocieszając i nie sprzedając banałów o życiu szczęśliwym, samospełnieniu, sile czy „winnych” dysfunkcjach rodzinnych. Continue reading


Konfesja pod lupą

img_3350Zaznaczę od razu: nie jest celem tego tekstu podważanie czyjejś narracji. Bajki (nudne) o swoich sukcesach, rozwojach, zwłaszcza w stanie 40+, opowiadają sobie wszyscy, którzy tego szczęśliwego wieku dożyli. Ja czasem też. Z tego opowiadania (jakby w kościelnym języku powiedzieć: „świadectwa”), zaczerpniętego z Mętnego Lustra, wyłuskałam jednak kilka typowych dla pop-psychologii konstruktów. Sam artykuł jest przykładem modnej, ekshibicjonistycznej konfesji. Opiera się na mitach kulturowego, miłościwie nam panującego narcyzmu. Mnie kulturowy narcyzm/ekspresyjny indywidualizm osobiście mierzi, ale z drugiej strony: jest fascynującym, opisywalnym zjawiskiem i zdaję sobie sprawę z tego, że uczestnikom takiej narracji daje poczucie stabilności, sensu, uczestnictwa- jak niegdyś religia.

Warto jednak sobie uświadamiać, że jest to tylko opowieść i że możliwe są inne.

Kilka wątków z materii:

 

Mit braku wpływu czynników zewnętrznych

„Powodów do bycia szczęśliwą lub nieszczęśliwą upatruję w sobie, w swoim widzeniu i interpretowaniu świata, a nie w czynnikach zewnętrznych”

Współczesna narracja ignoruje istnienie opresji zewnętrznej. Może dlatego, że owa opresja nie jest namacalna. Czymże są „prawa rynku”, „bank”, „bezrobocie”, „terroryzm”, „wojna hybrydowa”, „państwo”? Kogo uderzyć? Niemodne jest więc pisanie o buncie zewnętrznym, zresztą już dawno urynkowionym czy upolitycznionym… Opresja z zewnątrz zmienia się na wewnętrzną: naszym wrogiem stały się „demony wewnętrzne”, „brak rozwoju”, „swoje (w domyśle – błędne) interpretacje”. Samo-opresja pięknie współbrzmi z procesami auto-ekspresji. Im więcej „demonów wewnętrznych”, tym więcej bohaterstwa w „pracy nad sobą” i tym większa koncentracja jednostki na sobie. No, i tym bardziej jest o czym pisać.

„Nie w czynnikach zewnętrznych” to mantra współczesności i niewielu ośmieli się powiedzieć inaczej. Może przez tę mantrę nie jesteśmy w stanie skonfrontować się z otaczającą rzeczywistością? Z bezsensem, z zanikiem sacrum, z bezrobociem, z agresją, z zaczynającą się właśnie wojną, z bezczelnością politykierów, z manipulacją mendiów, z poprawnością polityczną, z niszczeniem Ziemi, z procesami akulturacji i masowym światowym przesiedlaniem taniej siły roboczej… Tytani próbują rozwiązać lokalnie globalne problemy – co oczywiście jest skazane na porażkę – lub też zamknąć się przed cierpieniem „w swoim widzeniu”. „Swoje widzenie” wypiera istnienie „rzeczywistości uzgodnionej”, intersubiektywnie komunikowalnej i przeżywanej, a co za tym idzie: wspólnego działania i protestu. Żyjemy w indywidualnych i grupowych narracjach, w wielkiej wieży Babel, skłóceni między sobą, nadający inne znaczenia słowom. System umacnia ten stan kłamstwem: „poczucie szczęścia jest kwestią twojego spojrzenia”. Daje też technologiczną możliwość odseparowania się od innych narracji, z których część zostaje napiętnowana i usuwana dla podtrzymania iluzji pięknego świata (hejt). Uważam, że taki mit czyni nas de facto bezbronnymi wobec świata. I budzi – w złej a niezawinionej sytuacji ekonomicznej, rodzinnej, społecznej czy też w depresji – samotnie przeżywane poczucie winy za „błędne widzenie i interpretację „.

Continue reading


Zostać psychopatą – choć na chwilę

borderline2Odrzucić spojrzenie Innego? Krępujące więzy sumienia i skrupuły? Lęk? Nieprzyjemne pobudzenie psychiczne i fizjologiczne na widok czyjegoś bólu? Odsunąć ostrożność i wątpliwości? Zakorzenić się w poczuciu mocy? Traktować życie jak grę? Dla mnie kuszące, przyznam (choć takie życie wydawałoby mi się ubogie w ostatecznym rachunku). Okazało się także kuszące dla angielskiego psychologa Kevina Duttona, autora książki „Mądrość psychopatów”. Na tyle kuszące, że poddał się eksperymentalnemu „przeczesaniu neuronów” i czasowemu zablokowaniu ośrodków decyzji moralnych. Pisze o swoim doświadczeniu „bycia psychopatą” tak:

Continue reading