Keep smiling

16319

„Psychologia pozytywna” to analogia do naszej ekonomicznej i społecznej narracji „rozwoju”, „stałego wzrostu”, który niedługo okaże się cholernie niestały, bo jest fałszywy. Tak jak „psychologia pozytywna”, wciskana nam jako niekwestionowana podstawa myślenia „ludzi Zachodu” jest fałszywą, zgubną ścieżką.  Krótko, jasno i dobitnie o jej fatalnych skutkach i  jej uwikłaniu w System.

Tylko dla wolnych ludzi.

O psychologii pozytywnej

Autor: Chris Hedges

Psychologowie pozytywni wykorzystywani są przez armię USA w centrach przesłuchań, takich jak Abu Ghraib czy Guantanamo. Pomagają dekonstruować ludzką psychikę, co pozwala skutecznie łamać ducha więźniów.

Niebezpieczeństwo psychologii pozytywnej związane jest z tym, że to ty stajesz się odpowiedzialny za swoje beznadziejne położenie. Możesz winić tylko siebie. Ideologia ta sieje spustoszenie zwłaszcza w szeregach klasy pracującej. Zatrudnienia nie będzie. Zachodzące zmiany strukturalne uniemożliwiają robotnikom utrzymanie rodzin. Nie tylko oni stracili nadzieję – zdają sobie sprawę, że nie ma jej także dla ich potomstwa. Psycholodzy pozytywni, którzy im mówią, że wszystko sprowadza się do odpowiedniego podejścia, tworzą tę urojeniową ideę, że jakakolwiek ponura i negatywna analiza rzeczywistości jest niepomocna. Bo nie jest radosna i pozytywna. Popycha to nas ku myśleniu magicznemu. Możemy mieć wszystko, czego zapragniemy – i nie jest istotne, co państwo korporacyjne robi ze społeczną tkanką. Jeżeli tylko uwierzymy w siebie, rzeczywistość zostanie pokonana. To myślenie życzeniowe zdominowało całą kulturę.

Psychologia pozytywna, która twierdzi, że może zmajstrować szczęście i zapewnia psychologiczne narzędzia wzmacniające korporacyjne dostosowanie, jest tym dla korporacyjnego państwa, czym dla nazistów była eugenika. To szarlataneria, która tworzy zasłonę dymną dla korporacyjnej dominacji, nadużyć i chciwości. Akademicy, którzy ją głoszą opływają w granty. Zapraszani na korporacyjne rekolekcje utwierdzają korporacyjnych pracowników w przekonaniu, że mogą odnaleźć szczęście sublimując własne „ja” w ramach korporacyjnej kultury. Uczą w gruncie rzeczy -nikt z nas nie jest przecież tak szczęśliwy, jakim być się zdaje – ukrywania niepokojów i problemów pod maską fałszywego zadowolenia.

Jakiekolwiek kwestionowanie porządku i autorytarnej formy organizacji przedstawiane jest jako odmiana zdrady, która łamie familijny, harmonijny kolektyw korporacji. Charakterem przypomina to maoizm – za jakiekolwiek podważenie korporacyjnej struktury winę ponosi jednostka, która próbuje blokować szczęście i pomyślność korporacyjnej całości.

Nasza ucieczka w zbiorowe urojenia korporacyjnej ideologii w obliczu postępującego finansowego, gospodarczego i planetarnego upadku jest równie przydatna w rozwiązywaniu problemów jak alchemia. Jednakże nadal prężnie działają uniwersyteckie wydziały, generowane są sterty pseudonaukowych dysertacji służące za akademicką patynę fantazji szczęścia i sukcesu osiągalnego poprzez pozytywne myślenie. Przekaz o tym, że możemy mieć wszystko, czego zapragniemy, jeżeli tylko wejrzymy wgłąb siebie, jeżeli naprawdę uwierzymy, że jesteśmy wyjątkowi, codziennie pompowany jest w eter za pośrednictwem reklam, fabuł programów telewizyjnych i filmów, wzmacniany przez przyprawiające o mdłości antenowe krotochwile z udziałem schludnych prezenterów. To spaczone ideologiczne soczewki, przez które oglądamy świat.

Ideologia ta potępia wszystkich krytyków społecznych, ikonoklastów, dysydentów za to, że nie szukają spełnienia w zbiorowym skandowaniu korporacyjnego stada. Dusi kreatywność i moralną autonomię. Chodzi w niej o ukształtowanie i dopasowanie do uległego i uciskanego kolektywu. Nie chodzi w niej o szczęście. Chodzi o dostosowanie, które totalitarne i korporacyjne struktury pragną narzucić tłumowi.

Tłumaczenie: exignorant

Na podobny temat

Naqoyqatsi

Krzyk

Konkurencja a powstanie psychologii

 


O samobójstwie

surrealizmW naszej kulturze temat samobójstwa jest tabu i a taka śmierć – godna pogardy. Podkreślam: w naszej kulturze, bo są inne, gdzie śmierć samobójcza była honorowa, godna, w przeciwieństwie do śmierci naturalnej, czy z powodu choroby. Tak było w kulturze Japonii. Czy u Majów, gdzie najwyższe znaczenie przyznawano śmierci ofiarnej, samobójstwu, śmierci w walce lub w czasie porodu. Być może dlatego, by indywidualny lęk przed śmiercią nie hamował rozwoju wspólnoty.

We współczesnej kulturze europejskiej mamy okres wyparcia umierania i kompletny brak dyskusji na temat samobójstwa – chyba, że w atmosferze histerii. Choć przecież pragnienie śmierci, otarcia się o nią nie umarło, bo umrzeć nie może. Widoczne jest w modzie na sporty ekstremalne, dopalacze czy inne praktyki niszczące ciało i duszę. Tym większa chwała Jamesa Hillmana, który- w swojej głębokiej mądrości, niepokornie i dawno temu, bo aż w ubiegłym wieku – z tematem się zmierzył.

Kilka fragmentów z jego książki „Samobójstwo a przemiana psychiczna”. Być może skłonią kogoś do refleksji głębszej niż oficjalne „to jest ble i nawet o tym nie myśl!”. Dziś temat wokół samobójstwa, choć Hillman wypowiada się w swojej pracy na temat analizy i psychoterapii. Ale to na inne popołudnie.

Fragmenty. Podkreślenia moje.

O znaczeniu śmierci i fantazji samobójczych:

„Zastanawiając się, dlaczego każda analiza tak często i na różne sposoby mierzy się z problemem śmierci, zauważymy przede wszystkim, że śmierć następuje po to, by umożliwić przemianę. Kwiat więdnie, gdy rozwijają się owoce, wąż zrzuca skórę, a dorosły odrzuca to, co było dziecinne. Siła twórcza zabija, tworząc to, co nowe […]

Położenie kresu samemu sobie oznacza osiągnięcie własnego kresu, odnalezienie kresu lub granicy tego, czym się jest, aby osiągnąć to, czym się -jeszcze -nie jest. „To” zostaje zamienione na „tamto”; porzuca się jadą płaszczyznę, by przejść na inną. Samobójstwo jest próbą gwałtownego, dokonywanego przez śmierć, przejścia z jednej płaszczyzny na drugą […]

…fantazje samobójcze uwalniają od powszedniego i tradycyjnego patrzenia na rzeczy, umożliwiając spotkanie z rzeczywistością duszy.

O potrzebie śmierci jako przemiany

Różnorodność świata obrazów, poprzez które może się wyrażać śmierć, zdaje się nieograniczona. Każdy z nich ukazuje to, w jaki sposób nieświadomość odzwierciedla pojmowanie śmierci przez świadomość w całej skali – od słodkiej ucieczki do brutalnego morderstwa. Za każdym razem, kiedy takie obrazy przenikają do przeżycia i rozpoczyna się nowa faza cierpienia, następuje rezygnacja z cząstki życia i przechodzimy przez stratę, smutek i ból. Towarzyszą im samotność i izolacja. Za każdym razem coś się kończy.

Jeżeli przeżycie śmierci trzyma się obrazu suicydalnego, oznacza to, że „ja” pacjenta i wszystko to, co uważa on za „ja”, dobiegło końca. Cała sieć i struktura muszą się rozpaść, wszelkie związki i więzy zostają rozluźnione. „Ja” żąda całkowitego i bezwarunkowego uwolnienia. Budowane dotąd życie staje się klatką zobowiązań, którą trzeba rozbić; w wypadku mężczyzny odbywa się to często poprzez przemoc męskiej siły, w wypadku kobiet poprzez rozpłynięcie się w łagodnie gościnnym łonie natury, tak jak ma to miejsce podczas utonięcia, otrucia lub zaśnięcia. To, co nastąpi później nie jest rozpatrywane w kategoriach lepsze-gorsze; to co nastąpi później, będzie w każdym razie inne, całkowicie inne; „całkiem inne”. To, co nastąpi później nie ma znaczenia, gdyż odwodzi od doświadczenia śmierci i pozbawia je skuteczności.

A właśnie ta skuteczność jest ważna. To, kiedy i jak się pojawia, jest mniej ważne wobec kwestii, dlaczego się pojawia. Z tego, co na jej temat dowiadujemy się od samej psyche, wynika, że skuteczność doświadczenia śmierci polega na tym, by w krytycznym momencie spowodować radykalną przemianę. Jeśli w takiej chwili podniesiemy argument prewencji w imię zachowania życia, udaremnimy radykalną przemianę. Dogłębny kryzys jest doświadczeniem śmierci; nie można mieć jednego bez drugiego. Na tej podstawie wysuwamy przypuszczenie, że doświadczenie śmierci jest dla życia fizycznego nieodzowną koniecznością. To oznaczałoby jednak, że również kryzys suicydalny będący określoną formą doświadczenia śmierci musi być traktowany jako konieczny dla życia i duszy.

O przejawach potrzeby doświadczenia śmierci

Continue reading


Pocztówki z Epinal

c3cfee31aa8ba8e3e9363ea413dc6c5802f293ec

Michel Onfray, filozof, rozprawia się ze swoją szczeniacką (i późniejszą) fascynacją Freudem i freudyzmem. Oraz kilkoma „pocztówkami z Epinal” (które to pocztówki stały się symbolem sztampy i banału), czyli powszechnymi przekonaniami na temat Freuda i freudyzmu. Oto kilka z nich: Freud odkrył nieświadomość; marzenia senne to wyraz wypartych pragnień; psychoanaliza to nauka; psychoanaliza leczy zaburzenia psychiczne; cała ludzkość ma do rozwiązania kompleks Edypa (Elektry); opór jest świadectwem nerwicy; psychoanaliza czyni wolnym…

Poniżej kilka anty-tez, niegłupio przez autora obronionych. Krytykować dziś Freuda to jak kopać leżącego, ale mimo wszystko może komuś się przyda taka zajawka.

 

… spojrzałem we freudowską lunetę w przekonaniu, że znajdę potwierdzenie jego tez. Nie podchodziłem do nich z negatywnym nastawieniem i dość długo trzymałem stronę Freuda… Tymczasem moim oczom ukazało się dość, bym postanowił podrzeć pocztówki tyle czasu wiszące na mojej tablicy. Niniejszym przedstawiam serie kontrpocztówek:

kontrpocztówka nr 1

Freud sformułował hipotezę o nieświadomości, głęboko zanurzony w kontekście historycznym; znajdował się przy tym pod wpływem wielu lektur. Zwłaszcza filozoficznych (z których najważniejsze były teksty Nietzschego i Schopenhauera).

kontrpocztówka nr 2

Różne wypadki z obszaru psychopatologii życia codziennego mają istotnie jakiś sens, ale w żadnym razie nie znajdują wytłumaczenia w perspektywie ściśle libidinalnej, a już na pewno nie poprzez kompleks Edypa.

kontrpocztówka nr 3

Marzenie senne posiada jakieś znaczenie, ale podobnie jak w wypadku psychopatologii życia codziennego nie można go wiązać z czynnikami ściśle libidinalnymi czy wywodzącymi się z kompleksu Edypa.

kontrpocztówka nr 4

Psychoanaliza pochodzi od psychologii literackiej, opiera się na materiale autobiograficznym swego twórcy i doskonale pomaga zrozumieć jego i tylko jego.

kontrpocztówka nr 5

Terapia analityczna należy do dziedziny myślenia magicznego – leczy w ścisłych granicach efektu placebo.

kontrpocztówka nr 6

Uświadomienie wypartej treści nigdy automatycznie nie usunęło objawów ani tym bardziej nie wyleczyło pacjenta.

kontrpocztówka nr 7

Kompleks Edypa nie jest bynajmniej zjawiskiem uniwersalnym, ilustruje jedynie dziecięce pragnienia Zygmunta Freuda.

kontrpocztówka nr 8

Odrzucenie myślenia magicznego wcale nie oznacza, że koniecznie trzeba oddać swój los w ręce czarodzieja.

kontrpocztówka nr 9

Pod hasłem wyzwolenia psychoanaliza wykoślawiła podstawowe reguły psychologizmu, tej świeckiej religii bez religijności.

kontrpocztówka nr 10

Freud jest wcieleniem tego, co w czasach oświecenia zwano antyfilozofią – filozoficznej formuły stanowiącej zaprzeczenie filozofii racjonalistycznej.

[…]

Psychoanaliza – i taka jest teza tej książki- jest uzasadnioną i prawdziwą dziedziną wiedzy dopóty, dopóki odnosi się do Freuda i nikogo poza nim. Pojęcia, które powstały w toku tworzenia tej monumentalnej sagi, były Freudowi potrzebne przede wszystkim do opisania własnego życia, do wprowadzenia porządku we własną egzystencję. Kryptomnezja, autoanaliza, interpretacja marzeń sennych, obserwacja psychopatologiczna, kompleks Edypa, romans rodzinny, wspomnienie przesłonowe, horda pierwotna, ojcobójstwo, seksualna etiologia nerwic, sublimacja- wszystkie te terminy, wraz z wieloma innymi, stanowią założenia teoretyczne całkowicie autobiograficzne. Freudyzm zatem, podobnie jak spinozyzm czy nietzscheanizm, platonizm czy kartezjanizm, augustynizm czy kantyzm, należy traktować jako wizję świata bez pretensji do uniwersalności. Psychoanaliza jest biografią człowieka, który stwarza własny świat, by żyć w nim ze swoimi fantazjami – jak czyni to każdy filozof…”

Continue reading


Podrap mnie w plecy

Zacznę od cudownej wyklejanki Wisławy Szymborskiej, która (wyklejanka nie poetka) posłużą jako wstęp do humoreski Bogusława Włodawca pt „Algorytm postępowania z mężczyzną, który nie spełnia oczekiwań”

04_wyklejanki

Piszę z nadzieją „humoreski”, bo jeśli nie jest to tekst żartobliwy to … źle z nami. Choć artykuł wydaje się  poważną poradą dla pań, które przeżywają kryzys w związku, bo ich faceci nie robią tego, czego one chcą by robili. No, klasyka tragedii codziennej.

Porada psychoterapeuty obejmuje:

1) Instrukcję Obsługi Kobiety wraz ze słownikiem (bezcenna)

2) opatrzony komentarzem wykres etapów podejmowania decyzji o odejściu/zostaniu w związku oraz  kalkulacja zysków i strat

„Instrukcja obsługi kobiety”  zaczerpnięta została od niejakiej pani Natalii (która, jak przypuszczam, nie istnieje). Instrukcja zaczyna się od „poświęcaj mi uwagę” poprzez oczywiste „macaj mnie po dupsku” do „śmiej się razem ze mną”. Nie wiem jak partner pani Natalii, ale ja wybucham tu śmiechem, choć to wcale nie śmieszne a żałosne. Pani Natalia, pochwalona za napisanie takiej ładnej instrukcji przez terapeutę, nie zdaje sobie sprawy z tego, że nie o macanie tyłka chodzi. Chodzi o spontan. Chodzi o to, żeby jej niewydarzony partner kochał ją na tyle, że sam z siebie – bez instrukcji, nagabywania, przypominania i tresury – ją po tyłku klepał. Bo nagabywane, po instruktażu i wysilone „wykonanie punktu drugiego podpunktu piątego” niszczy sedno owego poklepywania. Zabiera sedno miłości. Po prostu jasne jest, że jak się kogoś kocha to ręce same chcą przytulić, pogłaskać i poklepać. Przy miłości – a nie wymuszonej instrukcji – chce się z tym drugim człowiekiem śmiać, być, opowiadać i słuchać. To jest miłość. Bez spontanu jest schizofrenia, lasujący mózg paradoks w stylu „żądam, żebyś mnie natychmiast kochał”.

Tu miłości nie ma i założę się, że wkrótce papierowa pani Natalia z tresowanym partnerem (przecież pełnym dobrej woli, rokującym, bo instrukcję dostał) trafią na terapię par. Mam nadzieję że nie do pana Bogusława, bo ten nie ogarnia.

Psychoterapeuta poleca kobietom, by kilkukrotnie ponawiały swoje prośby, a w przypadku pozytywnego responsu „wzmacniały chwaleniem”. Tak się tresuje psy. Skierowane do psów komunikaty nie mogą być, broń Boże!, podszyte aluzją, podobnie jak: „w przypadku większości mężczyzn nie sprawdzają się subtelne aluzje, które z reguły pozostają przez nich niezrozumiane lub zignorowane – należy powiedzieć to wprost”. Do nogi! Siad! Czy jestem wystarczająco dobrą treserką klientką, panie Mądry?

Dalej Autor ułatwia kobietom zrozumienie sytuacji, w jakiej tkwią,  płachtą wykresu. Lepszego „Algortymu postępowania z…” nie stworzyłby komputer. Wszystko jasne, ze strzałkami, na wypadek, gdyby jakaś nieszczęśnica w swoim myśleniu się pogubiła i nadal upierała się żyć z psychopatą. Pięknie. Problem jednak nie leży w tym, że kobiety nie wiedzą według jakiego schematu myśleć (szczęściem są terapeuci co im powiedzą…). Kobiety doskonale myślą i czują; wiedzą, że tkwią w iluzorycznych związkach, ale ich nie opuszczają – mimo tej algorytmicznej wiedzy i wewnętrznego przekonania, że powinny.

Człowiek nie jest racjonalny. Myśli, dochodzi do słusznych, logicznych wniosków. I robi coś innego i nie wie dlaczego to robi, więc wymyśla kolejne racjonalne powody, dla których coś zrobił, mimo iż z logiki wynikało coś innego. Wszyscy jesteśmy szaleńcami i hipokrytami przecież. Palimy papierosy, wiedząc, że nam szkodzą; wywołujemy wojny świadomi cierpienia; niszczymy Planetę wiedząc, że bez Niej nie mamy dokąd pójść i razem z nią umrzemy. Mówimy „zawsze”- i już kombinujemy, żeby było „no, czasem”… Mówimy „nigdy” – a jednak się nam zdarza. Odrzucamy – świadomi, racjonalni, zważywszy za i przeciw- jakąś opcję, za którą za moment boleśnie tęsknimy. Z uporem maniaka dążymy do atrakcyjnego celu, który nagle zaczyna nas mierzić. Wygibasy i wewnętrzny sabotaż pokrywamy racjonalnymi etykietkami „postępu”, „oczywistości”, „konieczności” lub … milczeniem. Nie ma bowiem dobrych racjonalnych wyborów, bo jesteśmy irracjonalni, wielopłaszczyznowi, obciążeni swoją tajemnicą, wewnętrznymi konfliktami i głęboko wplecionym szaleństwem.  Taka też jest de facto ludzka kultura: prelogiczna czy alogiczna, kwantowo rozlana, synchroniczna, niespójna. Antropolodzy pisali tak kiedyś o „kulturach prymitywnych”, „ludowych” Ad1), ale to wypływa nadal w zdawałoby się racjonalnej cywilizacji przemysłowej. Nasz „racjonalizm” to jednak niedopasowana przykrywka, niedomknięta waliza, z której coś ciągle wystaje i … zaskakuje głupców.

Rozbawił mnie – jako nieadekwatny do tematu miłości a przez to komiczny-  język tych porad. Mowa jest o instrukcji obsługi, bilansie, algorytmie, pozycji negocjacyjnej, inwestycji, konstruktywnych opcjach czy skalach 0-10. Jest to język głębokiego odczłowieczenia, język programowania, korporacyjny język konfrontacji, produkcji masowej gadżetów i behawioralnej tresury zasobów ludzkich. Polecane w artykule zwroty do użycia przypominają podręcznik przeprowadzania rozmów sprzedażowych w call center. Continue reading


Larum

Zauważyłam ostatnio promocję książki Beaty Pawlikowskiej „Wyszłam z niemocy i depresji. Ty też możesz!”

Autorka książki pisze:

„Trzeba tylko zrozumieć czym jest depresja, skąd się bierze i jaki jest jej mechanizm działania.
To właśnie zrozumiałam. Wymyśliłam narzędzia. Zastosowałam. Zwyciężyłam.
Ty też możesz.”

I podniosło się larum.  Że celebrytka udziela rad, że „haniebnie żeruje na ludzkiej tragedii”, że zarabia na „poradnikowych terapiach”, że „wymyśliła sposoby, żeby zmanipulować swoją podświadomość”, jak oburza się Wojciech Łazarowicz. A tu Autorka bezczelnie głosi z okładki – uśmiechnięta jakby nieświadoma polskiej tendencji do cierpiętnictwa – że sobie pomogła i że jest to kwestia pracy nad sobą. No, szlag trafia.

 

O tym larum (znaczącym) będzie poniżej.

Książek pani Pawlikowskiej – ani podróżniczych ani innych – nie czytuję, bo po przewertowaniu jednej stwierdziłam, że nie podoba mi się ich infantylność, płytkość i „pozytywny przekaz”, który odbieram jako fałsz. Zauważam medialny lans przez depresję (i przez aborcję, ale to dla koneserów) zgodny z naszym kulturowym wzorcem samo-określenia przez odstępstwa od normy.  Zgadzam się z krytykami, że łatwe, proste metody na poważną depresję to ściema. Ale uczciwie napiszę: mamy wolny rynek cudów i jego konsekwencje. Przecież z tego wolnego rynku korzystają także psycholodzy, psychoterapeuci i inni psycho-magowie zakładając gabinety i wciskając nam kity o zdeterminowaniu naszego życia przez a priori skazanych zbrodniarzy rodziców,  o wpływie przeszłych pokoleń na nasze decyzje tu-i-teraz czy też o domniemanych fikołkach „podświadomości”.  Z wolnego rynku korzystając, psycho wydają obficie księgi o sekretach, przyciąganiach, podświadomościach, ludzkiej toksyczności, wpływach kolejności urodzenia na losy, świeckim buddyzmie i fizyce kwantowej. Mądrości te nie są niczym więcej niż własnym życiowym doświadczeniem autorów i ich chęcią zarobku. Nie wiem jednak, dlaczego pani Pawlikowska nie miałaby  „żerować haniebnie” skoro inni też żerują i czemu właśnie jej jedynej odmówić trzeba chwalebnego autorstwa kolejnej „nowej metody”. Myślę, że gdyby księgę „Ty też możesz” napisał jakiś psycho-ekspert nie byłoby żadnego oburzenia.  Wolny rynek to broń obosieczna i skoro uznaliśmy jego priorytet nad człowiekiem- to nie bądźmy hipokrytami, drodzy państwo. Jak wszyscy mogą śpiewać to wszyscy.

 

Co więcej, Pawlikowska ośmiela się posłużyć cliche znanymi z nurtu pop-psychologii. Czyż porównanie mózgu do komputera nie jest zapożyczeniem z kognitywistyki, „ty też możesz” – banałem z rozwojowego biznesu pt. „bądź skuteczny i myśl pozytywnie”? A „podświadomość” – czyż nie wylazła nam z psychoanalizy? Książka Pawlikowskiej wydaje się karykaturą „eksperckich” poradników. I stąd oburzenie psycho.

Marta Głowacka,  z Laboratorium Psychoedukacji, robi taką woltę:

„Mamy wolność słowa, każdy może pisać i wydawać, co chce. Jeśli jednak dorośli ludzie wierzą, że jedna publikacja pozwoli im wyjść z depresji, to są po prostu nieodpowiedzialni.”
Tak jak nie ma w tej dyskusji zgody na wolny rynek (jest pozorna), tak samo nie ma zgody na wolny wybór jednostki, ponieważ warunkiem korzystania z wolności ma być jednostkowa, oceniana przez zewnętrznego eksperta „odpowiedzialność”.  To drugi motyw – po „wolnym rynku” – w larum dookoła Pawlikowskiej: „odpowiedzialność” („dorosłość” a także dalej: rozsądek, rozum).  Tadeusz Reimus, psychoterapeuta z Centrum Dobrej Terapii, po ojcowsku mówi nam:
„taka literatura powinna być rozpatrywana jako beletrystyka, a nie kliniczna terapia”.

Continue reading


Zwariowaliśmy

obraz-beksinskiego-obrazy-olejne-kopie-i-reprodukcje-na-plotniePoniżej tekst sprzed sześciu lat. Nieaktualny, bo dziś już  z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że homo sapiens popełnia samobójstwo zabierając ze sobą wszelkie wyższe formy życia.  Nie pomogą nam ptaki wymalowane na muralach, piękne plakaty z błękitnymi wodami mórz ani też żarcie vege w czyściutkich, plastikowych restauracjach. Bez względu na to, czy przyjmiemy to do wiadomości czy nie, bez względu na samo-oszustwa, pocieszajki, wystudiowaną ślepotę, plastry jakie nakleimy na lęk, rzeczywistość jest jedna (mimo iż złożona) i nie jest zmiennym ludzkim dyskursem. Choć my żyjemy w szponach narracji, które kupujemy od tych, którzy pociągną z tego (jeszcze przez chwilę) zyski. Te narracje są fałszywe i mnóstwo ich: „możesz być kim chcesz”, „chcieć to móc”, „co z tego będziesz mieć”, „ty wybierasz ty decydujesz”, „zrównoważony wzrost”, „miłość bliźniego”, „korona Stworzenia”, „racjonalność, „wolność”, „postęp”, „czyńcie sobie ziemię poddaną…”, „na koniec czasów przyjdzie Pan” czy też znów „integracja Ja”, „prawo do szczęścia”…

No i daliśmy sobie wmówić, że myślenie „katastroficzne”, będące w zasadzie alarmem i ostrzeżeniem, jest objawem ciężkiej choroby, depresji, i należy je leczyć tak jak „pesymizm”. Nauki o człowieku przecież też są narracją nie dotykającą rzeczywistości, bo nauka dziś gada sama ze sobą.

Nie nauczono nas twardości  i odwagi spojrzenia prawdzie w twarz.

Proszę wyobrazić sobie Ziemię jako pustynię, martwy fioletowy ocean i …nie zapłakać nad Stratą. Nie da się.

Continue reading


Opis pacjenta

krzys1m

Z notatek terapeuty:

„Pacjent – dwudziestokilkulatek, heteroseksualny. We wczesnym dzieciństwie świadek kłótni rodziców. Obciążony pamięcią po zmarłej siostrze – dostał drugie imię na jej pamiątkę. Ojciec gruźlik. Matka po wielu poronieniach, mistyczka, religijna histeryczka, pełna poczucia winy. Dziecko rodziców żyjących w separacji, wychowywany przez matkę, odseparowany od ojca. Astmatyk. Nie lubił szkoły, uczeń bez szczególnych wyników w nauce, wagarowicz, uważany przez rówieśników za zarozumiałego i tępego. Obecnie w związku małżeńskim, bezdzietny. Konflikt żony z matką pacjenta. Skryty. Poczucie nieadekwatności, postawy wielkościowe. Depresja. Znerwicowany. Niestabilny. Rzucił studia polonistyczne. W żałobie po śmierci uwielbianego, nie znanego ojca. Nadal opiekuje się samotną matką. Przewlekły stres. Od rzeczywistości ucieka w fantazje. Kompulsywne myśli o śmierci. Fascynacja bronią. Wraz z kolegami planuje samobójstwo.

Wskazana psycho- i farmakoterapia.

Imię i nazwisko pacjenta: Krzysztof Kamil Baczyński”.

*

Jakże narracja terapeutyczna okalecza człowieka, redukuje, obiera z wielkości, wyłuskuje z Historii, prawda?

Baczyński, Poeta zastygły. Gówniarz (z mojego punktu widzenia) a spec od obrazów mięsistych, przeszywających, kolorowo-onirycznych. Gdyby malował – o, bogowie, jakby malował!! Ale choć pisał.  Pod pseudonimem, naprędce.

wyrosłem ja na chmurach jak dzika jabłoń w lesie.
Ale mam źródło w sercu srebrne jak żywy pieniądz,

Jestem egoistką i napiszę: jakie szczęście (dla nas, podłych odbiorców bez talentu), że żadna psychoterapia nie zgwałciła Poetów źródła srebrnego „normami żałoby”, „adekwatnością”, „pracą nad kompulsywnymi myślami o śmierci”, „zerwaniem pępowiny z matką”, „przerobieniem kompleksu ojca” czy też  obrzydliwym, postindustrialnym, małym „indywidualnym szczęściem”. Continue reading


Nieudana terapia (3)- Źródła niepowodzenia

sur-2

Cześć pierwsza

Cześć druga

Już niektórych z nas wytresowali w myśleniu, że jeśli w terapii „idzie coś nie tak”  to wszystko z winy klienta. Bo jest głupi, ma nierealistyczne oczekiwania,  jest leniwy w „pracy”,  jest „trudny” i „oporny”,  nie chce,  nie rozumie „procesu”,  nie przyjmuje „prawdy” o sobie,  jest „nieszczery”, ba! w podtekście grzeszny, bo w konfesjonale/gabinecie oszukał przemilczeniem Boga-terapeutę… etc, etc. Gwoli sprawiedliwości zauważę, że bzdurki typu „sam sobie jesteś winien” (co jest de facto wyrażoną złością na bezradność i bezładność procesu) podtrzymują nie tyle sami terapeuci, co ich akolici utożsamiający się z narracją terapeutyczną i broniący od upadku w swoich oczach obrazu „dobrego terapeuty”.

Jeśli „poszło coś nie tak”, można też uderzyć drugą stronę: w certyfikaty, szkolenia, superwizje – czyli papierowy konkret. Ja osobiście – przyznam się bez bicia – jestem cięta na panie i panów, którzy urwali się z korporacji, pragną „pomagać ludziom” lub też wzięli się za eksperymenty,  będąc w „szkoleniu” (lub i nie) bez ukończonych studiów psychologicznych.

Tak jak nie da się jednoznacznie opisać procesu „terapii” czy zdefiniować „nieudanej terapii”, tak i nie da się wskazać jednej przyczyny terapeutycznego niepowodzenia. Tym niemniej zamieszczę znów kilka fragmentów „Nieudanej terapii”, podśmiewając się nieco z tych, co wierzą w boskość i wszechmoc  terapeutów (przecież, o bogowie! często znudzonych, bezradnych, ogłupionych, trzymających się swoich „modeli” jak pontonu). Oto – mam nadzieję, że szczere, bo moim zdaniem trafne – spojrzenie amerykańskich terapeutów na źródła błędów w swojej pracy:

J.A Kottler:

Nuda. Męczy nas rutyna. Podobne historie słyszeliśmy już wcześniej. Klient po raz enty powtarza to samo.

Poczucie zagrożenia. Z tym, co pojawia się na sesji, czujemy się za bardzo jak w domu. Coś przywołuje nasze własne problemy. Przypomina o rzeczach, które wolelibyśmy pozostawić w spokoju.

Sprawy osobiste. Naszą uwagę odciąga coś, co aktualnie dzieje się w naszym  życiu […] Przechodzimy przez jakąś osobistą traumę, moment przełomowy albo kryzys.

Lenistwo. Po prostu nie chce się nam angażować sporych ilości energii niezbędnych do tego, żeby zachować skupienie.

A.A Lazarus:

W przeszłości miewałem tendencję do zbyt szybkiego wkraczania do akcji, bez uzyskania pełnego obrazu sytuacji. Paplałem, nim zebrałem wszystkie znaczące fakty. … Trzeba potwierdzać trafność tego co się mówi, żeby mieć pewność, że się osiągnie cel. Jestem pewny, że wśród znanych mnie i wam terapeutów nie wszyscy kierują się tym nakazem. Obserwowałem wiele razy, jak niektórzy już po minucie wyciągali wnioski i to prawie zawsze błędne. Oni nie usłyszeli swoich klientów.

R.Schwartz:

… [terapeuci] patrzą na ludzi przez pryzmat DSM, traktując ten podręcznik diagnostyczny jak biblię. Znaczna część tego, co następuje później działa jak samospełniająca się przepowiednia.

Zamiast stale koncentrować się na na klientach, powinniśmy zagłębić się w siebie i sprawić, co możemy zrobić, by do nich powrócić. Wielu terapeutów nawet nie zauważa, gdy coś się z nimi dzieje.

Z pewnością jedną z rzeczy, do których mają skłonność terapeuci w trudnych momentach, jest obwinianie klienta, że przejawiają opór albo że sprawiają trudności. Poza tym lubią przyklejać klientom etykietki, takie jak „z pogranicza”, „narcystyczny”, „histeryczny”.

W. Glasser:

Wcześniej zdarzało mi się zasypiać podczas sesji. No to z pewnością podałbym jako przykład błędu. Gdy rozmawiałem o tym z superwizorem, powiedział mi: „jeśli klient nie potrafi cię rozbudzić, to pal licho, śpij!”.

F. Shapiro:

Nigdy więcej nie pozwoliłabym na to, by ktoś inny stawiał diagnozę klientowi, z którym mam się spotkać. Nie dopuściłabym do sytuacji, w której nie mam czasu, żeby zastosować procedurę przygotowania do terapii. To potwierdza potrzebę przestrzegania procedur, spisywanych przeze mnie od lat, w których kładę nacisk na nieczynienie żadnych założeń dotyczących żadnego przypadku.

F. Pittman:

W swojej karierze wielokrotnie popełniał pewien błąd. Wierzył, że klient naprawdę chce się zmienić. Należy unikać założenia, że ci ludzie wiedzą, co robią źle, zdają sobie sprawę z własnych błędów i zwracają się do ciebie o pomoc by dokonać zmian.

Terapeuci „masażyści” wiedzą tyle, że relacja terapeutyczna ma dawać pociechę i poczucie bezpieczeństwa. To nie jest terapia i to nie jest podejście terapeutyczne. Jeśli utrzymujesz ludzi zbyt długo w tym stanie, wyrządzasz im wielką szkodę. Pozbawiasz ich mocy.

S.Gladding:

Terapeuta , który zdobędzie pewną pozycję zawodową jako autor bądź mówca, ma jeszcze więcej do stracenia. Można mieć wrażenie, ze terapeuci chcieliby być superludźmi, że tworzą mity na własny temat i zaczynają w nie wierzyć.

S. Johnson:

Oczywiście to, co uważa się za błąd zależy od stosowanego modelu. Na przykład z mojego punktu widzenia podejście stosowane w terapii skoncentrowanej na rozwiązaniach jest błędne za względu na swoją powierzchowność. Tak naprawdę nie dociera do sedna problemu.

Jeden z mitów na temat pracy terapeutów zakłada, że jeśli są wystarczająco bystrzy, przykładają się do studiów i pracy, szkolą się i poddają superwizji, mają dostateczną liczbę godzin praktyki, to zawsze będą w stanie zrozumieć, co dzieje się z ich klientem. Jeśli nie uda im się to w czasie terapii, z pewnością dojdą do tego do tego później, po głębszym i dłuższym zastanowieniu. Rzeczywistość jest znacznie bardziej złożona: w wielu przypadkach po prostu nie wiemy, co się wydarzyło, co poszło nie tak i jaką rolę my sami odegraliśmy w tym niepowodzeniu.

R.B Stuart:

Zakładanie że nasz wewnętrzny model roboczy, czyli nasz obraz świata, z jakiegoś powodu jest miarą prawdy w życiu, to uderzający przejaw narcyzmu. Tak jak inni terapeuci prowadzę niekończącą się walkę z samym sobą, żeby nie narzucać klientom własnych poglądów i przekonań, którymi przez lata kierowałem się przy podejmowaniu decyzji.

Continue reading


Krzyk

beksinski-obrazy-90-0594Ludzie dotknięci analgezją nie odczuwają fizycznego bólu. Żyją krótko, na granicy przetrwania, pozbawieni ważnej, choć nieprzyjemnej informacji zwrotnej o zagrożeniu.

My też -jako zbiorowość- pozbawiamy się takiego mechanizmu, uciekając przed cierpieniem. Media, jak co roku jesienią, podjęły bohatersko temat depresji. Medonet wzrusza nas prostym zestawieniem. Abstrahując od manipulacji pojęciem „depresja” i  umedycznieniem smutku, uderza mnie – jako znaczący – sposób w jaki zostały zestawione statystyki.

Najpierw dostajemy oszacowaną liczbę ludności dotkniętych depresją (350 mln), także w ujęciu procentowym. Potem: roczne światowe ekonomiczne koszty depresji. Sytuacja w Polsce i rosnące statystyki samobójstw. No i dalej: tysiące lat produktywności utraconej (a to cios dla kraju na  drodze nieustannego rozwoju), potworne obciążenia ZUSu (co z naszymi emeryturami!?) i liczona w latach absencja (my tu zapieprzamy a oni…).

Całość mam wrażenie nastawiona na obraz: tak, depresja to straszna choroba, która wycofuje z rynku osoby w wieku produkcyjnym, obniża efektywność pracy i obciąża ZUS. Niszczy rozwój i strzelające w niebo wykresy. I ciągle za mało pomocy. Bo jakbyśmy zaczęli terapeutyzować się wszyscy to problem depresji zostałby rozwiązany… NFZ ciągle za mało wydaje na pomoc depresantom, sugeruje zestawienie.

Skąd ten alarm?

Ano stąd że depresja to bunt, to bezczelna ucieczka. Jak pokazuje zestawienie Medonetu czarno na białym, choć w podtekście: depresja to bunt przeciwko kulturze produktywności.

Z wypowiedzi psycholog Magdaleny Nowickiej (podkreślenia moje):

„Teorie socjobiologiczne zakładają, że depresja to forma reakcji adaptacyjnej, która nakazuje zwolnić, zawiesić życiową działalność po to, żeby organizm zregenerował siły, których mu zabrakło. Zaburzenia depresyjne są znakiem naszych czasów. Przez zawrotne tempo życia przestajemy dostrzegać rzeczy, które sprawiają nam radość. Funkcjonując w ciągłym pędzie nie możemy pozwolić sobie na dłuższy odpoczynek, bo sądzimy, że powinniśmy skupić się na karierze, zarobkach i konsumpcji. W pewnym momencie doprowadzamy do stanu, w którym nasz organizm odmawia posłuszeństwa i odczuwa potrzebę wytchnienia. Patrząc z tej perspektywy, coraz częściej narażamy się na wyczerpanie tych pokładów i nie zawsze potrafimy uporać się z pędem naszego świata.”

Już miałam nadzieję na jakieś konstruktywne wnioski w dyskursie publicznym. Na moment prawdy, odwagi. Ale nie. Jednostka w mediach nie tylko jest bezczelnym hamulcowym rozwoju i produktywności kraju, ciężkim kosztem obarczającym instytucje, ale i ciąży na niej odpowiedzialność za swoje własne dostosowanie do szaleństwa i za swój brak  produktywności. Wolny najmita zostaje obarczony odpowiedzialnością za samodzielny (samotny) i pozorny (bo wyboru de facto nie ma)  wybór złotego środka między fizjologią a bezwzględnymi wymaganiami Rynku. Tego złotego środka nie oferują jednostce ani instytucje ani eksperci. Ani też sam Rynek.

Z poziomu jednostki, a nawet lokalnego, nie rozwiąże się globalnych problemów. Jednak myśl, że „tempo życia”, „pęd” ani „konsumpcja” nie są żadnym wyborem jednostki a zostały narzucone przez jakąś Zewnętrzność nie postała w głowie miłej pani. Już trzydzieści lat temu Ulrich Beck (jak ten czas leci…) wieścił śmierć ahistorycznej i zamkniętej na zewnętrzne uwarunkowania psychologii. Tu się mylił, ludzka głupota jest bezdenna. Perspektywa psychologiczna – tak jakby człowiek był wykorzeniony ze społeczeństwa, polityki, ekonomii i dotyku ziemi – nie zmieniła się. Nadal w terapii klient urabiany jest w bieżącej narracji neoliberalnej służącej potrzebom Rynku i Systemu. Na przykład, w wypracowaniu o terapii psychodynamicznej czytam:

„W trakcie terapii pacjent staje się bardziej świadomy, że to on jest w większości autorem swojego życia, a nie okoliczności zewnętrzne. Jednak, żeby do tego doszło niezbędny jest czas.”

Dalej, jako pozytywne rezultaty terapii widnieje:

„redukcja uciążliwych objawów, przywrócenie zablokowanych form aktywności, uruchomienie adekwatnych, a co za tym idzie mniej destruktywnych adaptacji do zróżnicowanych sytuacji życiowych oraz realizacja zadań rozwojowych właściwych dla etapu życia pacjenta” .

Czytaj: elastyczność i iluzja samo-stanowienia. Depresja to obciążenie dla Systemu, trzeba więc ją zaetykietować („choroba”) i leczyć (łagodzić w imię produktywności). W gabinetach terapeutycznych cierpienie tu-i-teraz przekierowywane jest na przeszłość (rekonstrukcja „toksycznego dzieciństwa”). Lub też klienci przechodzą łagodne pranie mózgu (stąd: „niezbędny jest czas…”) w stronę „Ja jestem ok, ty jesteś ok i świat jest ok”, co jest oczywistą gównoprawdą. Tak jakby cierpienie klienta nie niosło ze sobą żadnych treści dotyczących rzeczywistości społecznej, kulturowej czy gospodarczej a było jedynie jakimś wyskokiem jednostkowej nieokiełznanej nieświadomości, błędem postrzegania czy wadą systemu nerwowego… Oczywiście, klienci zaakceptują takie przyczyny swojego stanu i z pewnością w jednostkowych przypadkach takie paradygmaty są przydatne. Któż nie chciałby mieć choć iluzji kontroli?

Trzydzieści lat temu  Ulrich Beck pisał (i tu się nie mylił) o tym, że współczesna jednostka w ramach swojej biografii i wobec rozpadu dotychczasowych więzi i narracji społecznych (w tym klas społecznych, rodziny nuklearnej, ścieżek rozwoju zawodowego) przejmuje na siebie ryzyko generowane przez współczesną cywilizację. Rynek najlepiej widziałby w nas jedynie samotne jednostki, nieskończenie mobilne i elastyczne oraz skłonne do wydania pieniędzy na produkowane bezwartościowe „dobra” kosztem – nieoszacowanym, ukrywanym- równowagi ekologicznej. I tak, jednostka boryka się z płynnym i oferującym bezsensowne zajęcia rynkiem pracy- a uczestnictwo w rynku pracy określa współcześnie jej tożsamość. Podejmuje ryzyko zdobycia wykształcenia, które nie gwarantuje żadnej ścieżki rozwoju zawodowego, ale jest wymagane przez instytucje. Codziennym pośpiechem i zmęczeniem próbuje także pogodzić rozrodczość i prawa kobiet z wymaganiami rynku.  W domach poszczególnych jednostek, wśród konfliktów (przerabianych na terapiach par) rodzą się nowe, płynne role kobiet i mężczyzn. Jednocześnie jednostka styka się ze schizofreniczną narracją twierdzącą, że świat jest stabilny, zarządzany, że postęp , że rozwój, że świetlana przyszłość, że natura, że oczywiste, że jest Ktoś Kto Wie (i kto każe jednostce wybierać). Jednostka nie ma jak ukryć się przed zagrożeniami ekologicznymi (promieniowanie, substancje niebezpieczne, niezdrowa żywność, hałas etc) – skażenie przyrody i zmiany klimatu są (i tylko one) naprawdę demokratyczne. Co więcej, jednostka – pozbawiona wiedzy specjalistycznej – jest skazana na zaufanie ekspertom i na akceptację narzuconych przez nich norm (czyli de facto-wyrażonej przez instytucje zgody na trucie). Niestety, wbrew temu, co głoszą zwolennicy tego Świetlanego Postępu i Nowego Pięknego Świata, jednostka nie jest w swoich wyborach wolna. Jest dogłębnie, od początku życia, od aspiracji po definicję sukcesu, sterowana przez instytucje i ekspertów i postawiona wobec głębokiej irracjonalności uspokajających narracji. Wobec zmian klimatycznych, ekologicznych zagrożeń, nadmiaru, sztuczności, pustki i narzuconej ścieżki życia pozostaje bezradna– nawet jeśli jest tej pustki i zmian świadoma.

Świadomość bezradności to piekło. Continue reading


Nieudana terapia (2) – Bezradność Młodej Lekarki

dali19
Cześć pierwsza: tutaj
Definicja złej terapii czy błędu? Trudna do ustalenia, choć zgodzimy się, że bywają i złe terapie i błędy. Czy to poczucie krzywdy klienta? Pogorszenie stanu – subiektywne, obiektywne? Brak zmiany? Uporczywa, przedłużana terapia? Niezadowolenie otoczenia klienta z rezultatu? Brak satysfakcji terapeuty z procesu i swojego zaangażowania? Zła ocena superwizora?

Kilka fragmentów z „Nieudanej terapii” – wypowiedzi praktykujących terapeutów dotyczące złej terapii:

A.A Lazarus:

..na pierwszym miejscu stawiam brak empatii u terapeuty. Nie pojawia się współczucie.

Nieudana terapia to ośmieszanie lub znieważanie klienta przez terapeutę albo używanie destruktywnego krytycyzmu. Innym klasycznym przykładem złej terapii jest zaniechanie stosowania empirycznie sprawdzonych technik w sytuacjach tego wymagających.

W. Glasser

Dla mnie terapia jest zła wówczas, gdy terapeuta przekazuje komunikat: „Jesteś psychicznie chory. Beze mnie nic z tym nie zrobisz”. Terapia jest nieudana wówczas, gdy komunikujesz klientowi, że potrzebuje pomocy i tylko ty możesz mu pomóc. „Coś jest z tobą nie tak, ale nic z tym nie zrobisz, o ile nie zwrócisz się do mnie”.

Postrzegał nieudana terapię jako taką, która wzmaga natężenie przeżywania i ekspresji emocji u klientów, ale nie wzmaga ich poczucia własnej mocy.

F. Pittman:

Dobra relacja terapeutyczna powoduje więcej złego niż każde inne działanie terapeuty. Sprawia, że [pacjenci] myślą o sobie jako tych, którym brakuje pewnego rodzaju mocy, a tę moc ma terapeuta.

S. Johnson:

Doświadczenie to nauczyło Susan Johnson, że terapia jest nieudana nie tylko wtedy, gdy stosowany przez nas model nie przynosi efektów, ale także wtedy, gdy nie mamy innego modelu, po który moglibyśmy sięgnąć. Zdajemy sobie sprawę, że klienci potrzebują czegoś więcej niż to co im oferujemy, lecz nie potrafimy ustalić czego dokładnie.

L. Sperry:

Większość terapii regresywnych prowadzonych z osobami, które nie mają spójnego Ja, to terapie nieudane. Zła jest każda terapia w której jedna lub dwie strony ponoszą szkodę. Sadzę też, że stosowanie pewnych rodzajów terapii bywa szczególnie nierozważne, zwłaszcza w sytuacji, gdy danego  klienta wyjątkowo łatwo zranić i nie jest on w stanie świadomie zdecydować o swoim udziale w leczeniu

S.D. Miller:

Poprawa u klienta niekoniecznie wynika z samej terapii. Uznaję to za porażkę. Duży odsetek klientów odczuwa samoistne polepszenie, które następuje niezależnie od interwencji mojej lub innych terapeutów. Taką sytuację definiuję jako porażkę, ponieważ terapia w najmniejszym stopniu nie przyczyniła się do tego, co i tak wydarzyłoby się przez przypadek, z powodu dojrzewania klienta albo ze względu na upływ czasu.

Zmiana na gorsze następuje w kontekście naszej relacji i jest większa niż zmiana, która mogłaby nastąpić wskutek przypadku. Takie sytuacje określam jako prawdziwe porażki: coś, co zrobiłem lub to,  że czegoś nie zrobiłem, negatywnie wpłynęło na klienta

R.B Stuart:

Nieudana terapia nie pozwala zrealizować wszystkich celów albo założonego celu na oczekiwanym poziomie. Może spowodować pewne pozytywne zmiany, jednak nie w zakresie, który można by osiągnąć, gdyby została lepiej zaplanowana lub przeprowadzona. Jej marne rezultaty opóźniają nadejście zmiany, przez co klient traci czas i pieniądze a być może także chęć szukania pomocy u innych terapeutów

Uderza mnie to, że każdą z tych definicji ad hoc da się podważyć a owo podważanie zależne będzie od przyjętego modelu psyche i procesu „leczenia”. Rzekomo błędny brak empatii wyśmieje psychoanalityk, który współczucia jako Głos nie okazuje – bo i po co?; ośmieszanie wyśmieje znów terapeuta prowokatywny, bo właśnie tym się posługuje jako narzędziem. Dziecięcą zależność zwaną przeniesieniem, rzekomo konieczną do „wyleczenia” według terapeuty psychodynamicznego, skrytykuje terapeuta z nurtów behawioralnych czy humanistycznych.  Umieszczenie mocy boskich w osobie terapeuty – toż bez tego nie ma samospełniającej się przepowiedni a tym samym – samouleczenia… Podważanie wagi „dobrej relacji” czy „empatii” to herezja, bo jest to „wspólny czynnik leczący”, choć przecież w realu pożądaną zmianę psychiczną da się osiągnąć także bez tego… Czy możliwe jest określenie w jednostkowym przypadku, w ilu procentach zmiana dokonała się dzięki obecności terapeuty a w ilu – czynników pozaterapeutycznych, w tym losowych, niezależnych od klienta- jak to więc porównać? Co, jeśli klient nie osiągnie wytyczonego celu a mimo to jest zadowolony z terapii? Continue reading