Klatka dosłowności

9d0152ff-74c4-4b30-9fb3-7721e795c400Gdy zaczęłam czytać artykuł „Dorosłe dzieci pozywają rodziców. Powód? Złe dzieciństwo” nastawiłam się na to, że przeczytam historię osób głęboko zaburzonych, niezdolnych do społecznego funkcjonowania, które – maltretowane przez rodziców, gwałcone i przykute do kaloryfera lub trzymane w ziemiankach pośród szczurów – nie nabyły umiejętności samodzielnego życia i proszą państwo polskie o wsparcie. Tymczasem przeczytałam o ludziach wykształconych, mających dobrą pracę, funkcjonujących społecznie, którzy upatrują przyczyn swoich życiowych niepowodzeń w dysfunkcyjnych (jak to się ładnie mówi) domach pochodzenia. Bohaterzy artykułu: pan koło trzydziestki, wykształcony pracownik korporacji (informatyka, finanse), borykający się z problemami zdrowotnymi – jego rodzice mieli zaniedbywać jego zdrowie i higienę;  miła pani po trzydziestce – wykształcona, pracująca, która założyła rodzinę i której rodzice kazali pracować w polu, wiedli do dentysty na wyrwanie zębów i zaniedbywali kwestie higieny. Oraz miła pani po czterdziestce, córka alkoholiczki, która ma za sobą dwa rozwody i nadal uważa – mimo terapii – że matka miała moc „zniszczenia jej życia”. Osoby te rozważają pozwanie swoich rodziców za „złe dzieciństwo”. Jak twierdzi adwokat pozwanych, trzydziestolatek za poduszczeniem swojego psychologa złożył nawet pozew przeciwko swoim rodzicom, lecz nie wpłacił opłat sądowych.

Nie twierdzę oczywiście, że nie jest krzywdą nieleczenie zębów czy bicie. Według naszych współczesnych norm (higiena, ochrona zdrowia, miłość rodzicielska) cytowane domy były wychowawczo niewydolne a dorośli niezdolni do pełnej opieki nad dzieckiem.  Nie będę też ważyć życia wiejskiego dzieciaka w Polsce lat 80′ czy 90′ a – powiedzmy – życia wiejskich dzieci w Laosie podczas wojny wietnamskiej czy dzieciaków z warszawskich podwórek w 1940 roku, bo jasne jest, że  „złe dzieciństwo” to model umowny, relatywny.

Chodzi o to, że  opowiadamy o sobie nieodpowiednią bajkę a ona wiedzie nas na manowce. Nie da się bowiem żyć teraźniejszością ani budować przyszłości, bazując na przeszłości, której – z natury rzeczy – nijak nie można zmienić.

Problemem jest dosłowność, usztywnienie.

Bohaterzy artykułu uwikłani są w narrację terapeutyczną pt.„to wina twoich rodziców”. Zakłada ona, że rodzice absolutnie zobowiązani są do bycia „wystarczająco dobrymi” rodzicami (widać to w cytowanej wypowiedzi: „Emilia kilka lat chodziła na terapię, zdaje więc sobie sprawę, że zachowanie matki wynikało z tego, że nie radziła sobie z własnymi emocjami. „Ale nic mnie to nie obchodzi – mówi. – My byliśmy dziećmi, które nic nie rozumiały, a ona, jak to matka, była dla nas całym światem.”). Dorosły jest w tej opowieści jedynie wypadkową, rezultatem oddziaływań rodziców (nadal Emilia: „przez swoją głupotę i niedojrzałość zniszczyła nam życie”). Jesteś cepem, trafnie pisał za Hillmanem o tej narracji Tomasz Stawiszyński. Jeśli nie wiedzie ci się w życiu lub czujesz się nieszczęśliwy, przyczyn tego stanu rzeczy poszukaj w dzieciństwie, głoszą w mediach eksperci. I oto jesteśmy skazani, bo zawsze tam coś przykrego znajdziemy, choćby dlatego, że jako dzieci byliśmy słabsi, zależni i nie rozumiejący mechanizmów życia. Ale narracja terapeutów to Dobra Nowina, daje również nadzieję: jeśli dokopiesz się do „zamrożonych” uczuć z dzieciństwa, „przepracujesz” je i zrzucisz na rodziców ogrom twojego wstydu i poczucia winy – będziesz lekki i szczęśliwy (patrz: Alice Miller, John Bradshaw i wielu innych). Jeśli nawiążesz z obcą osobą (terapeutą) więź idealną (czytaj: korekcyjną, leczącą), taką jak powinna być z idealnymi rodzicami, zbawisz się ku szczęściu. Continue reading


Przepracować problem rodziców

152„Czcij ojca swego i matkę swoją” czyli… coś nam się po drodze zagubiło, twierdzi James Hillman. Żeby umieć zaśpiewać o świecie musimy znać odpowiednie słowa. Niewiele już ze słów pieśni nam zostało. Potężna Pieśń o Życiu zamieniona została na kwilenie, i to nie o tworzeniu, a o poczuciu krzywdy. Krzywda wyrządzona przez rodziców, krzywda wyrządzona przez dzieci (a także krzywda wyrządzona kobietom, krzywda wyrządzona mężczyznom). Las oskarżeń. Zło tu i teraz, nasze porażki mają pochodzić z błędu rodzicielskiego sprzed kilkudziesięciu lat (w niektórych absurdalnych bajkach- np. hellingerowskiej – nawet sprzed kilku pokoleń). Jasne, krzywda się zdarza, czasem prze-Ogromna, przesłaniająca pierwszy plan. Nie twierdzę, że nie należy odreagować emocji lub krzywdę przesłonić milczeniem. Ale niestety: w naszej pop-kulturze ci, co zostali skrzywdzeni nie znają i nie poznają innej opowieści o sobie; a ci, którzy nie zostali skrzywdzeni tkwią mimowolnie w dyskursie poczucia krzywdy. Nie mamy innej, alternatywnej narracji, niż  „to wszystko przez to,  że matka to nam zrobiła a ojciec tego nie zrobił” (lub odwrotnie). To nam układa (zawęża?) świat.  Narracja kulturowa: nasz Los zależy od (toksycznych!) postępków wszechmocnych rodziców nas zubaża. Ba! Im bardziej głowa siwa, tym mam większe wrażenie, że to w ogóle nie ta bajka.

Kolejny fragment rozdziału „Przodkowie” z  „Kodu Duszy”, w którym to rozdziale James Hillman – „duchowo”, ale ramię w ramię z psychologami naukowcami, o paradoksie!- polemizuje z obowiązującym i szkodliwym paradygmatem „wpływu rodziny pochodzenia”, cytując inne, zapomniane już narracje [podkreślenia moje]: Continue reading


Skok w świat

09_img_6446James Hillman pastwi się nad współczesnym „sofizmatem rodzicielskim”, winnym, jego zdaniem, postępującej katastrofie ekologicznej. Niestety, ludy nie wyznające religii „rodzice są winni” także potrafiły do wyczerpania korzystać z zasobów, więc nie jestem pewna na ile argumentacja Hillmana ma odzwierciedlenie w faktach. Jednak nie da się ukryć, odrzuciliśmy świat jako „wychowawcę”… Czyż nie wychowuje nas kultura pełna pustych słów, odcięta coraz bardziej od rzeczywistości ( i oczywistości) ziemi, nieba, wiatru i wody? Mylimy człowieczych rodziców i Rodziców. Ukonkretnienie chyba nie wychodzi nam na dobre, podobnie jak przyjęcie jako faktu – a nie obrazu – bełkotów psychoanalitycznych. Trudno się z Hillmanem tutaj nie zgodzić: z wykorzenionej z natury narracji krzywdy i winy nic dobrego  nie będzie.

Fragmenty rozdziału „Przodkowie” z książki „Kod Duszy”:

„Wiara w to, że rodzice od początku kształtują nasz świat, jest dla mnie jednym z klasycznych przykładów sofizmatów „konkretności nie na miejscu”. Termin ten zaczerpnąłem od angielskiego filozofa Alfreda Northa Witheheada. Błąd „konkretności nie na miejscu” polega na pomyleniu konkretów z abstrakcjami. W naszym przypadku kosmiczni, mityczni rodzice utożsamiani się błędnie z naszymi własnymi, osobowymi matkami i ojcami. W konsekwencji potężne formatywne moce i tajemnice przydawane takim abstrakcjom jak niebo i ziemia, Bóg Nieba i Bogini Ziemi (lub odwrotnie, jak w mitologii egipskiej), stają się konkretnymi matkami i ojcami, podczas gdy matki i ojcowie ulegają ubóstwieniu, powodując zamieszanie o kosmicznych wprost proporcjach. Continue reading


Ojciec

img_7730Staram się unikać tekstów okolicznościowych. Dziś zrobię wyjątek na okoliczność Dnia Ojca, cytując kilka fragmentów z „Kodu duszy” Jamesa Hillmana z utajoną dedykacją dla mojego Taty a jawną dla naburmuszonych Dorosłych Dzieci i ich Rodziców, skazanych przez ideały pop-psychologii na wieczne niespełnienie.

Jestem wdzięczna Losowi, że zderzyłam się w dziecięctwie z rodzicami o osobowościach mocnych, pełnokrwistych i wielowymiarowych. I wdzięczna Doli, że Ojciec był dla mnie bezkompromisowym – w sprawach zasadniczych – punktem odniesienia.

Dziwne, że przyszło mi żyć w kulturze bezpieczeństwa, w upadłym patriarchacie, dryfującym od ojcostwa ku tacierzyństwu-kolesiostwu; w narracji uparcie mylącej Przodków, Ojca, Matkę, i Dziecko z po ludzku niedoskonałymi ojcami, matkami i dziećmi. No i Super Tata stał się zamiennikiem Mamy. Coś się popsuło, prawda?

Poniżej głos Hillmana (fragmenty) o kulturowej obsesji „ojca nieobecnego” i „sofizmacie rodzicielskim” czyli naszej wierze w determinujący wpływ domu rodzinnego na nasze życie:

„Tato! Jesteś w domu? Nie. Tata poszedł na lunch. I powinien to zrobić. […] Jego zadanie znajduje się gdzie indziej […] ponieważ wartością fundamentalną, jaką wnosi on do rodziny, jest utrzymywanie związków i kontaktów z „gdzie indziej”.

*

Ojcowie od wieków byli nieobecni w domu: brali udział w kampaniach wojskowych; będąc żeglarzami wypływali na dalekie morza, skąd wracali czasami dopiero po paru latach; wędrowali, często zmieniali miejsce pobytu jako poganiacze bydła, podróżnicy, kupcy i handlarze, niewolnicy, piraci, misjonarze, robotnicy sezonowi. Kiedyś tydzień pracy miał 72 godziny. Termin „ojcostwo” bywał i bywa bardzo różnie pojmowany w różnych krajach, klasach społecznych, grupach zawodowych i epokach historycznych. To dopiero dziś nieobecność jest czymś zawstydzającym, uznawanym za naganne i karygodne zachowanie, a nawet takie, które ma charakter kryminogenny. Jako rodzaj zła społecznego, nieobecność ojca jest jednym z ulubionych „palących problemów”, nad którymi namiętnie debatuje się w naszej mającej na wszystko skuteczne remedium epoce, w tym historycznym okresie rozkwitu wszelkiego rodzaju terapii, poradnictwa i programów socjalnych, z których wszystkie starają się naprawić coś, czego nie rozumieją.”

*

„Dochodzę do przekonania, że to sofizmat rodzicielski jako taki stara się przywiązać ducha Ojca do fałszywego obrazu, w wyniku czego jego dajmon nabiera cech demona i energicznie protestuje przeciwko narzucaniu mu tych więzów, starając się zerwać krępujące go postronki. Tata został pochwycony niczym w pułapkę w sztucznym konstrukcie zwanym „ojcostwem w amerykańskim stylu”, stał się niewolnikiem moralnego przykazania, zgodnie z którym ma on być dobrym i miłym facetem, który lubi Disneyland, jedzenie dla dzieci, gadżety, różne opinie na różne tematy oraz dowcipy i żarty.

Ów mdły i uładzony model stanowi jawną zdradę wobec jego wewnętrznego, bezwzględnego anioła, obrazu tego wszystkiego, co nosi on w sercu, przebłysków wspomnień z dzieciństwa, które udało mu się zachować do chwili obecnej, tego, do czego posiadania ma on niezbywalne, przyrodzone prawo. […] Mężczyzna, który utracił swojego anioła, staje się osobnikiem demonicznym; a jego nieobecność, złość i kanapowy paraliż są symptomami, świadczącymi o rozterkach duszy poszukującej swojego utraconego powołania, głosu wzywającego ją do poszukiwania czegoś innego, czegoś poza tym, co „tu i teraz”. Oscylacja ojca między wściekłością a apatią, podobnie jak alergie i zaburzenia zachowania jego dzieci oraz depresje i pełne urazy rozżalenie jego żony, stanowi element pewnego ogólnego, wspólnego dla nich wszystkich schematu – jednak nie „systemu rodzinnego”, lecz systemu swoistej wypaczonej, rabunkowej ekonomii, który, zastępując pragnienie „czegoś poza tym” pragnieniem „więcej tego, co tu i teraz”, przyczynia się do zbiorowego znieczulenia i uniewrażliwienia wszystkich członków rodziny.”

*

„Celem rodzicielskiego wychowania nigdy i nigdzie nie było „szczęśliwe dziecko”. Pracowite, użyteczne dziecko; uległe, dające sobą kierować dziecko; zdrowe dziecko; posłuszne, zdyscyplinowane dziecko; dziecko, które wie jak unikać kłopotów i nie wpadać w tarapaty; bogobojne dziecko; zabawne dziecko – wszystkie te odmiany i warianty, owszem. Jednak sofizmat rodzicielski zastawił na rodziców także pułapkę w postaci obowiązku zapewnienia dziecku szczęścia, podobnie jak zaopatruje się w nowe buty i podręczniki szkolne czy organizuje wspólny wyjazd wakacyjny. Czy ci, którzy sami są nieszczęśliwi, mogą być dostarczycielami szczęścia dla innych? Pamiętajmy, że pojęcie szczęścia ma źródło w starożytnym greckim słowie eudaimonia, które znaczy dosłownie „dobry/zadowolony dajmon”; tak więc tylko dajmon, o którego się dba i który dostaje to, co mu się należy, może zaszczepić w duszy dziecka uczucie, które nazywamy szczęściem. Tak, chcę przez to powiedzieć, że „troska o duszę”, jak napisał Thomas Moore, może wyjść dziecku tylko na dobre.

Jeśli jednak w przypadku rodzica obowiązek stwarzania własnej duszy zostanie zastąpiony obowiązkiem stwarzania duszy swojego dziecka, wówczas rodzic zaniedbuje lub całkowicie uchyla się przed spełnieniem zadania powierzonego mu przez własnego żołędzia [dajmona, geniusza, swojej drogi-dopisek mój]. Rodzic czuje, że jego dziecko jest wyjątkowe i że wobec tego troska o nie, sprzyjanie pełnemu rozwojowi żołędzia w dziecku jest jego powołaniem [… Kiedy dziecko staje się substytutem naszego własnego dajmona, wówczas po jakimś czasie zaczynamy mieć mu to za złe i w konsekwencji żywić doń urazę, a nawet odczuwać wobec niego nienawiść, pomimo wszelkich wysiłków i dobrej woli z naszej strony oraz wysokich standardów etycznych, do jakich się zwykle stosujemy”.

*

„Kiedy twoje dziecko staje się powodem twojego życia, znaczy to, ze całkowicie wyrzekasz się niewidzialnego powodu, dla którego ty tu jesteś”.

*

„Każdy ojciec, który nie chce dosłyszeć słabego głosu swojego geniusza, odwraca się odeń i zamiast tego dokonuje jego transpozycji na małe dziecko, które spłodził, nie może następnie ścierpieć tego, co sam w sobie zaniedbał. Nie potrafi on tolerować idealizmu, który rodzi się w dziecku w tak naturalny i spontaniczny sposób, romantycznego entuzjazmu, poczucia sprawiedliwości, naiwnej uczciwości, wrażliwości na piękno, przywiązania do małych rzeczy i spraw, poszukiwania odpowiedzi na wielkie pytania. Wszystko to staje się nie do zniesienia dla mężczyzny, który zapomniał o swoim własnym dajmonie.

Zamiast uczyć się od dziecka, które jest żywym świadectwem i dowodem tego wszystkiego, co niewidzialne w naszym życiu, ojciec kapituluje przed dzieckiem, zaburza jego proces wzrastania w dół [do świata, do życia- przyp. mój], usadzając je prosto w świecie zabawek. Rezultat: zdominowana przez dziecko, pozbawiona ojca z prawdziwego zdarzenia kultura z dysfunkcyjnymi dziećmi terroryzującymi otoczenie swoimi plastikowymi pistoletami. Niczym wampiry, które tak bardzo je fascynują, dzieci w naszej kulturze – nad którymi albo się roztkliwiamy z powodu ich niewinności, albo je zaniedbujemy z powodu kłopotów, jakich nam one przysparzają – wysysają całą krew z życia dorosłych”.

Continue reading


Nasze wiary powszednie

03234Z ciekawością czekam na to, w jaki sposób Naczelna Superniania Rzeczpospolitej rozwiąże swój dysonans poznawczy. Czy uzna w obronie swojej (zadufanej) twarzy, że rodzice nie są (wszech)władni w kształtowaniu postaw swoich dzieci – podważając tym samym swoje tezy tresera i moc „karnego jeżyka”? Czy uzna się współodpowiedzialną za trudną sytuację syna, trzymając się twardo swojej religii? Tego nie wiem, ale czytając agresywne komentarze internautów do sprawy widzę, jak bardzo jesteśmy zakorzenieni w narracji „to wszystko wina naszych rodziców”.

Przytaczam więc dla otrzeźwienia fragment książki „Tabula rasa”, której autor, Steven Pinker, z lekka irytuje się na  „specjalistów od wychowywania dzieci”, wiary nasze i błędne wnioski z badań korelacyjnych [podkreślenia moje]:

„Dwoje dzieci dorastających w [jednej] rodzinie – z tą samą matką, ojcem, książkami, telewizorami i wszystkim innym – powinno być do siebie bardziej podobnych niż dwoje dzieci wychowywanych w dwóch różnych rodzinach. Ustalenie, czy rzeczywiście tak jest, stanowi test niezwykle bezpośredni i wiarygodny. Nie opiera się on na żadnej hipotezie dotyczącej tego, co muszą zrobić rodzice, żeby zmienić swoje dzieci, ani w jaki sposób dzieci reagują na działania rodziców. Jego wynik nie jest również zależny od tego, z jaką dokładnością mierzymy środowisko rodzinne. Jeżeli którekolwiek działania rodziców wywierają na ich dzieci jakikolwiek systematyczny wpływ, to dzieci dorastające z tymi samymi rodzicami powinny być do siebie bardziej podobne niż dzieci wychowywane przez różnych rodziców.

A jednak tak nie jest. Przypomnijmy sobie odkrycia naukowe potwierdzające drugie prawo genetyki behawioralnej [brak istotnego wpływu środowiska wspólnego– dop. mój]. Rodzeństwo dorastające w jednej rodzinie nie jest do siebie bardziej podobne niż rodzeństwo rozdzielone tuż po urodzeniu. Rodzeństwo adopcyjne nie jest do siebie bardziej podobne niż para losowo wybranych nieznajomych. Wreszcie, podobieństwo między rodzeństwem można przypisać działaniu wspólnych genów. Żadna z tych różnic pomiędzy rodzicami i rodzinami nie wywiera więc trwałego wpływu na osobowość ich dzieci. Mówiąc bez ogródek, większość rad udzielanych rodzicom przez specjalistów od wychowywania dzieci to po prostu bzdury. Continue reading


Matka na uwięzi

img_2198Zwrócił moją uwagę wywiad z psychoterapeutką Olgą Kersten-Matwin  „Uwolnić matkę” oraz komentarze do niego. W wywiadzie padają ważne słowa, które wzbudziły oburzenie ideologów spod znaku „kształtują nas rodzice”:

„Powiem pani, że mam dość słuchania o toksycznych rodzicach i o tym, co zrobić, by się z tych „toksycznych” kontaktów uwolnić. Takie podejście wyrządza krzywdę naszym relacjom z matkami i ojcami. Ludzie szukają winnych swoich porażek – niepowodzeń, zachowań, a nawet kompleksów – na zewnątrz. W ten sposób zwalniają się z obowiązku zajęcia się sobą i własnym życiem… przeciwstawiam się temu wpędzaniu matek w poczucie winy. Lubimy się w ten sposób usprawiedliwiać, powiedzieć na przykład: „Byłam zdominowana przez matkę, a teraz boję się szefa”, „Ona mnie krytykowała, więc to jej wina, że nie wierzę we własne możliwości”, „Całe życie buntowałam się przeciwko matce, teraz nie radzę sobie w związkach z innymi ludźmi”. Nie zdajemy sobie sprawy, że przerzucenie na innych odpowiedzialności za to, jakie jesteśmy, sprawia, że stoimy w miejscu i się nie rozwijamy. Ale obwiniamy, bo nie umiemy inaczej albo jest nam tak wygodniej.” Continue reading


Cep w klatce

img_7927Tomasza Stawiszyńskiego ceniłam za felietony w Newsweeku. Krytyczny, rozsądny, gorzki, czasem przewrotny głos o pop-kulturze, papkowatej pop-psychologii, o oszustwie psychoterapii. „Dusza, empatia i realizm” jak pisze o swojej (a raczej Jamesa Hillmana) alternatywnej wizji. Choć nie ze wszystkim się zgadzam (np. nie mam uwielbienia do psychologii głębi, psychologii procesu, słowa „dusza” i cierpiętnictwa) i kiedyś się z panem Stawiszyńskim trochę poboksuję, dziś zamieszczę fragmenty jego książki „Potyczki z Freudem”, pod którymi (fragmentami, nie potyczkami) podpisuję się całym sercem.

I robię to z ciężką osobistą myślą, że inspirują mnie coraz to młodsi mężczyźni…

****
„Chodzi o to, że (ten) freudowski schemat- tak silnie zakorzeniony we współczesnej psychologii i kulturze- to w istocie konstrukcja przypominająca budową cep. A cep-jak to cep- budowę ma więcej niż prostą.

Cep mówi: jesteś wypadkową tego, co spotkało cię w dzieciństwie. Jesteś wypadkową okoliczności, których już nic już nigdy nie będzie w stanie zmienić, bo nic już nigdy nie będzie w stanie zmienić przeszłości.

Cep mówi: jesteś efektem. Continue reading


Bo to zła kobieta była

2581Schizofrenia jako rezultat toksycznych oddziaływań rodzinnych. Znane, prawda? Pisze  psycholog, entuzjasta psychologii głębi, na swoim blogu:

„Swoją drogą nie jest też przypadkiem, że ktoś choruje na schizofrenię, ponieważ ten poziom odrealnienia jest pokłosiem wcześniejszych doświadczeń, takich jak podwójne wiązanie czy fałszywe „ja”, opisane wnikliwie przez szkockiego (anty)psychiatrę Rolanda Lainga.”

Cóż, nie po raz pierwszy psycho-kit nawiązuje do wypowiedzi osób, które powołują się na swoje wykształcenie psychologiczne, a wciskają nam  … kit właśnie.

Zła Pierś, Zła Matka, zimna i despotyczna, odrzucająca dziecko nie wprost (podwójna komunikacja) i słaby ojciec, z którego zła matka przenosi swoje nieuświadomione erotyczne zainteresowania na dziecko – oto „rodziny schizofrenogennej” portret własny. Nie tylko, bo podobne – emocjonalnie zimne i odrzucające – miały być matki dzieci z zespołem Downa czy autystycznych. Takie koncepcje, które finalnie okazały się nieprawdziwe, w niczym osobom chorym psychicznie nie pomogły a zdecydowanie skrzywdziły ich rodziny. Bardziej niż wiara w dziwożony i mamuny.

Nie chodzi o to, że zjawisko podwójnego wiązania nie istnieje, że nie ma chłodnych emocjonalnie matek, ani też o to, że poziom stresu nie jest podwyższony w rodzinach obarczonych wychowaniem chorego dziecka. Ważne to, że takie „wcześniejsze doświadczenia” nie są prognostykiem ani przyczyną powstania takich chorób. Trudno więc – wracając do cytatu pana psychologa – mówić tu o jakimś „pokłosiu” (wczesno)dziecięcych doświadczeń. Stan współczesnej nauki – jakbyśmy bardzo tego nie chcieli w naszych pobożnych życzeniach – wskazuje raczej na czynniki biologiczne niż środowiskowe jako odpowiedzialne za nasze zaburzenia i zdolności.

Profesor Steven Pinker w walce z głęboko zakorzenionym mitem „czystej tablicy”: Continue reading


Sarna w korporacji Gattaca

W Sajgonie, pięknej, starej części Ho Chi Minh, jest muzeum wojny wietnamskiej a w tym muzeum wojenne fotografie. Pamiętam kilka, między innymi tę, która ponoć obiegła świat, gdy byłam dzieciakiem.  Zdjęcie (własność Muzeum) przedstawiało przepływającą rzekę matkę z kilkorgiem dzieci: wystraszoną, spłoszoną, czujną, podobną do zagnanej na bagna, przerażonej sarny.

Zdjecie_roku_1965._Qui_Nhon_Wietnam_Poludniowy_wrzesien_1965_r._Matka_z_dziecmi_ucieka_przed_amerykanskim_bombardowaniem___Kyoichi_Sawada_Japan

 

O tej fotce pomyślałam czytając doniesienia prasowe o pani, która ukrywała się z czwórką swoich dzieci przed wykonawcami wyroku sądowego. Sąd orzekł, że samotna matka, która w przeszłości „leczyła się na depresję”  i jest w ciężkiej sytuacji materialnej (brak alimentów) jest niewydolna wychowawczo.  Uciekinierkę z dzieciakami wyniuchała sprawnie policja i teraz te, zapewne szczęśliwe, śpią w nowych łóżeczkach w bidulu. Jak rozumiem,  samotna matka bez środków do życia powinna skakać z radości i nie obarczać świata, a zwłaszcza dzieci, swoimi (!?) kłopotami. Continue reading


Niezborny protest song o niebezpieczeństwie etykietowania

09_img_6498

Przyznam się szczerze, że szlag mnie trafia, gdy co rusz natrafiam na przekonanie, że nasze charaktery determinuje dzieciństwo. Czarno mi się robi przed oczami z wściekłości, gdy czytam, że „nie da się przepisać skryptów rodzinnych”, „osoby z domów dysfunkcyjnych nigdy nie będą żyły „pełnią życia” jeśli nie „przepracują urazów”; że „zaniedbane dzieci nie dają sobie rady w szkole”, że „dzieci z domów przemocowych odstają od grupy”, „DDA zachowują się nieadekwatnie” czy „twoje relacje z szefem wynikają z relacji z ojcem”. Może tak, może nie, nie wiemy, człowiek jest kształtowany przez wiele czynników. To wszystko byłoby zabawne, gdyby kończyło się na upraszczających świat wypowiedziach pop-psychologów. Jednak te schematy poznawcze pulsują, wpływają na nasze postrzeganie świata, decyzje.

Etykiety ranią i zmieniają percepcję. Continue reading