Nieudana terapia (3)- Źródła niepowodzenia

sur-2

Cześć pierwsza

Cześć druga

Już niektórych z nas wytresowali w myśleniu, że jeśli w terapii „idzie coś nie tak”  to wszystko z winy klienta. Bo jest głupi, ma nierealistyczne oczekiwania,  jest leniwy w „pracy”,  jest „trudny” i „oporny”,  nie chce,  nie rozumie „procesu”,  nie przyjmuje „prawdy” o sobie,  jest „nieszczery”, ba! w podtekście grzeszny, bo w konfesjonale/gabinecie oszukał przemilczeniem Boga-terapeutę… etc, etc. Gwoli sprawiedliwości zauważę, że bzdurki typu „sam sobie jesteś winien” (co jest de facto wyrażoną złością na bezradność i bezładność procesu) podtrzymują nie tyle sami terapeuci, co ich akolici utożsamiający się z narracją terapeutyczną i broniący od upadku w swoich oczach obrazu „dobrego terapeuty”.

Jeśli „poszło coś nie tak”, można też uderzyć drugą stronę: w certyfikaty, szkolenia, superwizje – czyli papierowy konkret. Ja osobiście – przyznam się bez bicia – jestem cięta na panie i panów, którzy urwali się z korporacji, pragną „pomagać ludziom” lub też wzięli się za eksperymenty,  będąc w „szkoleniu” (lub i nie) bez ukończonych studiów psychologicznych.

Tak jak nie da się jednoznacznie opisać procesu „terapii” czy zdefiniować „nieudanej terapii”, tak i nie da się wskazać jednej przyczyny terapeutycznego niepowodzenia. Tym niemniej zamieszczę znów kilka fragmentów „Nieudanej terapii”, podśmiewając się nieco z tych, co wierzą w boskość i wszechmoc  terapeutów (przecież, o bogowie! często znudzonych, bezradnych, ogłupionych, trzymających się swoich „modeli” jak pontonu). Oto – mam nadzieję, że szczere, bo moim zdaniem trafne – spojrzenie amerykańskich terapeutów na źródła błędów w swojej pracy:

J.A Kottler:

Nuda. Męczy nas rutyna. Podobne historie słyszeliśmy już wcześniej. Klient po raz enty powtarza to samo.

Poczucie zagrożenia. Z tym, co pojawia się na sesji, czujemy się za bardzo jak w domu. Coś przywołuje nasze własne problemy. Przypomina o rzeczach, które wolelibyśmy pozostawić w spokoju.

Sprawy osobiste. Naszą uwagę odciąga coś, co aktualnie dzieje się w naszym  życiu […] Przechodzimy przez jakąś osobistą traumę, moment przełomowy albo kryzys.

Lenistwo. Po prostu nie chce się nam angażować sporych ilości energii niezbędnych do tego, żeby zachować skupienie.

A.A Lazarus:

W przeszłości miewałem tendencję do zbyt szybkiego wkraczania do akcji, bez uzyskania pełnego obrazu sytuacji. Paplałem, nim zebrałem wszystkie znaczące fakty. … Trzeba potwierdzać trafność tego co się mówi, żeby mieć pewność, że się osiągnie cel. Jestem pewny, że wśród znanych mnie i wam terapeutów nie wszyscy kierują się tym nakazem. Obserwowałem wiele razy, jak niektórzy już po minucie wyciągali wnioski i to prawie zawsze błędne. Oni nie usłyszeli swoich klientów.

R.Schwartz:

… [terapeuci] patrzą na ludzi przez pryzmat DSM, traktując ten podręcznik diagnostyczny jak biblię. Znaczna część tego, co następuje później działa jak samospełniająca się przepowiednia.

Zamiast stale koncentrować się na na klientach, powinniśmy zagłębić się w siebie i sprawić, co możemy zrobić, by do nich powrócić. Wielu terapeutów nawet nie zauważa, gdy coś się z nimi dzieje.

Z pewnością jedną z rzeczy, do których mają skłonność terapeuci w trudnych momentach, jest obwinianie klienta, że przejawiają opór albo że sprawiają trudności. Poza tym lubią przyklejać klientom etykietki, takie jak „z pogranicza”, „narcystyczny”, „histeryczny”.

W. Glasser:

Wcześniej zdarzało mi się zasypiać podczas sesji. No to z pewnością podałbym jako przykład błędu. Gdy rozmawiałem o tym z superwizorem, powiedział mi: „jeśli klient nie potrafi cię rozbudzić, to pal licho, śpij!”.

F. Shapiro:

Nigdy więcej nie pozwoliłabym na to, by ktoś inny stawiał diagnozę klientowi, z którym mam się spotkać. Nie dopuściłabym do sytuacji, w której nie mam czasu, żeby zastosować procedurę przygotowania do terapii. To potwierdza potrzebę przestrzegania procedur, spisywanych przeze mnie od lat, w których kładę nacisk na nieczynienie żadnych założeń dotyczących żadnego przypadku.

F. Pittman:

W swojej karierze wielokrotnie popełniał pewien błąd. Wierzył, że klient naprawdę chce się zmienić. Należy unikać założenia, że ci ludzie wiedzą, co robią źle, zdają sobie sprawę z własnych błędów i zwracają się do ciebie o pomoc by dokonać zmian.

Terapeuci „masażyści” wiedzą tyle, że relacja terapeutyczna ma dawać pociechę i poczucie bezpieczeństwa. To nie jest terapia i to nie jest podejście terapeutyczne. Jeśli utrzymujesz ludzi zbyt długo w tym stanie, wyrządzasz im wielką szkodę. Pozbawiasz ich mocy.

S.Gladding:

Terapeuta , który zdobędzie pewną pozycję zawodową jako autor bądź mówca, ma jeszcze więcej do stracenia. Można mieć wrażenie, ze terapeuci chcieliby być superludźmi, że tworzą mity na własny temat i zaczynają w nie wierzyć.

S. Johnson:

Oczywiście to, co uważa się za błąd zależy od stosowanego modelu. Na przykład z mojego punktu widzenia podejście stosowane w terapii skoncentrowanej na rozwiązaniach jest błędne za względu na swoją powierzchowność. Tak naprawdę nie dociera do sedna problemu.

Jeden z mitów na temat pracy terapeutów zakłada, że jeśli są wystarczająco bystrzy, przykładają się do studiów i pracy, szkolą się i poddają superwizji, mają dostateczną liczbę godzin praktyki, to zawsze będą w stanie zrozumieć, co dzieje się z ich klientem. Jeśli nie uda im się to w czasie terapii, z pewnością dojdą do tego do tego później, po głębszym i dłuższym zastanowieniu. Rzeczywistość jest znacznie bardziej złożona: w wielu przypadkach po prostu nie wiemy, co się wydarzyło, co poszło nie tak i jaką rolę my sami odegraliśmy w tym niepowodzeniu.

R.B Stuart:

Zakładanie że nasz wewnętrzny model roboczy, czyli nasz obraz świata, z jakiegoś powodu jest miarą prawdy w życiu, to uderzający przejaw narcyzmu. Tak jak inni terapeuci prowadzę niekończącą się walkę z samym sobą, żeby nie narzucać klientom własnych poglądów i przekonań, którymi przez lata kierowałem się przy podejmowaniu decyzji.

Continue reading


Nieudana terapia (2) – Bezradność Młodej Lekarki

dali19
Cześć pierwsza: tutaj
Definicja złej terapii czy błędu? Trudna do ustalenia, choć zgodzimy się, że bywają i złe terapie i błędy. Czy to poczucie krzywdy klienta? Pogorszenie stanu – subiektywne, obiektywne? Brak zmiany? Uporczywa, przedłużana terapia? Niezadowolenie otoczenia klienta z rezultatu? Brak satysfakcji terapeuty z procesu i swojego zaangażowania? Zła ocena superwizora?

Kilka fragmentów z „Nieudanej terapii” – wypowiedzi praktykujących terapeutów dotyczące złej terapii:

A.A Lazarus:

..na pierwszym miejscu stawiam brak empatii u terapeuty. Nie pojawia się współczucie.

Nieudana terapia to ośmieszanie lub znieważanie klienta przez terapeutę albo używanie destruktywnego krytycyzmu. Innym klasycznym przykładem złej terapii jest zaniechanie stosowania empirycznie sprawdzonych technik w sytuacjach tego wymagających.

W. Glasser

Dla mnie terapia jest zła wówczas, gdy terapeuta przekazuje komunikat: „Jesteś psychicznie chory. Beze mnie nic z tym nie zrobisz”. Terapia jest nieudana wówczas, gdy komunikujesz klientowi, że potrzebuje pomocy i tylko ty możesz mu pomóc. „Coś jest z tobą nie tak, ale nic z tym nie zrobisz, o ile nie zwrócisz się do mnie”.

Postrzegał nieudana terapię jako taką, która wzmaga natężenie przeżywania i ekspresji emocji u klientów, ale nie wzmaga ich poczucia własnej mocy.

F. Pittman:

Dobra relacja terapeutyczna powoduje więcej złego niż każde inne działanie terapeuty. Sprawia, że [pacjenci] myślą o sobie jako tych, którym brakuje pewnego rodzaju mocy, a tę moc ma terapeuta.

S. Johnson:

Doświadczenie to nauczyło Susan Johnson, że terapia jest nieudana nie tylko wtedy, gdy stosowany przez nas model nie przynosi efektów, ale także wtedy, gdy nie mamy innego modelu, po który moglibyśmy sięgnąć. Zdajemy sobie sprawę, że klienci potrzebują czegoś więcej niż to co im oferujemy, lecz nie potrafimy ustalić czego dokładnie.

L. Sperry:

Większość terapii regresywnych prowadzonych z osobami, które nie mają spójnego Ja, to terapie nieudane. Zła jest każda terapia w której jedna lub dwie strony ponoszą szkodę. Sadzę też, że stosowanie pewnych rodzajów terapii bywa szczególnie nierozważne, zwłaszcza w sytuacji, gdy danego  klienta wyjątkowo łatwo zranić i nie jest on w stanie świadomie zdecydować o swoim udziale w leczeniu

S.D. Miller:

Poprawa u klienta niekoniecznie wynika z samej terapii. Uznaję to za porażkę. Duży odsetek klientów odczuwa samoistne polepszenie, które następuje niezależnie od interwencji mojej lub innych terapeutów. Taką sytuację definiuję jako porażkę, ponieważ terapia w najmniejszym stopniu nie przyczyniła się do tego, co i tak wydarzyłoby się przez przypadek, z powodu dojrzewania klienta albo ze względu na upływ czasu.

Zmiana na gorsze następuje w kontekście naszej relacji i jest większa niż zmiana, która mogłaby nastąpić wskutek przypadku. Takie sytuacje określam jako prawdziwe porażki: coś, co zrobiłem lub to,  że czegoś nie zrobiłem, negatywnie wpłynęło na klienta

R.B Stuart:

Nieudana terapia nie pozwala zrealizować wszystkich celów albo założonego celu na oczekiwanym poziomie. Może spowodować pewne pozytywne zmiany, jednak nie w zakresie, który można by osiągnąć, gdyby została lepiej zaplanowana lub przeprowadzona. Jej marne rezultaty opóźniają nadejście zmiany, przez co klient traci czas i pieniądze a być może także chęć szukania pomocy u innych terapeutów

Uderza mnie to, że każdą z tych definicji ad hoc da się podważyć a owo podważanie zależne będzie od przyjętego modelu psyche i procesu „leczenia”. Rzekomo błędny brak empatii wyśmieje psychoanalityk, który współczucia jako Głos nie okazuje – bo i po co?; ośmieszanie wyśmieje znów terapeuta prowokatywny, bo właśnie tym się posługuje jako narzędziem. Dziecięcą zależność zwaną przeniesieniem, rzekomo konieczną do „wyleczenia” według terapeuty psychodynamicznego, skrytykuje terapeuta z nurtów behawioralnych czy humanistycznych.  Umieszczenie mocy boskich w osobie terapeuty – toż bez tego nie ma samospełniającej się przepowiedni a tym samym – samouleczenia… Podważanie wagi „dobrej relacji” czy „empatii” to herezja, bo jest to „wspólny czynnik leczący”, choć przecież w realu pożądaną zmianę psychiczną da się osiągnąć także bez tego… Czy możliwe jest określenie w jednostkowym przypadku, w ilu procentach zmiana dokonała się dzięki obecności terapeuty a w ilu – czynników pozaterapeutycznych, w tym losowych, niezależnych od klienta- jak to więc porównać? Co, jeśli klient nie osiągnie wytyczonego celu a mimo to jest zadowolony z terapii? Continue reading


Nieudana terapia (1) – Nie ma darmowej zupy

ciac582oSzkoda, że na polskim rynku wydawnictw pop-psychologicznych nie ukazała się (chyba? jeszcze? coś mnie ominęło?) podobna książka, odbrązowiająca medialny obraz psychoterapii. „Nieudana terapia” porusza temat błędów popełnianych przez terapeutów (celebrytów, autorytetów, żeby było jeszcze bardziej medialnie) oraz próbuje zdefiniować co właściwie stanowi „nieudaną terapię”. Książka jest – oczywiście – skierowana do terapeutów, choć tak naprawdę wydaje się pozycją popularną, laikowi bardzo przystępną. No, i -osadzona w kulturze amerykańskiej – kończy się happy endem: założeniem, że każdy błąd jest okazją do poszerzenia doświadczenia. Z niektórych stron wieje wręcz bzdurką  w stylu: „nie ma błędów, są tylko informacje zwrotne”. Nie znamy historii osób, które przez terapeutów zostały poszkodowane, nie znamy ich wersji wydarzeń. Niestety, za te bezcenne „informacje zwrotne” ktoś musiał zapłacić bólem i pieniędzmi.

 Nie ma darmowej zupy.

Kottler i Carlson uczłowieczają jednak terapię. Ich książka nie pokazuje jej jako obowiązkowo zakończonej sukcesem drogi do wiecznego szczęścia, co ma nagonić klientów pragnących „rozwoju osobistego” i nakręcić samospełniającą się przepowiednię. Z książki wyłania się inny obraz: terapia jako pewien eksperyment, niezrozumiały w pełni proces, nad którego przebiegiem czasem nie panuje nikt. Ludzkie spotkanie dwu bezradnych osób, gdzie ten, który ma stanowić pomoc popełnia błędy, waha się, dąży do swoich ideałów i choć stara się wykonać dobrze swoją robotę – ona go często przerasta. Co nie dziwne, bo robota to brudna w gównianej materii ludzkiego podziemnego życia. Mowa jest o terapeutach ludzkich: zanudzonych, nieobecnych, śpiących na sesjach, snujących ukradkiem erotyczne fantazje, terapeutach wkurzonych i wypuszczających czasem parę zza maski poprawności. O terapeutach gwiazdorzących kosztem klientów, kłamiących w superwizji. O medialnych zgrywusach. O terapeutach bezsilnych, zaskoczonych procesem i reakcjami klienta, obojętnych, wypierających swoje błędy, racjonalizujących je, wchodzących – nieświadomie i jakże po ludzku – w pozycje obronne niczym zestresowana i bezradna kasjerka hipermarketu czy produkujący dupokryjki korpolud. Continue reading

Narcyzm terapeutów

Arthur Freeman, profesor psychologii, psychoterapeuta poznawczo-behawioralny, o przejawach narcyzmu terapeutycznego. z13522500Q,Narcyz

” – Weźmy technikę interpretacji. Jaką posiedliśmy mądrość, skoro twierdzimy, że wiemy, o czym myślą nasi klienci? Z perspektywy terapii poznawczo-behawioralnej oczywiste jest dlaczego stosujemy dialog sokratejski. Nie mówimy do klienta „Wydajesz się rozgniewany”, ale „Twoja twarz ma pewien wyraz. Co on oznacza? Jakbyś opisał go słowami?” W rzeczywistości klient wcale nie musi być rozgniewany, może natomiast być wkurzony, co dla niego oznacza coś zupełnie innego.

– Terapeuci lubią interpretować, bo wtedy mają poczucie robienia czegoś pomocnego. Nie lubię stosować interpretacji, bo tak naprawdę wyrasta ona z narcyzmu terapeutycznego, który mówi „Ja wiem, co ty myślisz”. A kiedy klient powie „nie, to nie to” określamy jego zachowanie jako opór.

Prezentem […] Freemana była wyciągnięta z komputera ułożona przez niego lista przejawów narcyzmu terapeutycznego.

Będąc narcystycznymi terapeutami, sądzimy, że:

Continue reading


Ostrzeżenie

indeks

Tytułem ostrzeżenia opowieść anonimowej pacjentki o tzw. „psychoterapii” u pewnego sympatycznego profesora w pięknym mieście Lublinie. Nie da się ukryć: klienci boją się podawać personaliów pseudo-terapeutów i otwarcie wygłaszać opinie na temat ich pracy. Jak nas już wytresowano przez 25 lat wolności, mówienie „nie” i wprost to przecież mowa nienawiści, bunt, trolling, hejt i podłe pomówienia.

Ja mam to gdzieś a że jestem z natury aspołeczna, cytuję wprost takie na-wpół-ostrzeżenie, będące w zasadzie szeregiem wątpliwości. W sumie dotyczy zawodu -o ironio- zaufania publicznego.

Podkreślenia moje, źródło tutaj: Continue reading


Nie mamy pańskiego płaszcza…

…I co pan nam zrobi?

Marzę o napisaniu kiedyś w psycho-kit czegoś optymistycznego. Niestety, w tym wpisie jedyną optymistyczną rzeczą jest znowu ostrzeżenie: komuś przytrafiło się coś przykrego i uważajcie! A owo „uważajcie” dotyczy terapii par czyli wyższej szkoły jazdy. Bo to wcale niełatwa sztuka: dwie historie życiowe, dwa nieszczęścia, gierki spojone konfliktem i jedna głowa, żeby to rozplątać. Przed głową potrafiącą rozplątać chylę czoła.

Czasem – niestety – ta głowa nie taka. I rozpoznanie przemocy psychicznej to też górna półka a trafia się na niższą.

Zasady

z tekstu Małgorzaty Wolskiej „Wskazania i przeciwwskazania do terapii małżeńskiej/terapii par” [PSyCHOTERAPIA 4 (155) 2010 http://www.psychoterapiaptp.pl/uploads/PT_4_2010/Wolska73_PT4_2010.pdf „:

„Główne cele terapii małżeńskiej/par można określić jako:

  • pomoc małżeństwu/parze w rozpoznaniu źródeł konfliktu;
  • pomoc w konstruktywnym rozwiązaniu konfliktu;
  • poprawę wzajemnej komunikacji werbalnej (aby zapobiec dalszym nieporozumieniom) i niewerbalnej (aby łatwiej i bardziej jednoznacznie wyrażać uczucia);
  • pomoc partnerom w uświadomieniu sobie wzajemnych oczekiwań;
  • pomoc w podjęciu decyzji o kontynuowaniu związku lub rozstaniu się (uwaga: odpowiedzialność za tę decyzję leży wyłącznie po stronie małżonków/partnerów);
  • pomoc w określeniu zasad funkcjonowania związku, pełnienia ról. „

„Terapii małżeńskiej/par nie proponuje się w sytuacjach:

  • kiedy pomiędzy partnerami dochodzi do przemocy;
  • kiedy u jednego (lub obojga) partnerów występuje choroba psychiczna lub problem
    uzależnienia;
  • kiedy jeden partner (lub oboje) pozostają w podwójnych związkach i nie są wstanie
    na razie z żadnego zrezygnować;
  • kiedy jedno z nich lub oboje podjęli już decyzję o rozwodzie (niezależnie od tego, czy złożyli pozew rozwodowy w sądzie, czy też nie)”.

„Do wymienionej listy przeciwwskazań do terapii małżeńskiej można dodać zastrzeżenie wymieniane przez niektórych autorów, że czasami zdarza się, iż terapia małżeńska/ par może odsłonić indywidualne problemy jednego z partnerów, uaktywniając u niego konflikt psychiczny istniejący już od dawna. W takiej sytuacji nie należy kontynuować terapii małżeńskiej/par, tylko podjąć pracę nad zmotywowaniem osoby z nierozwiązanym konfliktem psychicznym do podjęcia psychoterapii indywidualnej”.

Przeciwwskazaniem do prowadzenia terapii par jest także aktualny kryzys relacyjny terapeuty.

***

Poniżej: krytyczna relacja

z pewnej terapii par. Inaczej: przegląd takich zachowań terapeutki, które każdemu- w terapii indywidualnej czy par – powinny zapalić czerwoną lampkę i nasunąć refleksję czy aby na pewno płaci za terapię a nie za pogaduszki.

Terapeutka (nazwijmy ją panią Ulą B.) – była (?) pracownica krakowskiej Pocieszki i WTZ.
Właśnie do drzwi jej gabinetu zapukała Sylwia, uwikłana w związek przemocy psychicznej. Klientka skołowana co do intencji i zachowania swojego partnera, pragnąca „pracować nad relacją”. Na terapii nastąpił kołowania ciąg dalszy, choć klientka postawiła przed terapią jasny cel: zrozumienie, co się dzieje w jej związku.

Ramy terapii: kilka miesięcy, co najmniej kilkanaście konsultacji, sesje cotygodniowe. Na stronie terapeutki pełen pakiet: ukończona psychologia, szkolenie psychoterapeutyczne, superwizja. Nie było powodu podejrzewać, że jest hochsztaplerką”, pisze nasza bohaterka.

A dalej? Co mnie uderzyło w jej relacji? Ano to, że klientka bała się wypowiedzieć i otworzyć. Cała relacja usiana zdaniami: „byłam w szoku”, „bałam się odezwać”, „nie czułam się zrozumiana”, „nie wiedziałam co powiedzieć”, „poczułam się paskudnie”, „myślałam, że wiemy w czym problem”, „nie byłam w stanie powiedzieć wprost”, „poczułam się atakowana” etc. Można by uznać, że to takie tam subiektywne żale o niezrozumienie – i jasne jest, że występują w każdej relacji, terapeutycznej także. Moim zdaniem, coś jednak poszło nie tak, jeśli klient wychodzi z poczuciem, że jego problem jest niezrozumiany a terapeuta/autorytet pogłębia swoją postawą uraz. Niektórzy pójdą na łatwiznę i pomyślą, że klientka jest nadwrażliwa a jej problem będzie się powtarzał przy każdym wejściu do gabinetu. Ale właśnie w prostowaniu takich powtarzalnych schematów specjalizują się przecież terapeuci.

Co znamienne: rezultatem owego terapeutycznego kontaktu (i innych podobnych) jest zdecydowana odmowa klientki skorzystania z jakichkolwiek konsultacji psychologicznych.

***

Fachowe zalecenia

jak powinna być prowadzona terapia par koncentrują się wokół kilku punktów: neutralność, ostrożność, nieuleganie stereotypom, brak doradzania, samoświadomość, czas i uważność: mowa jest

o „czuwaniu nad zachowaniem neutralności”, Continue reading


Talent

W nawiązaniu do informacji, że jedynie 30% zarejestrowanych „psychoterapeutów” jest w nadwiślańskim kraiku certyfikowana (a jakość samych certyfikatów żałosna) stary ale jary komentarz w postaci pieśni starożytnej. Prześmiewczej (postawię kropkę nad i, gdyby ktoś nie pojął treści) lecz dziś, w czasach „tworzenia siebie i osiągania celów” branej na serio-serio.

Tak jak na serio-serio jest oferta dzieciaka oferującego na poważnym portalu… psychoanalizę i terapię grupową.

Drogi kliencie, nie da się ukryć: wchodzisz do gabinetu z napisem „psychoterapia” na własną odpowiedzialność i nie licz na to, że ktoś Ci pomoże w razie komplikacji. Bo „psychoterapia”, „psychoanaliza”, „terapia grupowa” nie mają żadnego odnośnika w rzeczywistości. Zamiast rzeczywistości jest pijar i to właśnie kupujesz.

Pieśń zamieszczam ze specjalnymi pozdrowieniami dla wszystkich gówniarzy sprzedających „empatię”. To dobry biznes w naszych systemowych czasach. A talent do biznesu to dziś mus! Chapeau bas.

 

Stoję przy mikrofonie,
niech mnie który przegoni,
różne sceny, brygady,
już nie dadzą mi rady
bo ja się wcale nie chwalę
ja po prostu niestety mam talent.

Jak człowiek wierzy w siebie,
to cała reszta to betka,
nie ma takiej rury na świecie,
której nie można odetkać
wejść na estradę i zostać,
cała reszta to rzecz prosta.


To wilki

wilcze_kly[stan witryn na dzień: 24.03.2015]

Gdy czytam dzieła takie jak ten timu Górczyńska/Kołodziej to zbliżam się niebezpiecznie do szaleństwa. Pan Dawid Karol Kołodziej jest samozwańczym psychoterapeutą i kołczem (prowadzi Prywatny Gabinet Terapii Psychopedagogicznej i Psychoterapii), osobą ożywioną niezgłębionym pragnieniem ratowania ludzkości. W radach pisanych do abczdrowie.pl, występuje jako „zaufany  specjalista” i wyszukuje się jako „lekarz”. Jego udział jest rangowany w obszarach: „pedagog”, „konsultacje psychologiczne”, „wywiad psychoseksuologiczny” i „badanie psychiatryczne”. Jednym słowem: radośnie i w jednej osobie boskiej zastępuje wyszkolonych terapeutów, psychologów, seksuologów, neurologów, psychiatrów i lekarzy medycyny specjalności wszelakiej. Ta piękna humanistyczna działalność, wypływająca z braku uregulowań prawnych psycho-zawodów,  ma jeden zasadniczy feler: pan Kołodziej nie ma odpowiedniego wykształcenia ani wiedzy by to robić. Legitymuje się licencjatem z resocjalizacji/pedagogiki zrobionym w Wyższej Szkole Edukacji Zdrowotnej i Nauk Społecznych w Łodzi, mizernej prywatnej szkółce, jakich wiele teraz. Pisząc wprost: ten sympatyczny pan, interesujący się „fantazy i urodą”, sprzedający czułe „rozumienie człowieka”, daje rady dla użytkowników niebezpieczne lub bezwartościowe (tak, jest pani chora i musi iść do lekarza), nie mając pojęcia ani o psychopatologii ani o medycynie. Ani też o fantazyjnych podrygach swojego rozdętego do granic niemożliwości ego. Bowiem, jak sam pisze pompatycznie, pragnie POMAGAĆ (twierdząc tak, nie przeszedłby nawet rozmowy wstępnej na psychologię). Pomaga więc, prowadząc obok szerokiej działalności, „psychoblog społeczny”.  I pomaga, wyrzucając z niego domniemanych „hejterów” czyli osoby nie zgadzające się z jego prostym sposobem myślenia.  Pomaga, banując, blokując, grożąc i milcząc wobec krytycznych uwag co do jego publicznej działalności pseudo-psychologicznej. No, cóż, mamy wolność słowa, w której każdy „terapeuta” (ho, ho!) może zamknąć komuś gębę jednym telefonem do kolesia.

****

Ale dziś o głośnym już artykule popełnionym przez równie sympatyczną jak pan Dawid Aleksandrę Górczyńską, która – na blogu Dawida Kołodzieja- poucza „społeczeństwo,” czym jest depresja (podkreślenia moje, bo to mój blog). Pani Górczyńska jest studentką pedagogiki. Ze zdjęcia wnioskuję, że młodą dziewczyną, która dzieli się na społecznym psychoblogu pana Kołodzieja głębokimi refleksjami. O depresji pisze wzruszająco: „Choćbyś chciał niejednokrotnie nie jesteś w stanie opisać bólu, który w Tobie siedzi. On nie jest jak inne, nie obejmuje do końca Twojego ciała, masz wrażenie jakby siedział w Twojej głowie,  prawdopodobnie najgorszy jakiego jesteś w stanie doświadczyć. A to jeszcze nie wszystko, bo często w parze przyłączają się stany lękowe, jedno za drugim się nakręca, można by nazwać to błędnym kołem.” Tu uroniłam łzę i poczułam się fatalnie. Resztki rozsądku podpowiedziały, że w zasadzie nie wiadomo, o czym  czytam: melancholijce, chandrze, żałobie czy depresji endogennej.

„Chciałabym tu wspomnieć, że depresja łączy się ściśle ze stresem,  napięciem o którym wspomniałam powyżej” kontynuuje Autorka – „Ale jak to działa? Objawów jest tak naprawdę wiele, obejmują one większość układów, jak nie wszystkie. Częstym z nich jest problem z żołądkiem, lekarz może pomyśleć, że to wrzody.  Owszem, trzeba to sprawdzić poprzez badania, jeśli jednak one nic nie wykryją, możemy stwierdzić, że problem nie siedzi w naturze fizycznej.” Nie wiemy, jak działa (tj jak stres łączy się z „depresją”), bo Pani zamienia to na pytanie retoryczne. W każdym razie młode dziewczę z wiedzą uliczną objaśnia: lekarze to idioci, którzy na ból brzucha od razu wystawią diagnozę „wrzody” (które zresztą nie są wynikiem działania stresu a bakteryjki helicobacter pylori) a potem rozłożą szeroko ręce, nawet nie próbując leczyć pacjenta objawowo.

Ale ok, puszczam to płazem, faktycznie można odczuwać dolegliwości psychosomatyczne. Pani jednak wali mocnym prawym prostym, zastrzegając się, że to tylko taka prywata:

„Z pewnością, nikomu z takim problemem nie polecę od razu wizyty u psychiatry. Niestety jest to lekarz, i jak każdy z nich nastawiony on został przez tok swojej nauki do przepisywania ludziom różnego typu leków. Najlepiej jest zacząć od psychoterapii u terapeuty, który pomoże uzyskać pewną równowagę i odzyskać siły, często nawet odnaleźć razem z nami przyczynę tego stanu. Dodatkowo możemy się wylać, co niejednokrotnie przyprowadza ulgę.  Bardzo dobrze, jeśli sami nauczymy się radzić z tym co nas spotkało. Bo- i tu chciałabym to podkreślić: jeśli zaczniemy brać leki, które oczywiście mogą nam pomóc to niestety jest bardzo prawdopodobne, że  bez nich nie będziemy już w stanie normalnie funkcjonować, tym bardziej, gdy chodzi o leki psychoaktywne. Leczenie farmakologiczne w takich problemach to OSTATECZNOŚĆ.”

Niestety, wzdycham, psychiatra jest lekarzem. Nie da się ukryć. A w kategorycznej interpretacji pani Oli każdy lekarz medycyny to zły człowiek, który nie pomaga, nie dusi miłością i został wytresowany w przepisywaniu wstrętnych leków, które nie dadzą nam żyć. Fakt, że psychoterapia (czyli leczenie) powinno być np. w ramach NFZ, przepisane przez tego złego psychiatrę pani Oli umknął. Ale to nic, są przecież psychoterapeuci, którzy pomagają „odzyskać pewną równowagę” i gdzie „możemy się wylać” (tego boję się rozumieć, bo to czysta perwersja). Jak bardzo „pewną” – nie wiadomo, bo Pani, jak się wydaje, nie zapoznała się z metaanalizami skuteczności psychoterapii ani przeglądem jej skutków długofalowych, np. takimi

http://www.dailymail.co.uk/health/article-2828509/CBT-scam-waste-money-Popular-talking-therapy-not-long-term-solution-says-leading-psychologist.html

http://ebmh.bmj.com/content/8/3/75.full

http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/16266559

 

****

Autorka idzie o krok dalej i doradza zadufanie, co trzeba zrobić z chandro-depresją. I jest to rada genialna. Z pewnością zawstydzeni lekarze duszy i ciała posłuchają spuszczając głowy. A ludzie cierpiący na depresję ozdrowieją od razu.

„Na pewno najlepiej znaleźć coś co się lubi, wyjść do ludzi, nie zamykać się na siebie i swoją chorobę, to tylko ją pogłębi i wpadniemy w baaaardzo nieprzyjazne błędne koło, z którego niestety trudno wyjść. A wystarczy chcieć i nie siedzieć na czterech literach i użalać się tylko nad swoim życiem! To nic dobrego nie przyniesie a tylko zaszkodzi”.

Jestem pełna podziwu: po prostu trzeba powiedzieć człowiekowi, który fizycznie i psychicznie nie jest w stanie wstać z łóżka, żeby… wstał. Oto cud: wstań i idź, Pan Kołodziej cię wzywa, twoja wiara cię uleczyła… Nie siedź na dupie, bo wpadniesz w baaardzo nieprzyjazne koło.

****

Pojęcia nie mam, kto faktycznie ten genialny tekst napisał. Bo to poziom podstawówki czy gimnazjum reprezentowany przez osobę podającą się „studentkę” (czytaj:  ofiarę niżu demograficznego z pseudo-szkoły wyższej łaszącej się o każdego potrafiącego się podpisać krzyżykami ucznia.) Niektórych myślących ten tekst oburzył, że taki gniot, który depresantom może zaszkodzić (choćby odwodząc ich od wizyty u lekarza, demonizując leki czy wpędzając w poczucie winy, że ni huk nie mogą wstać z czterech liter) pojawia się w miejscu pt. „psychoblog społeczny”. Ja powiem złośliwie: jaka „psychologia i „społeczeństwo” takie i psycho-blogi… A rozkosznej, ośmieszającej materię, „pomocy psychologicznej” pana Kołodzieja, zapiekłego wroga psychologii i medycyny, dawno już powinna się przyjrzeć macierzysta uczelnia, izby lekarskie, portale prozdrowotne, PTP albo drugie PTP. (Ale jak wiemy, nie przyjrzą się). Bezradnym, zawstydzonym psychologom z powołaniem współczuję.

Podobnie jak tym, którzy – w naiwności swojej i bałaganie na rynku psycho-usług – takie porady czytają.

 

****

Wobec oburzenia komentatorów pan Dawid, właściciel bloga,  leci na skrzydłach wspomóc panią Olę i doradza jak Dobry Tatuś: „Warto odwiedzić kilku specjalistów i sprawdzić która metoda daje pozytywne efekty. Nie zawsze farmakoterapia jest wskazana i ja również utrzymuję się przy tym stwierdzeniu.” Pan Dawid zastępuje tutaj dumnie psychiatrów, bo to czy farmakoterapia jest wskazana w danym przypadku czy nie może tylko stwierdzić lekarz medycyny, psychiatra, a nie pan pedagog po licencjacie, ba! nawet nie psycholog po pięcioletnich studiach magisterskich. Świat nie zwariował do tego stopnia.

Z komentarzy słusznie oburzonych czytelników tej „pomocy” wyrzucono hejterów, zakrzyczano też Głos Rozsądku, że właśnie pierwszą wizytą przy zaburzeniach psychosomatycznych czy podejrzeniu depresji (podejrzeniu, nie diagnozie, bo tym się zajmują specjaliści a nie panie Aleksandry) powinna być wizyta u lekarza pierwszego kontaktu czy lekarza psychiatry. Oto pełna, wartościowa i zrównoważona wypowiedź tego hejtera bez serca , zapewne opłaconego przez złą Big Pharmę:

„Depresja nie wynika tylko ze stresu. Może być także depresją endogenną, związaną z degeneracją komórek nerwowych. I leczenie farmakologiczne jest tu PODSTAWĄ. Dopiero po wyprowadzeniu pacjenta lekami na względnie prostą drogę, wtedy możemy wprowadzać psychoterapię. Dlatego wizyta u psychiatry jest PIERWSZĄ, jaką powinno się odbyć, gdy ma się podejrzenie o depresję. Bez względu na to, czy jest to depresja reaktywna czy endogenna.

I nasuwa mi się jeszcze jedno. „A wystarczy chcieć i nie siedzieć na czterech literach i użalać się tylko nad swoim życiem!” Naprawdę? Czy zdania tego typu albo „Weź się w garść” „Weź się do roboty to Ci przejdzie” „Jesteś po prostu leniwy”, działają terapeutycznie i pomagają człowiekowi z depresją?

Przepraszam, ale ten artykuł zwyczajnie wprowadza w błąd ludzi, którzy mogą szukać realnej pomocy. Polecam się dokształcić albo nie pisać o tym, o czym się nie ma pojęcia. Ewentualnie się skonsultować.”

Continue reading


Bohaterska głupota

01b528ce000f1c81493d8ab5Czasem obrońcy idei „mój terapeuta jest aniołem” przypuszczają bohaterski atak na psychokitową skrzynkę mailową, oferując mi – obok chamskich wyzwisk – spam, dobre rady i głębokie psychiatryczne diagnozy (bez szansy na wyleczenie, oczywiście). Jednym słowem- sprzedając mi swoje oburzenie, że świat nie jest taki, jak sobie go wyobrażają.

Jakby to była moja wina a w przestrzeni nie mogły się krzyżować różne opinie i postawy.

Mnie takie ataczki cieszą.  Świadczą o tym, że to co piszę ma jednak sens i kogoś interesuje, nawet jeśli ten ktoś – jak Gomułka – rzuca przy tym kapciem w ekran telewizora, na którym obrazoburcza pani Jędrusik pręży wdzięki… Cóż, ponoć wartość życia poznaje się po ilości wrogów na starość. Licząc taką miarą- żyję wartościowo.

Dostałam dziś kolejne „dobre rady”. Pani zaniepokoiła się poziomem moich wypowiedzi; tym, że marnuję sobie życie „na złe cele”, próbując „zaszkodzić” jej ulubionemu terapeucie. („Ręce precz od Korei!”) Ze swojej terapii wysunęła bowiem niepodważalny wniosek, że terapeuta jest kompetentny a z faktu, że zaszkodził komuś nie można wnioskować, że jest złym psychologiem. Z troską zauważyła, że blog ujawnia moje ogromne problemy psychiczne (napiszę więc narcystycznie: cóż przy tym miałby powiedzieć Dostojewski, Tołstoj, ba! nawet Freud – tyle odautorskich problemów psychicznych w ich dziełach!). Oburzyła się, że chcę uniknąć wzięcia odpowiedzialności za swoje życie. Pouczyła, że powinnam przyjąć do wiadomości, że niektóre oddziaływania psychologiczne nie są dla ludzi zaburzonych, do których ponoć się zaliczam. A jedyny błąd jej ulubionego psychologa polega na tym, że nie robi on selekcji jak na rampie w Oświęcimiu i że nie wywala takich zaburzonych na pysk ze swoich warsztatów czy terapii.

Padło wiele podniosłych słów: o tym, że pacjent sobie sam wybiera co dla niego dobre, o jego odpowiedzialności za wynik terapii i za życie całe.

Być może (a raczej: mam nadzieję), że terapia Miłej Pani była faktycznie korygująca, choć nijak nie skorygowała nieumiejętności logicznego myślenia. Inaczej mówiąc,  to z pewnością osoba o wielkim sercu i trosce o świat, ale o pewnej hmmmm… słabości intelektualnej. (Myśli, że jakikolwiek psycholog wykorzystuje cynicznie słabość umysłową uzależnionej od swojego obrazu pacjentki  nie dopuszczam.)

 (A)logika Miłej Pani: terapeuta jest dobry, bo mi pomógł a jeśli zaszkodził komuś innemu, to znaczy, że ten ktoś jest temu winien i nie może o tym pisać, bo się dobremu psychologowi „zaszkodzi” jest … porażająca.
 
I dopóki klienci będą wyznawać taką porażającą religię, popełniający błędy cudzym kosztem  psycholodzy będą spali spokojnie. Nic się nie zmieni, nikt nie zostanie zmuszony do auto-refleksji.

Dlatego zrobiłam tu wyjątek podnosząc taką bohaterską głupotę (którą normalnie wyrzucam) do rangi posta. A Miłej Pani o Pewnej Słabości Intelektualnej odpowiedziałam finalnie tak:

Continue reading


Psychorada-ciąg dalszy. Można? Można!

30_img_2007Historia z tekstu: „Psychorada czyli wiódł ślepy kulawego” doczekała się ciągu dalszego.
Sylwia, bohaterka artykułu, poskarżyła się ponownie w Psychoradzie na jakość usługi (nieskromnie wspomnę, że wysłała przy tym link do moich wypocin) i zażądała zwrotu kosztów.
Psychorada stanęła na wysokości zadania, przeprosiła klientkę za „zaistniałą sytuację” i z życzeniami „wszystkiego dobrego” zwróciła na konto Sylwii równowartość obecnej ceny usługi czyli 150 zł.
Oczywiście, to gest, który nie zrekompensuje klientce doznanych cierpień ani nie przesłoni usługi niskiej jakości.
Jednak optymistycznie (naiwnie?) wyciągnę z tego gestu wnioski:

– że jest sensowne budowanie świadomości klienckiej i świadomości konsumenckich praw.

 

-że jest sensowne upominanie się o swoje prawa, opiniowanie, składanie skarg i reklamacji na usługi psychologiczne i terapeutyczne. Psychobiznes to taki sam biznes jak każdy inny, gdzie reklamacje powinny być rozpatrywane i rozstrzygane z punktu widzenia dobra klienta i dobra dalszej współpracy.

Continue reading