Wewnętrzne dzieci (1)-Konkret

b-sd39_149Czy wiedzą Państwo, że jak ktoś wygląda młodo w „późnej starości” to ma w sobie „dziecko wykorzystane” a jak ktoś dba o wygląd – jest dzieckiem uwiedzionym? Wszystkie te zadbane, wyfiukowane laski na rozsłonecznionych ulicach to chodzący rezultat uwiedzenia. Serio. Ja o tym nie wiedziałam, ale poszerzyłam swoje wąskie horyzonty dzięki artykułowi Jarosława Jagieły pt „Nasze wewnętrzne dzieci”. Horoskop artykuł ukazał się w Charakterach, poważnym piśmie pół-naukowym jak stwierdziła to ongiś pani Aulagnier.

Podparciem dla śmiałych tez Autora są: bezcenne myśli Berta Hellingera, Johna Bradshawa i „Kubuś Puchatek”.

Opisać nasze wewnętrzne życie można dowolnie, bo przestrzeń to nieograniczona. Mogą w nas mieszkać stwory wszelakie, nosorożce, koale i ameby, możemy mieć w głowie stosunek ze słoniem/słonicą, bogiem/diabłem albo gadać w nieistniejącym hotelu Dolphin z Człowiekiem-Owcą. Mogą być też i dzieci, jeśli ktoś ma taką wolę. Wewnętrznych figur używa się w procesie terapii (POP, Gestalt) i jeśli komuś to w gabinecie pomaga – ja nie mam nic przeciwko temu.

Koncepcja wewnętrznego dziecka odnosi do analizy transakcyjnej czy terapeutycznych technik Johna Bradshawa, ale swobodnie funkcjonuje także w pop-kulturze a tym samym kształtuje naszą narrację o świecie i nas samych. Definicja Autora: „Wewnętrzne dzieci to bogactwo naszych uczuć, zarówno tych pierwotnych, wspólnych wszystkim ludziom (np. radość, gniew, smutek, strach, wstręt, zaskoczenie), jak i wtórnych, będących konsekwencją procesów socjalizacji i wychowania (np. wstyd, konsternacja, zakłopotanie). Zadbane „wewnętrzne dziecko” ma być źródłem dorosłej spontaniczności, miłości, kreatywności, odwagi do wolności-od-kultury. Dziecko jest w tej narracji uosobieniem „prawdziwego Ja”, „autentyczności” (bo jedynie uczucia są poza Systemem, są nasze własne). Autentyczność – po zdrowiu – to top wartość klasy średniej. Nomen omen: wewnętrzne dziecko się „uzdrawia”.

 

Jeden szkopuł (jest ich więcej, ale to już na kolejny wpis). „Dziecko” z psychoterapeutycznych fantazji nie ma nic wspólnego z realnym dzieciństwem. Żadne dziecko nie jest zdolne do prawdziwej miłości – jako zależne od opiekuna. Jeśli przejawia spontaniczność to ograniczoną, bo jest chronione przed konsekwencjami owej przez dorosłych. Jeśli tworzy, to dzięki logistyce zapewnianej przez dorosłych. W realu nie ma „dziecka” – są dziewczynki i chłopcy ze swoim genetycznym programem rozwoju. Proszę zauważyć, że gdy Bradshaw pisze o wewnętrznym domu – jest to dom wyimaginowany przez dorosłego. „Wewnętrzne dziecko” jest figurą rekonstruowaną i okiełznaną przez osobę dorosłą, obrazem retrospektywnym, budowanym tu-i-teraz na zbiorze uznanych przez kulturę cech.

Jednak gdy metaforę-protezę-obraz usiłuje się wpisać w konkret robi się straszno-śmiesznie. Jarosław Jagieła próbuje dokonać niemożliwego: opisać drogę życiową w kilku schematach. Po czym poznać „typ” dziecka wewnętrznego (czyli naszych domniemanych deficytów w dzieciństwie?). Miedzy innymi po postawie i wyglądzie zewnętrznym („bioskrypt”). Wystarczy spojrzeć i już wiadomo, z jakim dorosłym dzieckiem gadamy i jakie kto miał problemy za młodu. Proste jak klasyfikacja pana Lombroso a z opisu owych „bioskryptów” wieje grozą:

„Głowa w charakterystyczny sposób „oddziela się” od korpusu, gdyż główny obszar napięć leży u podstawy czaszki (w psychoterapii bioenergetycznej nazwa się to „stryczek”).

„Maskowata z reguły twarz nie wyraża emocji, oczy są bez wyrazu, puste, nieobecne lub zalęknione.

„Stawy kończyn (szczególnie kolana) sprawiają wrażenie zablokowanych.”

„Wydaje się, że oczy wyrażają błaganie, a usta pragnienie.”

„Zazwyczaj mruży oczy, a jego wzrok wyraża ukrytą złość lub cierpienie.”

„Owłosienie ciała jest większe niż przeciętne (choć nie bardzo wiadomo dlaczego)”.

„Widać pewną niedojrzałość w sylwetce, przede wszystkim w umięśnieniu rąk i nóg, które czasem wyglądają na zbyt słabe, aby utrzymać górną część ciała”. [sic!]

Rany boskie.

Opisy zewnętrznych przejawów istnienia dzieci wewnętrznych (prawda, jak ładnie mi wyszło?) są tak rozmyte, że nie wiadomo o co chodzi lub wiadomo, że chodzi o wszystko. Na przykład:

„Jego oczy błyszczą, skóra ma ładną barwę, ruchy są żywe, gestykulacja wyraźna i duża.”

„Ciało takiego człowieka jest mało elastyczne, bez „napędu”, sprawia wrażenie nieruchomego”.

„Co ciekawe, może on wyglądać młodo (choć nie jest to regułą) nawet do późnej starości – jakby chciał pozostać wiecznym dzieckiem.”

Continue reading


Psychopaci w terapii

songinFragmenty klasycznej książki Roberta D. Hare Psychopaci są wśród nas” o tym, że sprzedażowy optymizm psychoterapeutów ma swój kres a pop-psychologiczna wiara „terapia leczy wszystko” jest tylko marketingowym hasłem i wyrazem naiwności, podobnie jak romantyczne przekonanie „ludzie są z natury dobrzy (a psuje ich środowisko)”.

Czarno na białym o tym, że psychoterapia i programy resocjalizacji pogarszają funkcjonowanie psychopatów w społeczeństwie.

Continue reading


Wychować na psychopatę?

diabel7Dziś o źródłach psychopatii (nie socjopatii) czyli nasza opowieść kulturowa o źródłach zła. „Złe nasienie”, „złego człowieka”, „człowieka bez duszy”, „człowieka który zaprzedał się diabłu”, „człowieka opętanego złem”, „człowieka złego z natury” psychologia zamieniła nam w zjawisko naukowe pt „psychopatia”. To ciągle to samo zjawisko, ciągle ten sam lęk powszechny i fascynacja, tylko dziś boimy się przyznać – odurzeni wizjami człowieka-czystej tablicy, człowieka-z-natury-dobrego-przez-środowisko-psutego – że niektórzy ludzie rodzą się „źli”. I nie ma w tym niczyjej winy, nawet Złej Piersi.

„Natura” i pytanie o źródło zła w sporze z poprawnością społeczną i polityczną. Jak trudno nam przyznać, że człowiek człowiekowi nierówny.

Ale jaka to ciekawa narracja – mówić ciągle to samo tylko innymi obrazami! Diabeł – figura inteligentnego, perfidnego i uwodzącego Zła, ustąpił koncepcji „anormalnego funkcjonowania mózgu” czy „przyczyn biologicznych”.

Sedno to samo.

Fragmenty klasycznej książki Roberta Hare’a „Psychopaci są wśród nas”. Continue reading


Mity przemocy psychicznej

blog_yf_4799764_7366103_sz_maryja1Nie, to nieprawda, że przemoc psychiczna jest tylko w złych, biednych domach. Nieprawda, że ulegają jej osoby „zaburzone”, z „deficytami” osobowościowymi, życiowi nieudacznicy i uległe zahukane kobiety, wszyscy ci przeznaczeni przez (tę lepszą) większość „do selekcji i wyrzucenia” (jak to kiedyś napisała miła czytelniczka). Prawdą natomiast jest to, że psychomanipulacji ulegnie każdy, Także i Ty, nawet jeśli w to teraz nie wierzysz. Prawdą jest to, że takie doświadczenie zmienia, być może na zawsze i zawsze na niekorzyść. Prawdą jest, że to co trzyma ofiarę przy kacie to jej ludzka (nadludzka?) nadzieja, empatia i poczucie powinności a nie psychiczna słabość ani głupota.

Fragment artykułu o przemocy psychicznej (i mitach wokół): Ewa Pragłowska „Zbrodnia doskonała. Mechanizm działania przemocy emocjonalnej – podejście poznawczo-behawioralne,”

http://www.psychologia.edu.pl/czytelnia/131-przemoc/1442-zbrodnia-doskonala-mechanizm-dzialania-przemocy-emocjonalnej-podejscie-poznawczo-behawioralne-ewa-praglowska.html

z życzeniami żeby to się nigdy nikomu nie przydało.

„Problematyka przemocy fizycznej i emocjonalnej doczekała się już bogatej literatury przedmiotu, również w Polsce. Zwolenników tezy, że przemoc dotyczy tylko marginesu społecznego (cokolwiek to określenie oznacza) oraz, że ulegają jej jedynie osoby, które same mają zaburzenia osobowości, jest również coraz mniej. Nadal jednak, nawet w grupie psychologów czy psychiatrów, do których trafiają ofiary przemocy, można się spotkać ze stwierdzeniem: „Mnie by coś takiego nie spotkało”, „Ja bym nie dała tak sobą pomiatać!” lub pytaniem „Dlaczego pozwoliła?”, „Dlaczego nie mówiła nawet bliskim?”.

Odpowiedź na to pytanie wymaga opisu mechanizmów psychologicznych, jakie zachodzą między sprawcą a ofiarą przemocy. Jest on ważny z punktu widzenia pracy klinicznej i diagnostycznej. O dziwo, rozpoznanie jest utrudniane również przez same osoby doświadczające przemocy emocjonalnej. Prezentują one przekonania o sobie identyczne z przekonaniami sprawcy na ich temat, a więc paradoksalnie nie można stwierdzić żadnego konfliktu czy sprzeczności między dwoma osobami dramatu.

[…]

Ofiara w ujęciu poznawczym

Nie ma specyficznych przekonań kluczowych lub pośredniczących, które predysponują do bycia ofiarą. Można stwierdzić, że rzadziej stają się nią osoby z zaburzeniem osobowości, ponieważ z definicji nie mogłyby stworzyć długotrwałej relacji interpersonalnej. Czasem twierdzi się, że przemocy emocjonalnej ulegają osoby z zaburzeniem osobowości zależnej lub histrionicznej. Stwierdzenie to nie jest poparte żadnymi badaniami. Można natomiast przypuszczać, że związek osoby z zaburzoną osobowością z osobą o cechach antysocjalnych doprowadziłby do szybkiego konfliktu i rozstania, uniemożliwiając długotrwałą przemoc. Drugi argument to ten, że pacjentki prezentujące objawy psychiczne po przemocy emocjonalnej, nie przejawiały ich wcześniej przed związkiem ze sprawcą (potwierdzają to bliscy i przyjaciele). Można ująć to w twierdzeniu, że zaburzyć można osoby nie zaburzone wcześniej.

Co jednak czyni osoby podatnymi na mechanizm działania przemocy emocjonalnej w ujęciu poznawczym? Z jednej strony treść przekonań kluczowych: „W każdym człowieku jest część dobra”, „Osobie bliskiej można ufać w 100%”, „Bliskiej osobie, gdy cierpi, trzeba pomóc”, „Każdy ma prawo do błędów”, „Nie jestem najważniejsza”, „Jestem odpowiedzialna za swoje życie”. Przekonania pośredniczące to: „Jeżeli mąż mi coś mówi, to na pewno jest to prawda”, „Jeżeli mąż twierdzi, że nie jest ze mną szczęśliwy, jest to pewnie moja wina”, „Jeżeli mąż mnie ośmiesza, to po to, żebym zmieniła się na lepsze”, „Każdy ma swoją rację i trzeba to uszanować”.

Schematy poznawcze osób ulegających przemocy charakteryzuje elastyczność, większa odporność na dysonans poznawczy (nie muszą zawsze mieć racji, dopuszczają odmienny punkt widzenia). W tym pomagają im takie cechy, jak refleksyjność i empatia. Zniekształceniem poznawczym, które często pojawia się u tych osób, jest zniekształcenie „powinnościowe”, przejawiające się w zdaniach: „Powinnam starać się być lepsza”, „Muszę  zawsze brać pod uwagę dobro bliskich”. Często są to przekonania z Dekalogu. Strategiami behawioralnymi są próby rozmowy (żeby uzyskać dodatkowe argumenty), modyfikacja swojego zachowania.

Czy można określić przekonania tych osób jako nadmiernie idealistyczne, infantylne, nieżyciowe? Raczej nie, biorąc pod uwagę ich sposób funkcjonowania społecznego i relacje z innymi, jak również to, że często żyjąc w przewlekłym stresie z antyspołecznym partnerem, utrzymują finansowo dom, wychowują dzieci, wywiązują się ze wszystkich obowiązków, czasem rozwijają się zawodowo.

Dwuosobowa sekta

Mechanizm polowania na przyszłą ofiarę jest doskonale opisany w książce „Molestowanie moralne”. To dopiero preludium, w którym przyszły sprawca stosuje wszystkie opisane wyżej strategie, z kłamstwem włącznie, aby zdobyć zaufanie przyszłej ofiary. Ukrywa swoją przeszłość, a pytany o nią wprost mówi, że jeszcze nie przyszła pora, a on jest zbyt nieśmiały. Przyszła ofiara jest dobierana pod kątem konkretnych korzyści dla sprawcy, np. podwyższenie prestiżu społecznego, pieniądze, mieszkanie, zmiana statusu społecznego.

Czy ofiara ma szanse to odkryć na samym początku? Raczej nie, ponieważ wszystkie strategie behawioralne sprawcy są celowane na to, aby tak się nie stało, natomiast przekonania przyszłej ofiary wyjaśniają i uzasadniają strategię behawioralną sprawcy.

W pierwszej fazie zdobywania zaufania sprawca często posługuje się przekonaniami ofiary, stwarzając pozory porozumienia oraz podobieństwa światopoglądów. Po uzyskaniu korzyści, w tym np. zawarcie małżeństwa, sprawca zaczyna stosować strategie zgodne z jego przekonaniami. W okresie początkowym ofiara również stosuje sposoby, które były efektywne i adaptacyjne w relacji z innymi. W tej szczególnej relacji jednak zawodzą. Sprawca zaczyna wprowadzać coraz większy dysonans poznawczy w przekonania ofiary. Ponieważ sam prezentuje dogmatyczne, sztywne schematy poznawcze, jego zachowanie się nie zmienia. Ofiara podejmuje wysiłek, aby sprawca zachował  spójność własnych przekonań, ponieważ to ona ma bardziej elastyczne i refleksyjne schematy poznawcze. Nie przynosi to jednak rezultatu. Continue reading


Mikrokosmos z płaczącą piętą

Dawno, dawno temu podczas sesji indywidualnej terapeutka (ta z tych zarośniętych poboczy psychoterapii, bo nie jestem zakapior, różne usługi kupowałam) zapytała:

– Gdzie pani odczuwa smutek?1404393775_1_gigalol_pl

– Nooo… gardło mi się ściska, zaciskają zęby, mam łzy w oczach. Ale tak, wie pani, zaczyna się od gardła i takiego ucisku w piersi, o tutaj.

– Gardło!! To bardzo dobrze! To już wysoko!! To trochę tak, jakby Pani już była na takim etapie, że pani ten smutek chce z siebie wyrzucić.

– No, tak… na tym przecież polega płacz… Ale dlaczego dobrze? Każdy tak ma?- zaciekawiłam się jej entuzjazmem

– Nie. Jedna pacjentka umiejscawiała smutek w pięcie. Po prostu płakała piętą. Potem musiała ten smutek przepychać w górę.

Przez chwilę mój słaby umysł zawiesił się, zmącony wizją przepychanego smutku. Najpierw wyobraziłam go sobie jako balon powietrza pod skórą. Może wtedy człowiek wygląda jak człowieczek Michelina, tylko wszystkie opony się ruszają? Gada się z takim miszlenem niby inteligentnie a gula to się pokazuje na udzie, na brzuchu, na ręku… a my udajemy, że nic nie widzimy? A może to robak, który wychodzi nosem? Na przykład w czasie Bardzo Ważnej Korporacyjnej Prezentacji czy w sytuacji hmmm… intymnej? A ta płacząca pięta – skąd łzy lecą, może z kostek? Albo naciska się piętę a leci z oczu, jak płyn do spryskiwaczy. Tu się ciśnie, leci tam? A jak się ta pięta zasmarka to jak? Mokre skarpetki? To niedobrze dla pęcherza… Wyobraźnia pogalopowała i już było po skupieniu.

Continue reading


Debriefing? Nie, dziękuję

ChelmonskiJozef_1875_BabieLato„Psycholog jest już na miejscu”, „poszkodowanym udzielono na miejscu pomocy psychologicznej” zapewniają nas media, gdy radośnie i namolnie (oglądalność! sensacja! news!) relacjonują katastrofy i wypadki. Możemy po takich zapewnieniach spać spokojnie – ofiary będą teraz szczęśliwe, co poprawi nam humor, obniży poziom lęku i nieprzyjemnego współczucia. No i wierzymy, że jak opowiemy w emocjach komuś scenę z wypadku zaraz po wydarzeniu (debriefing) to będziemy „chronieni” przed psychologicznymi powikłaniami. W rzeczywistości, większość z nas w sytuacji stresu żadnej „pomocy psychologicznej na miejscu” nie otrzymuje. Chyba, że „na miejscu” jest medialnie i spektakularnie. Wtedy nieracjonalnie płacimy psycho, by „coś zrobili”, uspokoili sumienie, pocieszyli, wygładzili naszą wizję pozornie bezpiecznego świata.

W zimnym raporcie „Effectiveness of psychological debriefing” czytam:

„Results indicate that, in general, debriefing does not prevent psychiatric disorders or mitigate the effects of traumatic stress, even though people generally find the intervention helpful in the process of recovering from traumatic stress. The intervention holds potential as a screening procedure, and there may be economic arguments for continued use. When used with adherence to traditional descriptions of treatment group, events, group format, leadership and time spent, a preventive effect emerges. No tendency according to timing was found.”

Zamiast moich słów komentarza, tekst lepszy, z eseju Tomasza Stawiszyńskiego:

„Nie trzeba jednak perspektywy Hillmana czy Mindella, nie trzeba filozofii i metafizyki, żeby krytycznie traktować te natychmiastowe psychologiczne interwencje. Na ich nieskuteczność – a raczej przeciwskuteczność – wskazują nawet czysto empirycznie i akademicko zorientowani psychologowie.

Kiedy 11 września 2011 roku wskutek ataku terrorystycznego zawaliły się wieże World Trade Center, na Manhattanie pojawiły się setki psychoterapeutów, zarówno współpracujących z policją i służbami miejskimi, jak i prowadzących prywatną praktykę. Na stacjach benzynowych, w kawiarniach albo na ulicy rozmawiali z przerażonymi i zszokowanymi nowojorczykami. Problem w tym, że w żadnym z tych przypadków nikomu tak naprawdę nie pomogli. Nie byli w stanie udzielić profesjonalnej pomocy psychologicznej, która ma przeciwdziałać tak zwanemu syndromowi stresu pourazowego (PTSD), czyli zespołowi zaburzeń rozwijającemu się u części osób doświadczających traumatycznych zdarzeń. Raport, który 11 września 2011 roku ukazał się w specjalnym wydaniu najbardziej prestiżowego amerykańskiego periodyku psychoanalitycznego „American Psychologist”, nie pozostawia w tej kwestii najmniejszych wątpliwości.

Takie wczesne interwencje psychologiczne przeprowadzane jeszcze na miejscu zdarzenia są nieskuteczne, a niekiedy mogą nawet szkodzić. Dodatkowo zaś znakomita większość, a mianowicie około siedemdziesięciu procent osób biorących udział w katastrofach czy wypadkach, nigdy nie będzie potrzebowała żadnej formy psychoterapii. Ich psychika doskonale poradzi sobie bowiem sama. Bez niczyjej pomocy. Continue reading


93% nieporozumienia

20Fragment artykułu Pawła Fortuny dotyczącego mitu „Ktoś zbadał, że pośród wszystkich informacji, jakie do nas docierają podczas np. rozmowy, 7% czerpiemy ze słów, 38% z tonu głosu a 55% z mowy ciała.” Całość tutaj: Paweł Fortuna

„Sens i nonsens komunikacji niewerbalnej – reguła 55%-38%-7%”

„Powrót do źródeł

Albert Mehrabian zastanawiał się nad takim oto problemem: jeśli spostrzegane przeze mnie zachowanie drugiego człowieka będzie niespójne, a zatem np. jego twarz będzie wyrażała jedno, słowa co innego, a sposób ich wypowiadania jeszcze coś innego, i ktoś poprosi mnie o wyrażenie swojej opinii na jego temat, wówczas czym będę się kierował formułując taką ocenę, co będzie jej podstawą- słowa, czy może coś innego?

W zaprojektowanych przez Mehrabiana i jego zespół eksperymentach ogółem wzięło udział 137 osób, studentów University of California. Badacze przygotowali następujący materiał eksperymentalny: trzy fotografie twarzy tej samej osoby: (1) uśmiechnięta, (2) neutralna, (3) smutna; trzy grupy słów: (1) pozytywne: dear, great, honey, love, thanks, (2) neutralne: maybe, oh, really, so, what i (3) negatywne: brute, don”t, no, scram, terrible. Słowa nagrano w studio, w którym lektor wypowiadał każde z nich w sposób pozytywny, neutralny i negatywny.

Następnie eksperymentatorzy konstruowali układy bodźców tworząc tzw. niespójne ekspresje (stosujemy je w życiu na przykład wtedy gdy ktoś wyleje nam kawę na koszulę, a my z wymuszonym uśmiechem, głosem o zimnej barwie odpowiadamy „Wszystko w porządku, nic się nie stało”). Continue reading


Dorosłe Dzieci, Dziura i poczciwy Pirx

kosmos1Kolejna to refleksja w nawiązaniu do popularnego artykułu w natemat. Nawet nie o to chodzi, że z żadną tezą wypracowania Mai Święcickiej zgodzić się nie mogę: ani z obowiązującym dziś podejściem „zrób sobie dobrze sam (lub zdychaj)”, ani z supra- wartościami zdrowia i profilaktyki, ani z możliwością cudownego lokalnego rozwiązania globalnych bolączek, ani też z ideałem Dziecka jako wyzbytego cudem jakimś wad i podłości Dorosłego.

Uderzyła mnie pewna koncepcja człowieczeństwa przebijającego przez ten tekst. Z jednej strony tego ideału mamy postulat racjonalnego  zarządzania ryzykiem. Człowiek rozumny pojedzie do pracy rowerem, wyrzuci szpilki, zadba o sen i właściwe odżywianie. Pomyśli o Planecie i farmach wiatrowych (czy Autorka wie, że niektóre części farmy wiatrowej nigdy nie ulegną biodegradacji ;)?) Człowiek ma używać swojej wolności dla dobra ogólnoświatowej wspólnoty – choć, co zabawne,  faktycznie nie jest w stanie przewidzieć najbliższych konsekwencji własnych wyborów.

Z drugiej strony ideałem dla dorosłego ma być Dziecko: na Innego ma patrzeć spoza „dorosłych”, „wyuczonych”, uprzedzeń. Dusi nas savoir vivre – do wyrzucenia więc!  Nie ograniczajmy się w chamstwie! mamy dbać o Planetę i Społeczeństwo a nie przejmować się ranami człowieka obok. „Wrażliwość, szczerość, miłość, radość i ciekawość życia”, pisze nierealnie Autorka a ja czytam: wyuczony i wybrany spontan. Wyuczony i wybrany świadomie, bo przecież Dorosły nie jest już Dzieckiem, już tam – do krainy niewinności i nieodpowiedzialności- nie wróci, może sobie ten powrót jedynie racjonalnie „wypracować”, wybrać jako zachowanie, lajfstajl. „Kontakt z emocjami” proponuje Autorka. Cóż, nie ma stworzenia mniej kontaktującego się z emocjami od rozhisteryzowanego trzylatka -bo nie ma wypracowanego dystansu Dorosłego, pozycji meta, czego Autorka zdaje się nie rozumieć. Współczesny ideał: egoistyczna dbałość o „wewnętrzne dziecko” (czy to pokłosie kultu DDA?) w mariażu z zimnym kalkulacyjnym (ze strachu dziecięcego?) podejściem do ryzyka. I świat w tej koncepcji też dziwny: nie ma w nim Losowości, przypadku, nielubianego obowiązku, agresji Innego i naszej – są tylko nasze działania. Zinfantylizujmy się i będzie git, zdaje się mówić Autorka. Nowy wspaniały świat. Wystarczy nie myśleć o przy/eszłości, wysypiać się, wykrzyczeć sobie i innym w twarz emocje oraz jeść owsiankę, by nie „fundować sobie dramatów”.

Najniebezpieczniejsze są idee wprowadzone w życie z anankastycznym zacięciem. Lecz – szczęśliwie! – człowieka pani Święcickiej nie ma i szaleństwem byłoby mniemać, że kiedykolwiek będzie. Nie ma bowiem w tej koncepcji człowieczeństwa lęku, niepewności, niezdecydowania, rozpaczy, nielogiczności; wiecznej przepaści między „chcę” a „oj, stało się”; wrodzonego poczucia samotności; sytuacyjności, niedopowiedzeń i niewypowiedzeń; agresji, podłości, zaniedbania, rozmemłania, bierności, ambiwalencji, milczenia, niewiedzy, głupoty i jej racjonalizacji… Tekst natemat proponuje człowieczeństwo idealnie wyprane z zaskoczenia człowiekiem.

Jeśli będziemy się sami kochać jak te dzieci, to świat będzie lepszy, głosi Autorka z siłą myślenia magicznego, trzymając się kurczowo konającej koncepcji Szczęśliwego Dzikusa- który we współczesnej kulturze zmienił się w Dziecko. O święta naiwności! już chciałam wykrzyknąć. Ale nie, odpowiem lepiej słowami Stanisława Lema, fragmentami „Rozprawy”. Continue reading


Kilka słów o złym panu

uszatek_na_dobranocczyli jasno o tym, dlaczego wkurzył mnie reklamowany spektakl „Zły pan”. Spektakl przeznaczony dla dzieci, poruszający problem przemocy domowej.  Nie oglądałam, ciekawych odsyłam do recenzentów teatralnych. Lub książki Gro Dahle. Opieram się na artykułach prasowych. Historia z grubsza: bity przez ojca syn pisze do dobrego Króla. Tatuś, z którego wyłazi mara, Zły Pan, bije także mamusię. Król pomaga synkowi, wysyła złego tatusia do pięknego ogrodu, zły tatuś poskramia wewnętrznego potwora i cudownie się zmienia w dobrego tatusia. Wszyscy są na końcu szczęśliwi, tatuś przeprasza. Przedruk skandynawski, z Norwegii, z obszaru co usiłuje kijem Wisłę zawrócić. Piękne? Piękne. Ochrona słabszego wydaje się oczywista, większość z nas ma taki odruch, ja też, mimo, że dziuplę w drzewie narysowałam.

Ale skojarzenie z nieszczęsnym Pawlikiem Morozowem, co to na ojca kułaka donosił, nasuwa mi się automatycznie. Zresztą, pocieszam się,  ile osób może takie przedstawienie obejrzeć? Nie ma co gardłować. Ale coś jednak nie tak:

1. Ojciec alias  „Zły pan”

2. Ojciec bije, jest sprawcą przemocy domowej, przemoc to bicie

3. Interweniuje syn

4. Matka nie interweniuje, nie chroni syna, boi się „Złego pana”

5. Istnieje dobry Król

6. Tatuś zamienia się z dobrego tatusia i przeprasza

7. Wybacza się po przeprosinach

Z czym skonfrontowane jest dziecko (od lat sześciu)? Z informacją, że są tatusiowie, którzy biją swoje dzieci i że są mamusie, które nie chronią bitych dzieci i same są bite. (Czy mój tata też tak może? Czy moja mama też tak? A dlaczego?) Że tatusiowie mają w sobie agresywne bestie, bestii nie mają mamusie. Że problem bicia będzie rozwiązany jak dziecko bohatersko stanie na wysokości zadania i opowie urzędnikowi, co się dzieje.

Do czego dziecko jest tu zachęcane? Ano do tego, żeby wejść w konflikt dorosłych, ocenić ten konflikt jako „przemoc” oraz udać się do kogoś obcego ze skargą. Tego nie robi -proszę zauważyć, to ważne – dorosła matka, robi to dziecko, jej syn lat, zdaje się, 10.

Rodzina jest jak stado. Dziecko – bite czy obserwujące konflikt dorosłych – nie jest w stanie poza stado wyjść. Gdyby potrafiło, nie byłoby żadnego problemu: dałoby ojcu w pysk i założyło sprawę w sądzie. Ale jest Ojciec i Matka a ono stoi miedzy Nimi. Zdania „Zobacz, co robi twój ojciec!” „Zobacz, jaka jest twoja matka!” ranią jak skurwysyn. Słowa innych bolą podobnie („To dziecko z patologii”, „jego ojciec to ten pijus, wiesz”). Kilkuletnie dziecko nie jest w stanie nagle dojrzeć i nazwać zła w swoich rodzicach, bo jest ich częścią. Nie jest dorosłe na tyle, by być sędzią, by zakwestionować świat, by odrzucić stado – nie odrzucając siebie. Dziecko nie wie, że jest ofiarą – uświadomienie sobie tego to dla niego tragedia, upadek świata. Obserwując konflikt dławi się ambiwalencją a cierpienie przerobi na autoagresję: „to ja jestem zły”, bo obraz dobrego tatusia i dobrej mamusi jest mu bardziej do życia potrzebny niż cokolwiek innego. Logiczne przekonywanie, że „przecież nie jesteś winny” nie pomoże. Założenie, że dziecko jest niezależną, samo-decyzyjną jednostką -niczym dorosły- jest błędne. Nawet w sądzie dorośli członkowie rodziny są zwolnieni ze świadczenia przeciw sobie.

Nie jestem psychologiem, nie znam  gładkich słówek ani teorii. Piszę z autopsji. Nie mam niczego innego. Proszę mi uwierzyć na słowo.

Sugerowanie, że dziecko ma być bohaterem, czyli de facto stanąć między rodzicami jako równy im sędzia, jako super-rodzic  jest czystej wody społecznym sadyzmem. Przekaz „oceń, opowiedz innym” budzi kolejny wewnętrzny konflikt dziecka. Na dziecko nakłada się ciężary nie do uniesienia. Zakłada się,  że dziecko jest w stanie stwierdzić (bo żeby się poskarżyć musi nazwać i ocenić), co jest a co nie faktyczną przemocą. W zasadzie ma zrobić coś, czego nie są w stanie zrobić dorośli, sądy, policja,  bezradni zwłaszcza w przypadku przemocy psychicznej. I że odróżni dyscyplinę (tato kazał, tato odmówił, więc jest zły) od przemocy. Tego nie zrobi kilkulatek, nawet nastolatek.

Mój sprzeciw budzi także obraz przemocy domowej: sprawcą jest mężczyzna, matka jest bierna. Continue reading


Wszystko jasne

vedic-art-galeria22No i już wszystko wiadomo. Wiadomo, dlaczego jesteśmy jacy jesteśmy i dlaczego dzieci są takie jakie są. Wszelkie głupie teorie genetyczne, biologiczne, środowiskowe od tego wielkopomnego momentu poszły się bujać a profesorowie nauk wszelakich drążących tajemnicę człowieczeństwa spuścili głowy zawstydzeni. A zawstydziła ich pani kołcz Sara Zięborak prostą zależnością: twoje życie jest zdeterminowane przez typ porodu. Wszystko zostało zapisane na matrycy neurologicznej w momencie przyjścia na świat. Ale nie martwmy się, bo jak zostało źle zapisane to można to przeramować. Przeramujesz i będzie git.

I tak, jeśli odkładasz wszystko na później to oznacza, że urodziłaś/eś się przez cesarskie cięcie. „Cesarskie cięcie zaburza naturalny rytm, zabiera dziecku istotne doświadczenie i odbija się na jego rozwoju. Może mieć trudność z rozpoczynaniem różnych rzeczy. Kłopot, by odebrać sygnał, że coś trzeba zrobić i na niego zareagować. Takie dziecko będzie czekać do ostatniej chwili z odrobieniem lekcji, spodziewając się, że ktoś zrobi to za nie.” Założę się, że wśród dzieci urodzonych z cesarki są dzieci, które odkładają rzeczy na później, ale to nie dowodzi związku przyczynowo skutkowego.

Jeśli masz „dziecko wściekłe” (to nowa kategoria kliniczna pani podającej się za „psychologa klinicznego dzieci”) to znaczy, że  bezczelnie wstrzymywałaś akcję porodową: „tak ro­dzo­ne dzie­ci by­wa­ją szyb­ciej niż inne go­to­we na różne rze­czy i mogą czuć, że świat je po­wstrzy­mu­je. By­wa­ją wście­kłe”. Jeśli nasze dziecko nie chce wstawać rano do szkoły, to znaczy, że skrzywdziliśmy je przyspieszonym porodem: „Jeśli ktoś próbuje coś potem od takiego dziecka wyegzekwować, opiera się. To siła matrycy porodowej. Można ją zaobserwować np. przy budzeniu do szkoły. Zewnętrzna siła próbuje wyjąć malca z ciepłego łóżeczka. Nie chce wstawać”. Cholera, mnie to zostało do dzisiaj. 

Jeśli brakuje nam ciepła to znaczy, że zostaliśmy skrzywieni przez poród w szpitalu: „To dlatego dla wielu z nas życie okazuje się zagrożeniem, walką. Nastawiamy się czasem do świata, jakby działał przeciw nam, chciał nas skrzywdzić. Brak nam w życiu ciepła, bezpieczeństwa, powolności, smaku. A byłoby go więcej, gdyby pozwolono nam urodzić się spokojnie”. Mniej jarzeniówek na porodówce, więcej smaku w dorosłości – pewnie mała pani Gessler miała obfitość słonecznych promieni.

Czuję się też od razu bezpieczniej (a przyszłam na świat w szpitalu rejonowym grudniowym rankiem, jarzeniówki były na pewno), gdy czytam: „Tymczasem poród naturalny poprzedzony jest długotrwałymi, subtelnymi przygotowaniami. Do dziś toczy się debata, czy to organizm mamy zaczyna poród, czy dziecka? Medycyna nie wie. Psychologowie podejrzewają, że pierwszy impuls pochodzi z ustroju matki i jest przekazywany dziecku poprzez hormony.” Ho, ho! Nawet medycy nie wiedzą a psycho wiedzą! Czerpać z intuicji medycznej (bo to chyba tak należy nazwać) pani klinicysty pełnymi garściami. Continue reading