Keep smiling

16319

„Psychologia pozytywna” to analogia do naszej ekonomicznej i społecznej narracji „rozwoju”, „stałego wzrostu”, który niedługo okaże się cholernie niestały, bo jest fałszywy. Tak jak „psychologia pozytywna”, wciskana nam jako niekwestionowana podstawa myślenia „ludzi Zachodu” jest fałszywą, zgubną ścieżką.  Krótko, jasno i dobitnie o jej fatalnych skutkach i  jej uwikłaniu w System.

Tylko dla wolnych ludzi.

O psychologii pozytywnej

Autor: Chris Hedges

Psychologowie pozytywni wykorzystywani są przez armię USA w centrach przesłuchań, takich jak Abu Ghraib czy Guantanamo. Pomagają dekonstruować ludzką psychikę, co pozwala skutecznie łamać ducha więźniów.

Niebezpieczeństwo psychologii pozytywnej związane jest z tym, że to ty stajesz się odpowiedzialny za swoje beznadziejne położenie. Możesz winić tylko siebie. Ideologia ta sieje spustoszenie zwłaszcza w szeregach klasy pracującej. Zatrudnienia nie będzie. Zachodzące zmiany strukturalne uniemożliwiają robotnikom utrzymanie rodzin. Nie tylko oni stracili nadzieję – zdają sobie sprawę, że nie ma jej także dla ich potomstwa. Psycholodzy pozytywni, którzy im mówią, że wszystko sprowadza się do odpowiedniego podejścia, tworzą tę urojeniową ideę, że jakakolwiek ponura i negatywna analiza rzeczywistości jest niepomocna. Bo nie jest radosna i pozytywna. Popycha to nas ku myśleniu magicznemu. Możemy mieć wszystko, czego zapragniemy – i nie jest istotne, co państwo korporacyjne robi ze społeczną tkanką. Jeżeli tylko uwierzymy w siebie, rzeczywistość zostanie pokonana. To myślenie życzeniowe zdominowało całą kulturę.

Psychologia pozytywna, która twierdzi, że może zmajstrować szczęście i zapewnia psychologiczne narzędzia wzmacniające korporacyjne dostosowanie, jest tym dla korporacyjnego państwa, czym dla nazistów była eugenika. To szarlataneria, która tworzy zasłonę dymną dla korporacyjnej dominacji, nadużyć i chciwości. Akademicy, którzy ją głoszą opływają w granty. Zapraszani na korporacyjne rekolekcje utwierdzają korporacyjnych pracowników w przekonaniu, że mogą odnaleźć szczęście sublimując własne „ja” w ramach korporacyjnej kultury. Uczą w gruncie rzeczy -nikt z nas nie jest przecież tak szczęśliwy, jakim być się zdaje – ukrywania niepokojów i problemów pod maską fałszywego zadowolenia.

Jakiekolwiek kwestionowanie porządku i autorytarnej formy organizacji przedstawiane jest jako odmiana zdrady, która łamie familijny, harmonijny kolektyw korporacji. Charakterem przypomina to maoizm – za jakiekolwiek podważenie korporacyjnej struktury winę ponosi jednostka, która próbuje blokować szczęście i pomyślność korporacyjnej całości.

Nasza ucieczka w zbiorowe urojenia korporacyjnej ideologii w obliczu postępującego finansowego, gospodarczego i planetarnego upadku jest równie przydatna w rozwiązywaniu problemów jak alchemia. Jednakże nadal prężnie działają uniwersyteckie wydziały, generowane są sterty pseudonaukowych dysertacji służące za akademicką patynę fantazji szczęścia i sukcesu osiągalnego poprzez pozytywne myślenie. Przekaz o tym, że możemy mieć wszystko, czego zapragniemy, jeżeli tylko wejrzymy wgłąb siebie, jeżeli naprawdę uwierzymy, że jesteśmy wyjątkowi, codziennie pompowany jest w eter za pośrednictwem reklam, fabuł programów telewizyjnych i filmów, wzmacniany przez przyprawiające o mdłości antenowe krotochwile z udziałem schludnych prezenterów. To spaczone ideologiczne soczewki, przez które oglądamy świat.

Ideologia ta potępia wszystkich krytyków społecznych, ikonoklastów, dysydentów za to, że nie szukają spełnienia w zbiorowym skandowaniu korporacyjnego stada. Dusi kreatywność i moralną autonomię. Chodzi w niej o ukształtowanie i dopasowanie do uległego i uciskanego kolektywu. Nie chodzi w niej o szczęście. Chodzi o dostosowanie, które totalitarne i korporacyjne struktury pragną narzucić tłumowi.

Tłumaczenie: exignorant

Na podobny temat

Naqoyqatsi

Krzyk

Konkurencja a powstanie psychologii

 


Larum

Zauważyłam ostatnio promocję książki Beaty Pawlikowskiej „Wyszłam z niemocy i depresji. Ty też możesz!”

Autorka książki pisze:

„Trzeba tylko zrozumieć czym jest depresja, skąd się bierze i jaki jest jej mechanizm działania.
To właśnie zrozumiałam. Wymyśliłam narzędzia. Zastosowałam. Zwyciężyłam.
Ty też możesz.”

I podniosło się larum.  Że celebrytka udziela rad, że „haniebnie żeruje na ludzkiej tragedii”, że zarabia na „poradnikowych terapiach”, że „wymyśliła sposoby, żeby zmanipulować swoją podświadomość”, jak oburza się Wojciech Łazarowicz. A tu Autorka bezczelnie głosi z okładki – uśmiechnięta jakby nieświadoma polskiej tendencji do cierpiętnictwa – że sobie pomogła i że jest to kwestia pracy nad sobą. No, szlag trafia.

 

O tym larum (znaczącym) będzie poniżej.

Książek pani Pawlikowskiej – ani podróżniczych ani innych – nie czytuję, bo po przewertowaniu jednej stwierdziłam, że nie podoba mi się ich infantylność, płytkość i „pozytywny przekaz”, który odbieram jako fałsz. Zauważam medialny lans przez depresję (i przez aborcję, ale to dla koneserów) zgodny z naszym kulturowym wzorcem samo-określenia przez odstępstwa od normy.  Zgadzam się z krytykami, że łatwe, proste metody na poważną depresję to ściema. Ale uczciwie napiszę: mamy wolny rynek cudów i jego konsekwencje. Przecież z tego wolnego rynku korzystają także psycholodzy, psychoterapeuci i inni psycho-magowie zakładając gabinety i wciskając nam kity o zdeterminowaniu naszego życia przez a priori skazanych zbrodniarzy rodziców,  o wpływie przeszłych pokoleń na nasze decyzje tu-i-teraz czy też o domniemanych fikołkach „podświadomości”.  Z wolnego rynku korzystając, psycho wydają obficie księgi o sekretach, przyciąganiach, podświadomościach, ludzkiej toksyczności, wpływach kolejności urodzenia na losy, świeckim buddyzmie i fizyce kwantowej. Mądrości te nie są niczym więcej niż własnym życiowym doświadczeniem autorów i ich chęcią zarobku. Nie wiem jednak, dlaczego pani Pawlikowska nie miałaby  „żerować haniebnie” skoro inni też żerują i czemu właśnie jej jedynej odmówić trzeba chwalebnego autorstwa kolejnej „nowej metody”. Myślę, że gdyby księgę „Ty też możesz” napisał jakiś psycho-ekspert nie byłoby żadnego oburzenia.  Wolny rynek to broń obosieczna i skoro uznaliśmy jego priorytet nad człowiekiem- to nie bądźmy hipokrytami, drodzy państwo. Jak wszyscy mogą śpiewać to wszyscy.

 

Co więcej, Pawlikowska ośmiela się posłużyć cliche znanymi z nurtu pop-psychologii. Czyż porównanie mózgu do komputera nie jest zapożyczeniem z kognitywistyki, „ty też możesz” – banałem z rozwojowego biznesu pt. „bądź skuteczny i myśl pozytywnie”? A „podświadomość” – czyż nie wylazła nam z psychoanalizy? Książka Pawlikowskiej wydaje się karykaturą „eksperckich” poradników. I stąd oburzenie psycho.

Marta Głowacka,  z Laboratorium Psychoedukacji, robi taką woltę:

„Mamy wolność słowa, każdy może pisać i wydawać, co chce. Jeśli jednak dorośli ludzie wierzą, że jedna publikacja pozwoli im wyjść z depresji, to są po prostu nieodpowiedzialni.”
Tak jak nie ma w tej dyskusji zgody na wolny rynek (jest pozorna), tak samo nie ma zgody na wolny wybór jednostki, ponieważ warunkiem korzystania z wolności ma być jednostkowa, oceniana przez zewnętrznego eksperta „odpowiedzialność”.  To drugi motyw – po „wolnym rynku” – w larum dookoła Pawlikowskiej: „odpowiedzialność” („dorosłość” a także dalej: rozsądek, rozum).  Tadeusz Reimus, psychoterapeuta z Centrum Dobrej Terapii, po ojcowsku mówi nam:
„taka literatura powinna być rozpatrywana jako beletrystyka, a nie kliniczna terapia”.

Continue reading


Krzyk

beksinski-obrazy-90-0594Ludzie dotknięci analgezją nie odczuwają fizycznego bólu. Żyją krótko, na granicy przetrwania, pozbawieni ważnej, choć nieprzyjemnej informacji zwrotnej o zagrożeniu.

My też -jako zbiorowość- pozbawiamy się takiego mechanizmu, uciekając przed cierpieniem. Media, jak co roku jesienią, podjęły bohatersko temat depresji. Medonet wzrusza nas prostym zestawieniem. Abstrahując od manipulacji pojęciem „depresja” i  umedycznieniem smutku, uderza mnie – jako znaczący – sposób w jaki zostały zestawione statystyki.

Najpierw dostajemy oszacowaną liczbę ludności dotkniętych depresją (350 mln), także w ujęciu procentowym. Potem: roczne światowe ekonomiczne koszty depresji. Sytuacja w Polsce i rosnące statystyki samobójstw. No i dalej: tysiące lat produktywności utraconej (a to cios dla kraju na  drodze nieustannego rozwoju), potworne obciążenia ZUSu (co z naszymi emeryturami!?) i liczona w latach absencja (my tu zapieprzamy a oni…).

Całość mam wrażenie nastawiona na obraz: tak, depresja to straszna choroba, która wycofuje z rynku osoby w wieku produkcyjnym, obniża efektywność pracy i obciąża ZUS. Niszczy rozwój i strzelające w niebo wykresy. I ciągle za mało pomocy. Bo jakbyśmy zaczęli terapeutyzować się wszyscy to problem depresji zostałby rozwiązany… NFZ ciągle za mało wydaje na pomoc depresantom, sugeruje zestawienie.

Skąd ten alarm?

Ano stąd że depresja to bunt, to bezczelna ucieczka. Jak pokazuje zestawienie Medonetu czarno na białym, choć w podtekście: depresja to bunt przeciwko kulturze produktywności.

Z wypowiedzi psycholog Magdaleny Nowickiej (podkreślenia moje):

„Teorie socjobiologiczne zakładają, że depresja to forma reakcji adaptacyjnej, która nakazuje zwolnić, zawiesić życiową działalność po to, żeby organizm zregenerował siły, których mu zabrakło. Zaburzenia depresyjne są znakiem naszych czasów. Przez zawrotne tempo życia przestajemy dostrzegać rzeczy, które sprawiają nam radość. Funkcjonując w ciągłym pędzie nie możemy pozwolić sobie na dłuższy odpoczynek, bo sądzimy, że powinniśmy skupić się na karierze, zarobkach i konsumpcji. W pewnym momencie doprowadzamy do stanu, w którym nasz organizm odmawia posłuszeństwa i odczuwa potrzebę wytchnienia. Patrząc z tej perspektywy, coraz częściej narażamy się na wyczerpanie tych pokładów i nie zawsze potrafimy uporać się z pędem naszego świata.”

Już miałam nadzieję na jakieś konstruktywne wnioski w dyskursie publicznym. Na moment prawdy, odwagi. Ale nie. Jednostka w mediach nie tylko jest bezczelnym hamulcowym rozwoju i produktywności kraju, ciężkim kosztem obarczającym instytucje, ale i ciąży na niej odpowiedzialność za swoje własne dostosowanie do szaleństwa i za swój brak  produktywności. Wolny najmita zostaje obarczony odpowiedzialnością za samodzielny (samotny) i pozorny (bo wyboru de facto nie ma)  wybór złotego środka między fizjologią a bezwzględnymi wymaganiami Rynku. Tego złotego środka nie oferują jednostce ani instytucje ani eksperci. Ani też sam Rynek.

Z poziomu jednostki, a nawet lokalnego, nie rozwiąże się globalnych problemów. Jednak myśl, że „tempo życia”, „pęd” ani „konsumpcja” nie są żadnym wyborem jednostki a zostały narzucone przez jakąś Zewnętrzność nie postała w głowie miłej pani. Już trzydzieści lat temu Ulrich Beck (jak ten czas leci…) wieścił śmierć ahistorycznej i zamkniętej na zewnętrzne uwarunkowania psychologii. Tu się mylił, ludzka głupota jest bezdenna. Perspektywa psychologiczna – tak jakby człowiek był wykorzeniony ze społeczeństwa, polityki, ekonomii i dotyku ziemi – nie zmieniła się. Nadal w terapii klient urabiany jest w bieżącej narracji neoliberalnej służącej potrzebom Rynku i Systemu. Na przykład, w wypracowaniu o terapii psychodynamicznej czytam:

„W trakcie terapii pacjent staje się bardziej świadomy, że to on jest w większości autorem swojego życia, a nie okoliczności zewnętrzne. Jednak, żeby do tego doszło niezbędny jest czas.”

Dalej, jako pozytywne rezultaty terapii widnieje:

„redukcja uciążliwych objawów, przywrócenie zablokowanych form aktywności, uruchomienie adekwatnych, a co za tym idzie mniej destruktywnych adaptacji do zróżnicowanych sytuacji życiowych oraz realizacja zadań rozwojowych właściwych dla etapu życia pacjenta” .

Czytaj: elastyczność i iluzja samo-stanowienia. Depresja to obciążenie dla Systemu, trzeba więc ją zaetykietować („choroba”) i leczyć (łagodzić w imię produktywności). W gabinetach terapeutycznych cierpienie tu-i-teraz przekierowywane jest na przeszłość (rekonstrukcja „toksycznego dzieciństwa”). Lub też klienci przechodzą łagodne pranie mózgu (stąd: „niezbędny jest czas…”) w stronę „Ja jestem ok, ty jesteś ok i świat jest ok”, co jest oczywistą gównoprawdą. Tak jakby cierpienie klienta nie niosło ze sobą żadnych treści dotyczących rzeczywistości społecznej, kulturowej czy gospodarczej a było jedynie jakimś wyskokiem jednostkowej nieokiełznanej nieświadomości, błędem postrzegania czy wadą systemu nerwowego… Oczywiście, klienci zaakceptują takie przyczyny swojego stanu i z pewnością w jednostkowych przypadkach takie paradygmaty są przydatne. Któż nie chciałby mieć choć iluzji kontroli?

Trzydzieści lat temu  Ulrich Beck pisał (i tu się nie mylił) o tym, że współczesna jednostka w ramach swojej biografii i wobec rozpadu dotychczasowych więzi i narracji społecznych (w tym klas społecznych, rodziny nuklearnej, ścieżek rozwoju zawodowego) przejmuje na siebie ryzyko generowane przez współczesną cywilizację. Rynek najlepiej widziałby w nas jedynie samotne jednostki, nieskończenie mobilne i elastyczne oraz skłonne do wydania pieniędzy na produkowane bezwartościowe „dobra” kosztem – nieoszacowanym, ukrywanym- równowagi ekologicznej. I tak, jednostka boryka się z płynnym i oferującym bezsensowne zajęcia rynkiem pracy- a uczestnictwo w rynku pracy określa współcześnie jej tożsamość. Podejmuje ryzyko zdobycia wykształcenia, które nie gwarantuje żadnej ścieżki rozwoju zawodowego, ale jest wymagane przez instytucje. Codziennym pośpiechem i zmęczeniem próbuje także pogodzić rozrodczość i prawa kobiet z wymaganiami rynku.  W domach poszczególnych jednostek, wśród konfliktów (przerabianych na terapiach par) rodzą się nowe, płynne role kobiet i mężczyzn. Jednocześnie jednostka styka się ze schizofreniczną narracją twierdzącą, że świat jest stabilny, zarządzany, że postęp , że rozwój, że świetlana przyszłość, że natura, że oczywiste, że jest Ktoś Kto Wie (i kto każe jednostce wybierać). Jednostka nie ma jak ukryć się przed zagrożeniami ekologicznymi (promieniowanie, substancje niebezpieczne, niezdrowa żywność, hałas etc) – skażenie przyrody i zmiany klimatu są (i tylko one) naprawdę demokratyczne. Co więcej, jednostka – pozbawiona wiedzy specjalistycznej – jest skazana na zaufanie ekspertom i na akceptację narzuconych przez nich norm (czyli de facto-wyrażonej przez instytucje zgody na trucie). Niestety, wbrew temu, co głoszą zwolennicy tego Świetlanego Postępu i Nowego Pięknego Świata, jednostka nie jest w swoich wyborach wolna. Jest dogłębnie, od początku życia, od aspiracji po definicję sukcesu, sterowana przez instytucje i ekspertów i postawiona wobec głębokiej irracjonalności uspokajających narracji. Wobec zmian klimatycznych, ekologicznych zagrożeń, nadmiaru, sztuczności, pustki i narzuconej ścieżki życia pozostaje bezradna– nawet jeśli jest tej pustki i zmian świadoma.

Świadomość bezradności to piekło. Continue reading


Ten wstrętny, mały sabotażysta

 cb0fe9de002806cf476e260aZatajenie grzechu ciężkiego jest grzechem ciężkim, wtedy mówi się o świętokradczej spowiedzi. Świętokradcza spowiedź (zatajenie grzechów ciężkich) powoduje nie tylko konieczność wyznania tego grzechu i grzechu zatajenia. Spowiedź taka jest nieważna, a więc żaden grzech ciężki wypowiedziany podczas tamtej (tamtych) spowiedzi świętokradczej nie został Ci odpuszczony. Musisz wyznać wszystkie grzechy ciężkie od ostatniej dobrej spowiedzi. Każda komunia święta przyjęta po spowiedzi świętokradczej czyli (lub) w stanie grzechu ciężkiego jest grzechem ciężkim, z którego też trzeba się wyspowiadać.

Forum Katolik

 

Jeśli spowiadający się zwleka lub zapomniał grzechy, to kapłan może zadawać naprowadzające pytania.

Wikipedia

 

Zwrócił moją uwagę pewien forumowy post:

 

Witam. Od kilku miesięcy uczestniczę w terapii poznawczo-behawioralnej, ze względu na występowanie depresji z lękiem panicznym. Po kilku spotkaniach z terapeutą (dodam że nie biorę żadnych leków) lęk paniczny ustąpił. Czasem pojawia się złe samopoczucie, ale jestem w stanie przejść przez to znacznie lepiej niż przed terapią. Niestety terapia zaczyna mnie męczyć i stanęła jakby w miejscu. Wiem, że jeszcze nie wszystko przerobiłam tak jak należy i wiem też że to jeszcze nie czas aby przerwać ten proces, ale wielokrotnie w czasie terapii mam opór wobec terapeuty i nie daję rady, aby o wszystkim mówić. Z drugiej strony boję się, że to może spowolnić cały jej przebieg i nie doprowadzić do poznania całej prawdy o mnie, ale całkowite otwarcie się przed kimś jest dla mnie nie do przeskoczenia. Nie wiem co z tym zrobić, być może źle trafiłam z wyborem terapeuty, ale lękiem napawa mnie rozpoczynanie tego procesu z kimś innym i przechodzenie tego znowu od samego początku. Czy to zdarza się podczas terapii i należy nad tym pracować czy zmuszanie się nie ma sensu?

i fragment odpowiedzi eksperta od dusz:

Szanowna Pani,
…Tym co przychodzi z łatwością, w czym jest Pani mocna nie trzeba się raczej w psychoterapii zajmować. Gdy natomiast pojawia się w rozmowach trudność, silne napięcie wewnętrzne czy lęk, to jest to zwykle znak, że właśnie natknęła się Pani na coś co jest dla Pani rzeczywiście trudne. Jeśli trudne w relacji z terapeutą to może wskazuje to na jakieś trudności w normalnym życiu. Stąd warto rozważyć czy nie chciałaby Pani warto uczynić tych trudności tematem kolejnych spotkań. W końcu podjęła Pani psychoterapię nie dlatego, że wszystko przychodzi Pani z łatwością.

Popularny obraz „oporu w terapii” (tego „małego sabotażysty” :)) znajdziemy tutaj:

lub tutaj

a tutaj wypracowanie o bezczelnych, trudnych klientach.

***

W wypowiedzi Autorki uderzyło mnie zdanie „to może spowolnić cały jej przebieg i nie doprowadzić do poznania całej prawdy o mnie” jako charakterystyczne. Po pierwsze zdradza wielką naiwność, jeśli nie młodzieńczą głupotę piszącej osoby, która wierzy, że da się wszystko „przerobić tak jak należy”, „przebieg” ma być szybki i że ktokolwiek na świecie zada sobie trud „poznania całej prawdy ” o niej. Jakie to typowe!

Zadziwia mnie też głupota wiary, że da się żyć bez trudności (i sugestia, że psychoterapia je rozwiąże), ale płytkie psycho-slogany już mnie tak brzydzą, że nie będę ich komentować.

Nieprawdą bowiem jest, że przełom, rozwój czy refleksja dokonać się mogą skutecznie tylko w „mówieniu do terapeuty” i że to „mówienie” jest odzwierciedleniem „trudności w życiu”- bo rozmawia się w różny sposób z różnymi osobami w różnych pozycjach i rangach. To „trzeba mówić” jest jedynie założeniem, paradygmatem „terapii mówionej”- choć traktowane jak oczywistość. „Postęp w terapii” nie jest tożsamy z samo-rozwojem, mądrością czy rozszerzeniem duszy, jest technicznym pojęciem z podręczników psychoterapii. No i ile rzeczy dzieje się w milczeniu, w ciszy, w zaciszu! Działają obrazy, muzyka, cytaty, słowa (które uderzają jak obuchem), sny, historie zawarte w książkach czy filmach. „Działa” to, co „zrobi się”, „powie się”, „przeżyje przed sobą, a nie widownią. No i, proszę wybaczyć truizm: jest się ze sobą, „pracuje się nad sobą” czy obserwuje swoje wewnętrzne zmiany, kryzysy, progi, duszy poruszenia – całe życie. Cała w tym rozkosz życia właśnie.

Oczywistą przeszkodą, źródłem oporu, jest sztuczność „relacji terapeutycznej” sama w sobie: nierównowaga sił i auto-prezentacji, upokarzająca pozycja „pacjenta” jako „leczonego”, „zaburzonego”, z „trudnościami” i upokarzająca pozycja terapeuty, jako działającego dla bliżej nieokreślonego „dobra” – czasem wbrew swoim uczuciom (sławetna a nieistniejąca „neutralność światopoglądowa”). Oczywiste jest, że nie opowiada się nikomu niczego intymnego po pięciu godzinach jednostronnej, przypadkowej (nie)znajomości. Ba! pozostają sekrety, których nie wyjawia się nawet bliskim i to latami… Nie sprzyjają budowie zaufania ramy terapii – trudno zwierzać się na minuty, w wytyczonym dniu i godzinie. To, w jaki sposób terapeuci opowiadają o oporze („sabotażysta”) ma budzić poczucie winy klienta (nieuczciwość w relacji, oj ty brzydulku…) i poczucie zagrożenia (jak nie powiem wszystkiego, proces nie będzie przebiegał „prawidłowo”- jak w cytacie).  By pobudzić skłonność do mówienia „prawdy, całej prawdy i tylko prawdy” stosuje się delikatne naciski: płatności za godziny (im dłużej milczysz tym więcej cię to kosztuje), tykający zegar; propagandę, w której opór jest „sabotażystą” a sam klient -„trudny” (fuj!). Zauważono, że skłonność do znaczących zwierzeń pojawia się pod koniec sesji. Lacan stosował więc naciski mniej delikatne: by zbudować napięcie, że sesja się zaraz zakończy, przerywał ją w dowolnym momencie, nie pobierał opłat lub pobierał je bez ładu i składu. Stąd także technika „odsłaniania się”, gdy terapeuta rzuca jakiś kawałek „prywatny” (wymyślony lub przygotowany pod dany przypadek), by wymusić wzajemnością kolejne zeznania.

Z czym kojarzy mi się motyw „oporu” i jego „przełamywania” w narracji psychoterapeutycznej, tej namiastki sensu dla mas? Po pierwsze, z totalitaryzmem, gdzie prywatność, intymność czy indywidualność nie mają prawa zaistnieć. Po drugie, z mechanizmem sekty, gdzie… – jak wyżej. Po trzecie z gwałtem, bo pośpiechem gwałcona jest intymność, czystość. Po czwarte, ze społeczeństwem zbudowanym nie na namacalnym a na opowieści. I wreszcie, last but not least, z mechanizmem spowiedzi w Kościele Katolickim. Continue reading


Wewnętrzne dzieci (3)-Twarz Innego

m-anima017„Dziecko”, „wewnętrzne dziecko” jako współczesny obraz Innego w szerokim cytacie z „Kultury indywidualizmu” Małgorzaty Jacyno.

Część pierwsza

Część druga

I moja smutna myśl na marginesie o tym, że nie ma już inteligencji a rodzi się zdziecinniała miejska klasa średnia z głowami zanurzonymi w psycho-kulturze (poddana psycho-magikom, narracji pop-psychologii i oczywistym „prawom rynku”). Klasa średnia wyrosła z cwanego plebejstwa i bawiąca się jak plebejusze, ględząca o najnowszych gadżetach, „nowych opcjach”, „relacjach”, „wewnętrznych dzieciach”, „kryzysie męskości” wobec coraz szybszego konania własnej kultury, własnej cywilizacji i własnej, jedynej, Ziemi.

Na Titanicu też grali do końca.

Bawmy się więc – jak dzieci.

 

„Przez odchylenia  od normy […] a nie przez „bohaterskie wyczyny” jednostki budują doświadczenie własnej indywidualności. Tym samym przez proces indywidualizacji dokonuje się systematyczne włączanie tego, co było eliminowane i reprezentowane przez Innego. Inny- dziecko, szaleniec, przestępca – reprezentuje to, co nie zostało zdyscyplinowane i to, czemu przysługuje jakaś forma życia poza normą. Inny doświadcza zatem życia w sposób bardziej wolny bo niezracjonalizowany.

 Doświadczeniem Innego jest właśnie „pełne życie”, o które chodzi w etosie „nowej klasy średniej” […] Uprzywilejowane znaczenie etos „nowej klasy średniej” zdaje się przypisywać pozycji dziecka. Poszukiwanie „wewnętrznego dziecka”, „spontaniczność i naiwność dziecka”, bycie i doświadczanie „jak dziecko” to popularne dzisiaj formuły poszukiwania i odzyskiwania „pełnego życia”, a zwłaszcza jednej jego wersji, a mianowicie autentyczności, a autentyczność […] jest nie tylko wartością, ale wręcz świętością współczesnej kultury.

Wydaje się, że to dziecko, a nie na przykład kobieta, jest paradygmatycznym Innym współczesnej kultury indywidualizmu.  Oprócz autentyczności, pozycji dziecka przypisane są bowiem także inne atrybuty, które dobrze współgrają z etosem „nowej klasy średniej”. Aktualne doświadczenie dziecka to „bycie nikim”, ale  równoważone jest ono przez otwartą możliwość bycia wszystkim w przyszłości. Doświadczenie aktualnej nieklasyfikalności to także przypisywany dziecku hermafrodytyzm.  Odpowiednikiem braku „wyraźnego kształtu ciała” jest tu brak tożsamości. Wolność związana z pozycją dziecka to otwartość na doświadczenia, poszerzona świadomość, nieinstrumentalny stosunek do rzeczywistości i nieuwarunkowany przez utylitarny motyw sposób widzenia świata. Wolność, jak jest udziałem dziecka, to wolność w doświadczaniu związana z brakiem doświadczenia. Brak przeszłości lub przeszłość zbyt krótka, by mogła determinować oraz nieoswojenie z pragmatycznym motywem pozwalają w dodatku żyć dziecku cały czas teraźniejszością, czyli nie odkładając życia „na potem”. Dziecko nie potrafi tez intelektualizować czy racjonalizować  tego, co doświadcza.  Z doświadczeniem radzi sobie za to w jedyny znany sobie sposób: po prostu je doświadcza. Pozycja dziecka daje strukturalną gwarancję tego, że życie nie będzie oszczędzane na „czarną godzinę”.

 Przywilejem dziecka jest ponadto nieświadomość konieczności rządzących światem. Każdy z nas […] zaczyna życie jako bourgeois. Ten sposób życia kończy się wraz z utratą przekonania o możliwości magicznego wpływania na ludzi i rzeczywistość. Przekonanie, że wszystko jest możliwe i doświadczenia posiadania magicznej siły oddziaływania na innych (rodziców) jest jeszcze naiwnym odpowiednikiem dojrzałej już jej wersji charakterystycznej dla etosu „nowej klasy średniej”, a wyrażającej się w odmowie przyznania światu znaczenia „twardej” rzeczywistości i postrzegania jej jako „konstruktu”. Światem, widzianym przez dziecko nie rządzą przecież żadne twarde zależności przyczynowo- skutkowe.

Continue reading


Wewnętrzne dzieci (2)-Pozorna wolność

img010 Rozwijaj siłę ducha aby mogła cię osłonić w nagłym nieszczęściu. Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności.

Dezyderata Max Ehrmann

 

Po narracji dziecka wewnętrznego w zderzeniu z konkretem w majakach niejakiego pana Jagieły, z czego naśmiewałam się infantylnie tutaj, przyszedł czas na bardziej dorosłe potraktowanie tematu. I – powtórzę swoje zastrzeżenia- nie chodzi o technikę pracy terapeutycznej (bo w gabinecie można sobie wymyślać, co się chce, jeśli ktoś wierzy, że pomaga), ale o pop-kulturową narrację, która brzmi mniej więcej tak: „każdy z nas ma w sobie zranioną w dzieciństwie część psychiki (Dziecko). Należy ją uzdrowić a wtedy będziemy zdolni do odczuwania prawdziwej radości z życia i będzie się nam szczęściło w związkach i pracy.” Na liście benefitów widnieje uwolnienie się od lęku (przed odrzuceniem, oceną, porażką), od kompulsywnych dziecięcych reakcji (obrażanie się, obwinianie się) czy od samo-destrukcji (pracoholizm, perfekcjonizm). Koncepcja prosta jak drut i jak każda obietnica zbawienia – fałszywa.

Kilka refleksji o tym, co jest (być może) pod taką opowieścią o nas samych. Niby nic, takie pitolenie o wyobrażonych dzieciach, ale wydaje mi się ważne jakimi obrazami się posługujemy (czytaj: ograniczamy).

*

Dziecko-niesklasyfikowany potencjał

Pragnienie „pełnego życia” to pragnienie życia „nieujętego” przez klasyfikacje. Klasyfikowanie jednostek to podstawowy sposób dyscyplinowania jednostek, także przez dyscyplinowanie ich pragnień. […] Antyinstytucjonalne nastroje, żądania odbiurokratyzowania sposobów działania, sprzeciw wobec stygmatyzacji chorych i przestępców a także kompromitowanie eksperckich „raportów” mają swoje źródło w odmowie bycia sklasyfikowanym […]. Pozycji dziecka, chorego i przestępcy przypisane zostało doświadczenie większej wolności, ponieważ jest to wolność „nieznormalizowana” czyli niezharmonizowana z ofertą systemu”.

Co mnie uderza jako pierwsze: mowa jest o „dziecku”. Żadnych łamańców w stylu „wewnętrznej dziewczynki” (w zabójczo różowych legginsach) czy „wewnętrznego chłopczyka” (w krótkich portkach). „Dziecko” jest płciowo nieokreślone i w zasadzie oznacza pozycję – względem Rodzica/Dorosłego. Nie byłoby „dziecka”, gdyby nikt nie posługiwał się pojęciem „dorosłego”. Mówiąc o sobie, że jesteśmy „dziećmi dużymi”, „dorosłymi dziećmi” przekazujemy, że określamy się wobec kogoś wyżej postawionego, silniejszego czy mądrzejszego.

„Dziecko” pozostaje niedookreślone być może również dlatego, że miejska klasa średnia (a piszemy o bajce tej klasy a nie o fantazjach chłopskich czy robotniczych) chce pozostać nieklasyfikowalna. Klasyfikacja oznacza – w definicji lat 60 – ograniczenie, zamknięcie, twardość, sztywną ścieżkę kariery. Otacza nas jednak płynny świat oferujący (pozornie) nieograniczone możliwości: możemy być być akauntem tu, specjalistą tam, turystą i bloggerem jeszcze gdzieś indziej a jednocześnie neowieśniakiem, cyklistą i vege oddającym się z zapałem garncarstwu raz na rok. Wybór lajfsajlu (drogi życiowej a także mieszczańskiej „pasji”) wydaje się być nieograniczony a zamach na ten wybór traktowany jest jako zamach na faktyczną wolność. „Dziecko” oznacza także pełen nadziei potencjał; zgodnie z fantazją naszych czasów, jest „białą kartą”, zdolną do rozwoju w wielu kierunkach, do „rozlania ku Pełni”, odrodzenia.

*

Praca z dzieckiem wewnętrznym- wykoślawiony wzrost

…odkrywanie w sobie dziecka, traumatycznych doświadczeń w przeszłości albo destrukcyjnych czy autodestrukcyjnych skłonności, „szalonych” pragnień to indywidualizowanie się…. Za tym neurotycznym i hipochondrycznym motywem ukrywa się zawsze nadzieja na odkrycie w sobie czegoś, co nie spełnia normy, daje doświadczenie „wykluczenia” i bycia na „marginesie”.

Proces odkrywania „dziecka wewnętrznego” – nazwania figury, wyobrażenia jej, konfrontacji z uczuciami „dziecka” i trudnymi wspomnieniami, odreagowanie emocji, otoczenie opieką/uleczenie przez dorosłego – wydaje się  synonimem procesu indywiduacji. „Uzdrowienie wewnętrznego dziecka” to obraz analogiczny do wzrostu, łażenia po łodygach fasoli, wspinania się po drabinach czy podróży. Jednak uderza, że ta koncepcja jest wewnętrznie niespójna. Dorosły ma leczyć miłością zaniedbane, więc i niezdolne do kochania Dziecko, które jest paradoksalnie jedynym – wyschłym przecież, chorym – źródłem miłości. Jakim cudem Dorosły, który nie zaznał jako Dziecko ani troski ani współczucia ani miłości ma nagle otoczyć siebie troską, współczuciem i miłością – nie wiadomo.

Indywiduacja oznacza tu proces rozszerzania świadomego, podobnie jak w psychoanalizie. Teren poza dobrem i złem, Dzikie Pola zaanektowane zostają pod „rozwój” (NB. analogia do zaanektowania Puszczy Białowieskiej, przypisywanej katolickiemu fundamentalizmowi – aneksja Dzikiego to podobna bajka, głębsza niż narracja chrześcijańska). A rozwój sprowadza się do podtrzymywania zdolności do świeżości odczuwania, do indywidualnej zdolności do rozszerzania doznań (cieszenia się jak dziecko, okazywania spontaniczności dziecka, dziecięcej radości twórczej). Kontrolowane „nie bycie w normie” jest wszak na topie – z procesu akulturacji lat 90′ pamiętam ogłoszenia o pracę i listy motywacyjne, gdzie słowo „kreatywność” było odmieniane przez wszystkie przypadki, nawet jeśli dotyczyło stanowiska sekretarki czy kasjera. Odchylenie od normy jest modne, pozwala jednostce na samo-zdefiniowanie się (ref. pojęcie „pozytywnie zakręcony”). Co uderza, to pomysł, że nie Dorosły a dziecięca (niedojrzała) część psychiki ma być źródłem twórczości/kreatywności/radości. O męce tworzenia, o jego związku z cierpieniem, bólem, furią, buntem, powtarzalnymi ćwiczeniami, zaburzeniem psychicznym- ani słowa.

*

Dziecko- twarz miękkiej rzeczywistości

You say you’ll change the constitution
Well, you know
We all want to change your head
You tell me it’s the institution
Well, you know
You’d better free your mind instead

Revolution The Beatles Continue reading


Kocioł gniewu

Order-PrintPrawda, że żyjemy w wielkiej, cudownej (e-)bibliotece? (Uuuk!) Zawsze fascynowało mnie to, że książki gadają ze sobą, choć autorzy książkowych memów dawno nie żyją. Ba! Nawet nie mieliby okazji ze sobą porozmawiać. A tu pod piórem Heatha&Pottera Hobbes spiera się z Freudem o istnienie popędu śmierci i konstytucję społeczeństwa. Wrodzony popęd agresji, mówi Freud. To tylko lęk, odpowiada Hobbes. Dyskusja wokół zarządzania ludem przez brak zaufania. Jakże to na czasie w naszym kraju!

A idzie to tak…

„Freud całkowicie się zgadzał z twierdzeniem Hobbesa, że bez reguł i przepisów rządzących życiem człowieka cywilizowanego życie byłoby „samotne, biedne, bez słońca, zwierzęce i krótkie”. Choć człowiek pierwotny cieszył się większą swobodą w zaspokajaniu swoich popędów, „miał bardzo małą pewność, że długo nacieszy się swoim szczęściem” – pisał Freud. W przeciwieństwie do Hobbesa twierdził jednak, że niepewność naturalnego stanu człowieka odzwierciedla istotny fakt dotyczący ludzkiej duszy. Dowodził, że skoro współpraca daje tak oczywiste korzyści, to niepewność „naturalnego stanu” ujawnia, jak potężny musi być popęd skłaniający ku agresywnemu lub brutalnemu zachowaniu.

W pracy „Kultura jako źródło cierpień” Freud pisze: „Wskutek tej pierwotnej wrogości ludzi wobec siebie nawzajem społeczeństwu kulturalnemu stale grozi rozpad. Nie powstrzymają tego interesy wspólnoty pracy, namiętności popędowe są bowiem silniejsze od interesów racjonalnych”. Argumentacja ta jest błędna, ale w bardzo pouczający sposób. Freud zauważa, że na „wspólnocie pracy” możemy ogromnie zyskać. Rozum podpowiada więc, że powinniśmy się zachowywać w sposób cywilizowany i wnosić coś od siebie, uczestnicząc we wspólnych projektach. Fakt, że tak często nie podejmujemy współpracy i trudno nam działać razem, dowodzi, iż nasze bardziej aspołeczne skłonności – agresywne popędy- są nadzwyczaj silne. Gdyby te „namiętności popędowe” nie były tak potężne, nie mogłyby wziąć góry nad interesem, który mamy w ogromnych korzyściach we współpracy. Stworzenie cywilizacji musi być rzeczywiście nie lada zadaniem, skoro wymaga od nas tłumienia tych nadzwyczaj silnych popędów.

Continue reading


Kulturowe ograniczenia psychoterapii (4)

088Lokalne systemy leczenia to – za „Psychologią kulturową”„przekonania i praktyki terapeutyczne zakorzenione w danej kulturze, które nie zostały zapożyczone z innych kultur (ani „wyeksportowane” do innych społeczeństw), lecz powstały po to, aby pomagać członkom konkretnej grupy kulturowej.”

Oczywiste jest, że każda kultura wytwarza swoje metody łagodzenia zaburzeń psychicznych. To banał: psychoterapia ma podłoże kulturowe, zdaje się koncentrować na tym, co członkowie danego społeczeństwa uznają za przyczynę zaburzenia. W naszej kulturze dominuje „wpływ doświadczeń dziecięcych” i „biologia mózgu”, jesteśmy też oswajani ostatnio z „opętaniem diabelskim” :). Pytanie „co zamiast psychoterapii?” uważam więc za bezzasadne. Nie da się zmienić jednego elementu kultury nie zmieniając innych. Psychoterapia – „zachodnia”, „naukowa” etc – sprowadzająca się właściwie do specyficznej rozmowy i kontaktu społecznego – wyrasta z systemu gospodarczego i społecznego, z wartości konkurencji, emocjoholizmu i indywidualizmu oraz zapotrzebowania na samosterujące się, ustandaryzowane określonymi lajfstajlami społeczeństwo (wartość „adaptacji”, norma „zdrowia”, pojęcie „jakości życia”, „szczęścia”). Pochodzi z niepodważalnej wartości racjonalizmu – stąd na przykład durnota wciskana klientom, że zmiana/koniec cierpienia związany jest z tym, że „klient chce”. Łączy się z wartością pracy – mówi się więc o „pracy nad sobą”, o Ja jako projekcie. Przy tym układzie kulturowym nie ma możliwości innego leczenia ani innej narracji o psychicznych zmianach. Formy leczenia zmienią się, gdy zmieni się kulturowa narracja i system wartości.

Więcej o podłożu kulturowym psychoterapii:

socjogeneza relacji terapeutycznej

indywidualizm

narcyzm kulturowy

A dziś o innych wartościach i narracjach, z których wypływa taka a nie inna metoda leczenia. Z naszego punktu widzenia – egzotyczna:

„Lokalne metody leczenia często wyraźnie się różnią od zachodnich koncepcji terapeutycznych. Na przykład wiele specyficznych kulturowo metod leczenia jest zakorzenionych w religii i w duchowości, a nie w biomedycynie. Badanie przeprowadzone w szesnastu kulturach niezachodnich ujawniło pewne cechy wspólne miejscowych praktyk leczniczych. Jedno z tych podobieństw polega na tym, że specyficzne kulturowo metody terapeutyczne w dużym stopniu opierają się na sieciach wsparcia w rodzinie i w społeczności lokalnej, traktowanych zarówno jako kontekst leczenia, jak i jako narzędzie terapeutyczne. Na przykład w Arabii Saudyjskiej środowisko rodzinne i społeczność lokalna wykorzystywane są do zapewnienia ochrony osobie cierpiącej na zaburzenia psychiczne, w Korei – do ponownego połączenia i zintegrowania pacjenta z członkami rodziny, a w Nigerii –  do rozwiązywania problemów w kontekście grupowym. Kolejne podobieństwo polega na włączeniu w terapię tradycyjnych przekonań religijnych i duchowych, na przykład poprzez czytanie wersetów Koranu, rozpoczynanie sesji terapeutycznych modlitwą, czy tez prowadzenie terapii w świątyniach lub innych miejscach kultu religijnego. Ostatnia z zaobserwowanych w tym badaniu cech wspólnych wiąże się z wykorzystaniem pomocy szamanów w procesie terapeutycznym. Continue reading


Nasz sen nieudacznika

obraz_surrealizmBardzo się cieszę, gdy znajduję blogi (szukam rzadko, fakt), których Autorzy próbują znaleźć inną, alternatywną narrację o człowieku i świecie. Takim blogiem jest www.blowminder.com autorstwa Katarzyny Wiekiery, gdzie znalazłam artykuł  „Koniec snu. Dlaczego śpimy krócej i coraz mniej spokojnie”. Za pozwoleniem Autorki przytaczam fragment poniżej. Nie da się ukryć, że dawno odeszliśmy od naturalnego rytmu przyrody i funkcjonowania naszych organizmów. O psychice – przeładowanej śmieciowymi informacjami i nadmiarem bodźców nie wspomnę, podobnie jak o braku przestrzeni i spokoju na poczęcie i wychowanie dziecka. Tresowani jesteśmy w „szybciej, lepiej, wyżej” a jak zaboli przykłada się nam maseczkę pt. pogadanka z psycho czy błyskawiczny kurs „mindfulness” – zresztą starannie wpisane w grafik. Homo sapiens sapiens to wszak istota elastyczna. Tylko gdzieś jest ta granica. I piszę to ja, przewlekle bezsenny Jarząbek ;).

„Choć trudno w to uwierzyć jeszcze na początku XX wieku spaliśmy po 10 godzin na dobę. Poprzednie pokolenie na sen przeznaczało już tylko około 8 godzin. Dziś śpimy średnio 6,5 godziny i jesteśmy z tego powodu dumni. Wszystko za sprawą wymogów wydajności i produktywności, które reorganizują nasze życia.

Jonathan Crary w książce 24/7. Późny kapitalizm i koniec snu” przekonuje, że podstawowego prawa do snu pozbawiają nas siły wolnego rynku. Jego książka to manifest polityczny, który nawołuje do buntu poprzez odzyskanie prawa do snu i odpoczynku.

W mieście znika noc, z nieba znikają gwiazdy a z naszych głów znikają sny

Sen znika z naszego życia stopniowo. Najpierw pojawiła się się niechęć do długiego spania – jako powód do dumy stanowiła element protestanckiej etyki, z której wyrósł kapitalizm. Dzisiejsze problemy ze snem biorą się jednak z doprowadzonej do skrajności konieczności bycia dostępnym w trybie 24/7.

Kapitalizm żąda od nas wysiłku i pośpiechu. Mamy być ciągle zajęci, iść tylko do przodu, bez przystanku na oddech czy refleksję nad sobą. Mamy wciąż awansować, zdobywać więcej prestiżu i kupować coraz więcej coraz to nowych przedmiotów. Ideał to konsument, który poprzez to co posiada i kim jest zdobywa społeczne uznanie. (Jak radzić sobie z kulturową presją sukcesu, który oznacza dziś wpływy i posiadanie, pisałam w poście: JOB SNOBBERY).

Ślepe pożądanie zdobyczy współczesności, życie w cyklu 24/7, sztuczne światło na zawołanie, sprzęt elektronicznym służący pracy i rozrywce niszczą standardy snu, zmieniając nasze życie w chroniczny jetlag. Rośnie odsetek osób, które budzą się w nocy tylko po to, by sprawdzić wiadomości i skrzynkę pocztową. Uważamy, że możemy sen pominąć, wypić więcej kawy, odłożyć, wypić jeszcze więcej kawy, zignorować.

Jedną z przyczyn spadku jakości snów jest światło emitowane przez urządzenia działające 24/7. Sen staje się coraz krótszy i coraz bardziej niespokojny. Niektórzy mimo to twierdzą, że sen polifazowy (15-minutowe drzemki co cztery godziny) to nasza świetlana przyszłość, która da nam jeszcze więcej czasu na pracę, rozrywkę i konsumpcję.

Nie mamy szacunku dla życia kontemplacyjnego czy życia w wolnym tempie. Zapominamy, że dobry sen działa jak najlepsze lekarstwo. Zamiast posłuchać rady Einsteina, który zalecał 10 godzin snu wybieramy rozkaz Napoleona, który mówił:

Sześć godzin snu dla mężczyzny, siedem dla kobiety i osiem dla głupca.

W kapitalizmie śpią jedynie nieudacznicy

Sen zostaje zawłaszczany, podobnie do innych sfer naszego życia, które wydawały się nie na sprzedaż. Skoro rynek przejmuje nawet prawo do wody pitnej (sprzedaż wody butelkowanej), trudno się dziwić, że sen też trzeba sobie dziś kupować. Statystyki wskazują ogromny wzrost środków nasennych. Z bezsenności leczą się miliony, bo bezsenność to zawieszenie, zagubienie i stany lękowe.

Ratunkiem od zamknięcia w świecie konsumpcjonizmu i interesowności jest odzyskanie czasu wolnego, sen i troska o to, co wspólne. Dziś bez walki oddajemy wolność i prywatność – wszystko w imię lepszej komunikacji i nieograniczonych możliwości. Tylko bezproduktywnie śpiąc uwalniamy się od bezwzględnych praw gospodarki rynkowej. Crary przekonuje, że koszty bezsennego życia w trybie stand-by wcześniej lub później odbiją się na naszym zdrowiu i na zdrowiu naszej planety.

Ekologiczne i psychiczne skutki życia w trybie stand-by

Po pierwsze, życie w trybie stand-by prowadzi do przerwania cykli pór roku i niesie zagrożenie ekologicznej katastrofy. Świat, który nie zna przerw i odpoczynku potrzebuje ogromnej ilości energii. Świat nieustannej konsumpcji to świat niekończącego się marnotrawstwa, które niszczy równowagę ekologiczną.

Po drugie, życie w trybie stand-by generuje ogromne koszty psychologiczne i poważne skutki zdrowotne. Człowiek pozbawiany biologicznych potrzeb (snu, kontaktu z naturą) wyjaławia się emocjonalnie, traci łączność ze wspólnotą w której żyje; traci też potrzebę bycia częścią wspólnoty.

Sen stanowi irracjonalny, irytujący dowód na to, że istoty żywe nie mogą się całkowicie podporządkować rzekomo nieodpartym siłom nowoczesności.

Człowiek, który śpi musi zdać się na łaskę innych. Jest bezbronny. W imię potężnego kapitału zgadzamy się na świat świadomej bezsenności. W świecie nieustannej czujności, w niewypoczęciu, bezwolnie, bez refleksji i cienia sprzeciwu zgodzimy się na wszystko, czego chce od nas system.

Kapitalizm spycha w nas w stronę egzystencji, w której będziemy bezbronni jak w czasie snu; będziemy narzędziem do osiągania zysków korporacji. Nie ma nic dziwnego w tym, że obserwujemy systematyczne redukowanie czasu snu, jeśli wziąć pod uwagę, o jaką ekonomiczną stawkę toczy się gra.

W świecie 24/7 nie ma miejsca na gromadzenie doświadczeń czy urozmaicenia. Jest tylko powtarzalny plan tygodnia – dostosowanie do nieprzerwanego działania rynków i informacji. To zawieszenie życia. Dlaczego się na to zgodziliśmy?

Dlaczego godzimy się na ograniczenie snu?

 Sen to jedyna dziedzina naszego życia, w której obowiązuje jeszcze rytm dnia i nocy, pracy i regeneracji sił. Sen to także świadectwo naszych przednowoczesnych korzeni. Wraz z rewolucją przemysłową życie w rytmie faz upływającego dnia i pór roku zostało naruszone. Wtedy po raz pierwszy zmierzyliśmy się z problemem reorganizacji czasu pracy.

Praca „od do” jest standardem, którego ludzie żyjący zgodnie z rytmem natury musieli się nauczyć. Robotnicy musieli przestawić swoje zegary biologiczne na mechaniczne. Andrew Ure, jeden z pierwszych teoretyków biznesu tak pisał o problemie dostosowania pracowników do wymogów kapitalizmu:

„Trudność polegała przede wszystkim na dyscyplinie potrzebnej, by zmusić ludzi do zrzeczenia się przyzwyczajeń nieregularności w pracy i utożsamić ich z niezmienną regularnością wielkiej, automatycznie działającej maszyny. Ale wynalezienie i wprowadzenie w życie kodeksu dyscypliny, przystosowanego do potrzeb i szybkości systemu automatycznego – oto przedsięwzięcie godne Herkulesa.”

Długi łańcuch rolniczych zwyczajów sięgający prahistorii wraz z rewolucją przemysłową został zerwany. Praca przestała być zależna od ziemi, od tradycji, od kaprysów przyrody, od rodziny, społeczności czy jakichkolwiek relacji. Po drugiej wojnie światowej kapitalizm wkroczył również w domenę samego rolnictwa.

Świat powoli zmieniał się pod dyktando kapitalizmu. Metamorfozy i przyspieszenia globalizacji bardzo powoli wpływały na życie społeczne i los jednostek. Pod koniec lat 40 i w latach 50 XX wieku poza sferą instytucji, pracy i konsumeryzmu pozostawała codzienność.  Proste codzienne nawyki, których nawet się nie zauważa, zapewniały anonimowość. Ponieważ ta sfera pozostawała nieuchwytna i nie dało się jej wykorzystać niektórzy uważali (Maurice Blanchot), że tkwi w niej potencjał rewolucyjny. Jednak w kolejnych latach również w codzienne życie coraz brutalniej ingerowały konsumpcja i rozrywka.

Wraz z kontrrewolucją lat osiemdziesiątych XX wieku, narodzinami neoliberalizmu, promowaniem komputerów osobistych i rozmontowaniem systemów ochrony społecznej atak na codzienne życie podjęto z nową siłą. Zmonetyzowano czas jako taki, a osoba ludzka została przedefiniowana jako działający w pełnym wymiarze godzin czynnik gospodarczy, nawet w kontekście „kapitalizmu bezrobocia”.

Continue reading


Adaptacja

Krótki fragment o sprzedawaniu się, o wartości dodanej w postaci „osobowości-maski”, uwewnętrznionych przez masy definicjach sukcesu, modzie na pewne typy osobowości,

 kobietynarcystycznej niepewności własnej wartości, słowie-wytrychu „adaptacyjny” oraz zewnątrzsterowności. Stare (przeszło sześć dekad temu…), ale miejscami jeszcze jare: Erich Fromm „Psychoanaliza a religia”. I, niestety, smutne: Continue reading