Pocztówki z Epinal

c3cfee31aa8ba8e3e9363ea413dc6c5802f293ec

Michel Onfray, filozof, rozprawia się ze swoją szczeniacką (i późniejszą) fascynacją Freudem i freudyzmem. Oraz kilkoma „pocztówkami z Epinal” (które to pocztówki stały się symbolem sztampy i banału), czyli powszechnymi przekonaniami na temat Freuda i freudyzmu. Oto kilka z nich: Freud odkrył nieświadomość; marzenia senne to wyraz wypartych pragnień; psychoanaliza to nauka; psychoanaliza leczy zaburzenia psychiczne; cała ludzkość ma do rozwiązania kompleks Edypa (Elektry); opór jest świadectwem nerwicy; psychoanaliza czyni wolnym…

Poniżej kilka anty-tez, niegłupio przez autora obronionych. Krytykować dziś Freuda to jak kopać leżącego, ale mimo wszystko może komuś się przyda taka zajawka.

 

… spojrzałem we freudowską lunetę w przekonaniu, że znajdę potwierdzenie jego tez. Nie podchodziłem do nich z negatywnym nastawieniem i dość długo trzymałem stronę Freuda… Tymczasem moim oczom ukazało się dość, bym postanowił podrzeć pocztówki tyle czasu wiszące na mojej tablicy. Niniejszym przedstawiam serie kontrpocztówek:

kontrpocztówka nr 1

Freud sformułował hipotezę o nieświadomości, głęboko zanurzony w kontekście historycznym; znajdował się przy tym pod wpływem wielu lektur. Zwłaszcza filozoficznych (z których najważniejsze były teksty Nietzschego i Schopenhauera).

kontrpocztówka nr 2

Różne wypadki z obszaru psychopatologii życia codziennego mają istotnie jakiś sens, ale w żadnym razie nie znajdują wytłumaczenia w perspektywie ściśle libidinalnej, a już na pewno nie poprzez kompleks Edypa.

kontrpocztówka nr 3

Marzenie senne posiada jakieś znaczenie, ale podobnie jak w wypadku psychopatologii życia codziennego nie można go wiązać z czynnikami ściśle libidinalnymi czy wywodzącymi się z kompleksu Edypa.

kontrpocztówka nr 4

Psychoanaliza pochodzi od psychologii literackiej, opiera się na materiale autobiograficznym swego twórcy i doskonale pomaga zrozumieć jego i tylko jego.

kontrpocztówka nr 5

Terapia analityczna należy do dziedziny myślenia magicznego – leczy w ścisłych granicach efektu placebo.

kontrpocztówka nr 6

Uświadomienie wypartej treści nigdy automatycznie nie usunęło objawów ani tym bardziej nie wyleczyło pacjenta.

kontrpocztówka nr 7

Kompleks Edypa nie jest bynajmniej zjawiskiem uniwersalnym, ilustruje jedynie dziecięce pragnienia Zygmunta Freuda.

kontrpocztówka nr 8

Odrzucenie myślenia magicznego wcale nie oznacza, że koniecznie trzeba oddać swój los w ręce czarodzieja.

kontrpocztówka nr 9

Pod hasłem wyzwolenia psychoanaliza wykoślawiła podstawowe reguły psychologizmu, tej świeckiej religii bez religijności.

kontrpocztówka nr 10

Freud jest wcieleniem tego, co w czasach oświecenia zwano antyfilozofią – filozoficznej formuły stanowiącej zaprzeczenie filozofii racjonalistycznej.

[…]

Psychoanaliza – i taka jest teza tej książki- jest uzasadnioną i prawdziwą dziedziną wiedzy dopóty, dopóki odnosi się do Freuda i nikogo poza nim. Pojęcia, które powstały w toku tworzenia tej monumentalnej sagi, były Freudowi potrzebne przede wszystkim do opisania własnego życia, do wprowadzenia porządku we własną egzystencję. Kryptomnezja, autoanaliza, interpretacja marzeń sennych, obserwacja psychopatologiczna, kompleks Edypa, romans rodzinny, wspomnienie przesłonowe, horda pierwotna, ojcobójstwo, seksualna etiologia nerwic, sublimacja- wszystkie te terminy, wraz z wieloma innymi, stanowią założenia teoretyczne całkowicie autobiograficzne. Freudyzm zatem, podobnie jak spinozyzm czy nietzscheanizm, platonizm czy kartezjanizm, augustynizm czy kantyzm, należy traktować jako wizję świata bez pretensji do uniwersalności. Psychoanaliza jest biografią człowieka, który stwarza własny świat, by żyć w nim ze swoimi fantazjami – jak czyni to każdy filozof…”

Continue reading


Kocioł gniewu

Order-PrintPrawda, że żyjemy w wielkiej, cudownej (e-)bibliotece? (Uuuk!) Zawsze fascynowało mnie to, że książki gadają ze sobą, choć autorzy książkowych memów dawno nie żyją. Ba! Nawet nie mieliby okazji ze sobą porozmawiać. A tu pod piórem Heatha&Pottera Hobbes spiera się z Freudem o istnienie popędu śmierci i konstytucję społeczeństwa. Wrodzony popęd agresji, mówi Freud. To tylko lęk, odpowiada Hobbes. Dyskusja wokół zarządzania ludem przez brak zaufania. Jakże to na czasie w naszym kraju!

A idzie to tak…

„Freud całkowicie się zgadzał z twierdzeniem Hobbesa, że bez reguł i przepisów rządzących życiem człowieka cywilizowanego życie byłoby „samotne, biedne, bez słońca, zwierzęce i krótkie”. Choć człowiek pierwotny cieszył się większą swobodą w zaspokajaniu swoich popędów, „miał bardzo małą pewność, że długo nacieszy się swoim szczęściem” – pisał Freud. W przeciwieństwie do Hobbesa twierdził jednak, że niepewność naturalnego stanu człowieka odzwierciedla istotny fakt dotyczący ludzkiej duszy. Dowodził, że skoro współpraca daje tak oczywiste korzyści, to niepewność „naturalnego stanu” ujawnia, jak potężny musi być popęd skłaniający ku agresywnemu lub brutalnemu zachowaniu.

W pracy „Kultura jako źródło cierpień” Freud pisze: „Wskutek tej pierwotnej wrogości ludzi wobec siebie nawzajem społeczeństwu kulturalnemu stale grozi rozpad. Nie powstrzymają tego interesy wspólnoty pracy, namiętności popędowe są bowiem silniejsze od interesów racjonalnych”. Argumentacja ta jest błędna, ale w bardzo pouczający sposób. Freud zauważa, że na „wspólnocie pracy” możemy ogromnie zyskać. Rozum podpowiada więc, że powinniśmy się zachowywać w sposób cywilizowany i wnosić coś od siebie, uczestnicząc we wspólnych projektach. Fakt, że tak często nie podejmujemy współpracy i trudno nam działać razem, dowodzi, iż nasze bardziej aspołeczne skłonności – agresywne popędy- są nadzwyczaj silne. Gdyby te „namiętności popędowe” nie były tak potężne, nie mogłyby wziąć góry nad interesem, który mamy w ogromnych korzyściach we współpracy. Stworzenie cywilizacji musi być rzeczywiście nie lada zadaniem, skoro wymaga od nas tłumienia tych nadzwyczaj silnych popędów.

Continue reading


Przepisanie narracji

sag-3Fragment eseju Papież versus Dalajlama autorstwa Slavoja Żiżka. Całość tutaj, gdyby ktoś gustował w mękach lacanowskiego rozwarstwiania świata  i powidoku leninowskich idei.

Ale tu ciekawy fragment o nieskończonym i coraz wygodniejszym przepisywaniu narracji:

 „Nie idzie więc tylko o to, że akt etyczny – oprócz tego, że dokonuje się go w imię obowiązku – ma także rzeczywiste skutki, także ingeruje w rzeczywistość. Posiadająca rzeczywiste konsekwencje ingerencja w rzeczywistość to nie wszystko; akt etyczny redefiniuje to, co za rzeczywistość się uważa. We właściwym akcie etycznym to wewnętrzna intencja i zewnętrzne konsekwencje zbiegają się; są dwiema stronami tego samego. Nawiasem mówiąc, odnosi się to także do nauki. Nauka dotyczy Realnego nie tylko w tym sensie, że objaśnia rzeczywistość (na przykład mówiąc nam, że wzór wody to H2O), ale także dlatego, że generuje nowe obiekty, które są częścią naszej rzeczywistości i jednocześnie rozsadzają jej ustalone ramy (bomba atomowa czy klony – jak nieszczęsna Dolly). Stwierdzenie, że woda to pewien związek wodoru i tlenu, pozostawia naszą rzeczywistość taką, jaka była przedtem – po prostu dubluje ją na innym poziomie (wzorów chemicznych i tak dalej), informując, czym rzeczywistość jest „tak naprawdę”. Potworność Realnego staje się oczywista wtedy, gdy za pośrednictwem wiedzy naukowej nowe, pozornie nienaturalne obiekty stają się częścią naszej zwykłej rzeczywistości.

Jakie są praktyczne konsekwencje tego stanowiska? Kiedy kończyłem pracę nad jedną z moich pierwszych anglojęzycznych książek, wydawca uparł się, bym sporządził przypisy zgodnie z niesławną zasadą „autor” „data” (w tekście głównym umieszcza się tylko nazwisko autora, rok publikacji i numer strony, pełna bibliografia w porządku alfabetycznym podana jest na końcu książki). Aby odegrać się na wydawcy, objąłem tą zasadą także cytaty z Biblii. W bibliografii umieściłem ją jako „Chrystus, Jezus. 33. Myśli i przemówienia zebrane, red. Mateusz, Marek, Łukasz, Jan, Jerozolima”, zaś w głównym tekście zawarłem uwagi w rodzaju „(W kwestii tego pojęcia zła patrz interesujące uwagi w: Chrystus, 33)”. Wydawca odrzucił manuskrypt, twierdząc, że uprawiam obrazoburstwo, i nie wykazał zrozumienia dla mojego kontrargumentu, że taka procedura – traktowanie Chrystusa-Boga jak zwykłego człowieka, który został ukrzyżowany pomiędzy dwoma złoczyńcami – jest głęboko chrześcijańska. Chrystus jest pierwszym i jedynym „gotowym” Bogiem (ready-made God) w historii religii. Jest całkowicie ludzki, w jego cielesnej postawie nie ma niczego, co wyróżniałoby go spośród innych.

Tak jak rower i pisuar Marcela Duchampa nie są dziełami sztuki na mocy jakichś wewnętrznych własności, ale z racji swojego usytuowania, tak i Chrystus jest Bogiem nie z powodu wewnętrznych boskich przymiotów. Ma boskie cechy (zmartwychwstał, potrafił dokonywać cudów) dlatego, że jest synem bożym i zajmuje to symboliczne miejsce. W samym sercu chrześcijaństwa dokonuje się przejście od tragiczności do komizmu: Chrystus stanowczo nie jest postacią dostojnego, bohaterskiego mistrza.
 

 Jest to także powód, dla którego dobry chrześcijanin nie powinien czuć się obrażony, lecz szczerze rozbawiony takimi parodiami jak The Politically Correct Guide to the Bible Edwarda Mosera. Książka oparta jest na prostym zabiegu: poszczególne ustępy rozpoczynają się od znanych i dostojnych cytatów z Biblii, do których dodaje się rozmaite współczesne uzupełnienia (zgodnie ze znanym powiedzonkiem Marksa dotyczącym funkcjonowania w warunkach wymiany rynkowej praw człowieka zagwarantowanych przez rewolucję francuską: „Wolność, równość, Bentham”). „Choćbym szedł ciemną doliną, nie będę się lękał zła, bowiem zło i dobro to tylko logiczne konstrukty”. „Zaczęli mówić w różnych językach i każdy słyszał pozostałych w swoim, a to z racji dwujęzycznych programów nauczania”. To przepisywanie Biblii osiąga kulminację, kiedy Moser robi z Dziesięciu Przykazań „Dziesięć Zaleceń”. Wystarczy zacytować dwa z nich: „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił i robił w tym czasie wszystkie zakupy”, „Nie będziesz używał imienia Pana Boga swego nadaremnie, lecz wypowiadał je z werwą- szczególnie jeśli jesteś gansta-raperem”.

 
Kłopot w tym, że to, co tutaj jest tylko satyrą, ma w miejsce w rzeczywistości. John Gray, autor książki Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus, przedstawił w programach telewizyjnych Oprah Winfrey swoją zwulgaryzowaną wersję psychoanalizy narracyjno-dekonstrukcjonistycznej. Ponieważ ostatecznie jesteśmy opowieściami, które snujemy na swój temat [hmmm?-dop. mój], klucz do wyjścia z psychicznego impasu leży w twórczym, pozytywnym przepisaniu (rewriting) narracji dotyczącej naszej przeszłości. Tym, co Gray ma na myśli, nie jest po prostu standardowa terapia kognitywna polegająca na zastępowaniu negatywnych fałszywych sądów na własny temat pozytywnym przekonaniem, że jestt się kochanym i zdolnym do twórczego działania, lecz bardziej radykalny, pseudofreudowski zabieg polegający na cofnięciu się do sceny zadawania pierwotnej, traumatycznej rany. Gray akceptuje psychoanalityczne przekonanie o istnieniu traumatycznego doświadczenia z dzieciństwa, które odciska piętno na całym dalszym rozwoju podmiotu, ale nadaje temu doświadczeniu patologiczny rys. Uważa, że po regresji do pierwotnej traumatycznej sceny i stawieniu jej czoła podmiot powinien, pod kierunkiem terapeuty, uczynić tę scenę – ową ostateczną fantazmatyczną ramę swojej subiektywności – częścią bardziej pozytywnej, łagodnej i produktywnej narracji. Jeśli w pierwotnej traumatycznej scenie, która pozostawała w nieświadomości, deformując i hamując twoją kreatywność, ojciec krzyczał na ciebie: „Jesteś do niczego! Gardzę tobą! Nic z ciebie nie będzie!”, powinieneś przekształcić ją w nową scenę: łagodny ojciec uśmiecha się i mówi: „Jesteś w porządku. Całkowicie ci ufam!” (W jednym z programów Gray zademonstrował, na czym polega ów zabieg przepisywania przeszłości na przykładzie pewnej kobiety. Pod koniec seansu rzuciła mu się na szyję, szlochając ze szczęścia.).


Przekręt psychologii

230013d8000f8ee34f579b4dMariusz Agnosiewicz w tekście  Święta Macica i nieznana historia histerii  pisze:

Ludziom potrzeba więcej twardej wiedzy psychologicznej, a nie duszpasterzy, zajmujących się de facto nie leczeniem lecz programowaniem ludzi z problemami. Powinna uczyć kształtowania, umacniania i stabilizowania układu nerwowego, a nie wchodzić w rolę psychospowiednika. Świeckie duszpasterstwo psychologiczne powinno mieć możność działania, ale co to ma wspólnego z psychologią?

Trudno mi się nie zgodzić z takim postawieniem sprawy. To przecież motto psycho-kit. Uderza mnie także analogia między „tworzeniem rynku histerycznego” a współczesnym „tworzeniem rynku depresyjnego, ADHD etc, etc”, czyli problematyzacją-medykalizacją-urynkowieniem-umagicznieniem kolejnych aspektów ludzkiego życia.

Autorska wizja jest paranoiczno-histeryczna (nomen omen), ostra, ale godna zastanowienia. Proszę ocenić.

Histeria, wg. Autora:

„1. Jest to sztucznie windukowany, wdrukowany problem lub choroba – przez otoczenie społeczne (ludzi lub nawet sytuację) lub osoby które cenimy lub którym ufamy

2. Dzieje się to na bazie osłabienia psychiki związanej z problemem o innym podłożu lub w napiętej sytuacji społecznej związanej ze zbliżającą się duża zmianą

3. Jest to przypadłość o charakterze urojeniowym, która może znaleźć teoretycznie dowolny wyraz w organizmie”.

 

Fragment artykułu- rozdział  „Leczenie histerii czyli największy przekręt psychologii”:

„W tym jednak rzecz, że od średniowiecza aż do oświecenia zjawiska histerii powstawały, rosły, łagodniały i zanikały – w sposób niejako naturalny, związany po prostu z dynamiką napięć społecznych. W całej historii tej choroby wydaje się, że były jedynie dwa momenty „pomagania” histerykom, poprzez sprzedawanie im towarów i usług, czyli poprzez stworzenie „rynku histerycznego”.

Oba te okresy wypadły na przełomie mileniów: IX/XI w. oraz XIX/XX. Jedynie w tych okresach pojawiły się rozprowadzane w skali Europy towary i usługi pod etykietą „na histerię”. W pierwszym okresie były to amulety dedykowane dla Histery (zaistniały właśnie w tym okresie). Z kolei w wieku XIX zaczęto sprzedawać te porady, które na leczenie histerii zalecali bezpłatnie starożytni autorzy).

Wychodzenie do ludzi z definicją i lekami na histerię – ze względu na specyfikę tej choroby – nieustannie ją tworzy. Jest to czyste szkodnictwo społeczne, jedna z najgorszych form szarlatanerii. Nie jest zapewne przypadkiem, że te dwie inicjatywy powstały właśnie na przełomach mileniów, które z samej swej natury przynoszą podwyższenie napięcia społecznego. Continue reading


Psychoanaliza (5) – The wide Missouri czyli rzeka skojarzeń

41„Ja w ogóle żyję myśląc. I to jest mój największy problem”. A.

 

Ciąg dalszy moich uwag sceptyka do psychoanalizy własnej. A pisałam już:

o  zaleto-wadach psychoanalizy

o interpretacjach

o dystorsji języka

Dziś o technice wolnych skojarzeń AD1). Wolne skojarzenia, strumień myśli wręcz, jak każdy przedszkolak dziś wie, są materiałem do interpretacji podawanych przez psychoanalityka. Skojarzenia, tok myśli, te wszystkie drogi prowadzą… nie, nie do Rzymu, ale do Poznania. Nieświadomego. A że niedowiarek jestem i paluch w rany wsadzić muszę, pokusiłam się więc o mały eksperyment.

Zaczęłam słuchać na przykład takiej muzy

… a tu w głowie mojej biednej pojawiło się :

Oh Shennandoah, [blada wstęga rzeki w ciemnościach], wtedy nad murray na moście, dżiz jak śmierdziało w tym greyhoundzie [syk otwieranych drzwi autokaru, rzygowiny] gdzie to było [kobiece dłonie w mitenkach, obejmujące kubek z kawą, zapach kawy], ciekawe jak tam moja karolinka, jak rzeka, pamiętać żeby nie brać tamtych wioseł, ranią dłonie, biedny kasztan przy hallera chory, drzewa umierają stojąc, kto to powiedział, cholera, boli mnie biodro, dlaczego, jak tam było zimno [dreszcz], Away, I’m bound to go, nie widziałam missouri, coś wtedy było [parking w nocy, niebo, ktoś patrzy na mnie z góry, z oświetlonej kabiny road traina]  zimno, czy drzewom jest zimno jak tak stoją, ludzie umierają stojąc…

Strumień myśli to coś takiego. To nie jest komunikowalne, nie zamyka się w słowach a we wrażeniach/rekonstrukcjach dźwięków, kolorów, smaków, obrazów, zapachu. Przebiega głowę prędzej niż światło, niż da się zapisać i wypowiedzieć. Nie opowiadamy sobie tego tylko słowami. Namęczyłam się bardzo, próbując taki kawałek spisać a i tak – żeby był choć trochę zrozumiały- zgwałciłam go znakami interpunkcji, rozwinięciami i wtrętami. Co więcej, z każdym odtworzeniem melodii  w skojarzeniach pojawi się inny wątek.

Do Głosu -analityka- powiedziałabym tak: Continue reading


Psychoanaliza (4) – Fantazje w temacie fantazji

sam_2037Psychoanaliza głosi pretensje do neutralnego, zdystansowanego -poza dobrem i złem, naukowego opisu. Słowa, używane w psychoanalitycznych interpretacjach mają być neutralne. Po pierwsze, problem w tym, że nie ma takich słów – każde niesie ze sobą echo kategoryzacji, wiedzę o świecie, skojarzenia własne i kulturowe. Po drugie, psychoanalitycy igrają ze znaczeniami i redefiniują pojęcia. „Analiza” w ich ustach nie jest analizą bo urąga logice, „interpretacja” nie oznacza interpretacji tylko prowokujące skojarzenie psychoanalityka (w linii ideologii), jakie przyjdzie mu do głowy po wysłuchaniu bredzeń z kozetki. Każdy, kto z wyznawcą psychoanalizy usiłował dyskutować to wie doskonale: samo pojęcie psychoanalizy jest jak nigdy nie dogoniony króliczek. Nie jest to teoria, nie jest to praktyka, nie jest to spójna wizja filozoficzna ani ruch społeczno-polityczny, nie są to studia przypadków ani sposób rozpoznania „działania nieświadomego”, nie jest to grupa sekt demonologicznych ani droga intuicyjnego poznania, nie jest to leczenie ani praca z umysłem. Już, już łapiemy królika, a tu hops! okazuje się, że psychoanalizą bywa wszystko i wiele innych, zależnie od aktualnych potrzeb i rozkosznej figlarności rozmówcy. Psychoanaliza raz oznacza gówno a raz pomarańczę a czasem znów puste pudełko na nasze indywidualne wizje. Trudno się dogadać. Continue reading


Urojenia zasznurowanego baleronu

23_img_1478

Umiejętności, które stanowią o dobrym lekarzu: całkowite wyleczenie, niepozostawienie szkód, bezbolesne badanie. 

Z wiedzy druidów. Serio:)

***

Psychoanalitycy często zastępują anegdotkami sensowną dyskusję o skuteczności psychoanalizy. Anegdotkami czyli „studiami przypadku”. I dziś ja, naburmuszona Lyra Belacqua,  na „studium przypadku” się pokuszę. Ale że nie wyznaję kadzidlanej psychoanalitycznej religii będzie to studium zimne, płaskie i cyniczne.

Historia – słowami anonimowej bohaterki – to taka. Fragmenty troszkę długie, całość tu. Podkreślenia moje:

„Byłam od siedmiu lat (z przerwami) w terapii psychoanalitycznej. Właśnie kilka sesji temu usłyszałam od terapeuty, że dalsze leczenie nie ma sensu, ponieważ mam urojenia związane z tym, że kiedyś ja i mój terapeuta będziemy parą. Terapia już nie służy leczeniu, wywołuje u mnie stany psychotyczne, urojenia, bulimię, ataki na pracę i na terapię… Być może będę musiała przepracować to w innej terapii z innym terapeutą. …Terapeuta dał mi czas do końca roku na pożegnanie, ale chyba skończę już w tym miesiącu. Jest mi z tym zbyt ciężko.

Przez dłuższy czas sesje miały miejsce trzy razy w tygodniu. Z czasem, gdy pogorszyły się moje warunki finansowe na skutek zmiany pracy, sesje odbywały się już tylko raz w tygodniu i miały raczej charakter podtrzymujący. Mój terapeuta twierdzi, że to co do niego czuję to nie jest przeniesienie. Że jest to silne urojenie, którego ja niestety do końca nie czuję. Może dlatego, że to urojenie właśnie. … Proces leczenia zszedł na drugi plan.

Terapeuta mówi, że po tak długim czasie terapii, nie powinnam nadal tak silnie reagować na jego osobę. Otóż ja całą energię do tej pory skupiałam na zadowalaniu go lub nieświadomym atakowaniu. 

Cieszę się, że kończymy terapię. Przyznam szczerze, że jestem już bardzo wszystkim zmęczona. Postanowiłam, przez jakiś czas, o ile pozwoli mi na to zdrowie, pobyć troszkę samej. Następnie zamierzam przy pomocy mojej lekarki, wrócić do terapii analitycznej, tym razem z kobietą może. Continue reading


Freud tabu totem bzdura

14

Z dedykacją dla osób, które wierzą, że religia, moralność i społeczeństwo powstało na tle kompleksu Edypa i totemizmu. Mircea Eliade „Okultyzm, czary, mody kulturalne”:

„Żadna krytyka nie poradzi sobie z modą. W tej absolutnej odporności na krytykę jest coś „religijnego”, choćby w sensie wąskim, sekciarskim. Abstrahując wszakże od tego ogólnego aspektu mód kulturalnych, są one dla religioznawcy czymś niezmiernie znaczącym. Ich szerokie rozpowszechnianie, zwłaszcza wśród warstwy inteligenckiej, mówi niemało o frustracjach, dążeniach i tęsknotach człowieka Zachodu.” […]

„Pięćdziesiąt lat temu Freudowi wydało się, że odkrył pochodzenie organizacji społecznej, przymusów moralnych i religii w pierwszym morderstwie, którym było ojcobójstwo. Jego dzieje nakreślił w książce Totem i tabu. Continue reading


Psychoanaliza (3)- Sztuka interpretacji

img_6973

Ciąg dalszy moich uwag po psychoanalizie własnej. Część pierwsza tutaj.

„Interpretacja jest zasadniczą techniką psychoanalizy. Termin ten rozumiany jest jako proces odkrywania, dzięki badaniu treści, sensu utajonego w jawnym, symbolicznym przesłaniu albo działaniu pacjenta, lub jako przekaz, czyli to, co analityk słownie przekazuje pacjentowi w celu uświadomienia, ujawnienia utajonego sensu, nieświadomych pragnień i fantazji, wydobycia patogennych, nieświadomych wspomnień, odsłonięcia treści mających związek z nieświadomymi konfliktami, które sięgają korzeniami aż do dzieciństwa pacjenta. Najkrócej ujmując, interpretacja oznacza czynienie nieświadomych dla pacjenta zjawisk świadomymi”. Materiałem do interpretacji mogą być „fantazje” dotyczące wydarzeń przeszłych lub to, co dzieje się tu-i-teraz między analitykiem a analizantem. I dobrze, żeby pacjent do tych interpretacji się odniósł, zintegrował z własnym obrazem, dotarł do „prawdziwych motywów” i „przepracował wgląd”. Tyle teoria.

W praktyce strumień wspomnień z kozetki sterowany jest kolejnymi interpretacjami analityka („To u pani aspekt „pierwotnej kobiety”. „A propos pierwotnej kobiety”, wtrącam, „przypomniało mi się…”). Te interpretacje naszą prawdą być nie muszą, a nawet – z powodu subiektywizmu – nie mogą. Głos-analityk powiedział, że psychoanaliza to „nadawanie własnych znaczeń” i że powie, co mu się kojarzy z moją paplaniną, a ja sobie wybiorę, co dla mnie istotne i co ocenię jako pewną prawdę o sobie. Reakcja „Aha!” pożądana, ale niekonieczna.

Niestety, jeśli ktoś mówi, że do niczego nie zmusza, a zwłaszcza do „prawdy”, jesteśmy już w samym środku manipulacji. Continue reading


Psychoanaliza (2)-mój eksperyment w błazeńskiej czapce

img_1579Był w moim życiu kiedyś taki czas, w którym „poddawałam się psychoanalizie”. Oznaczało to, że zmordowana po pracy waliłam się (to chyba dobre określenie) na szarą kozetkę, nie ośmielając się jednak na niej rozmemłać, bo Rodzice przekazali mi zasadę, że w cudzym domu niegrzecznie rozwalać się po tapczanach. I zaczynałam gadać o Czymś Tam, co Mi Pierwsze Przyszło do Głowy. Słuchała mnie żaluzja i waniliowa ściana [Zmysłowa Perła lub Deser Waniliowy Dekoral]. Głos siadywał za mną, wplatając od czasu do czasu do ciszoględzenia swoje złote myśli. Może czasem spał, nie wiem. Natura odmierzała swój boski czas, niezależny od zegara na stole. Przed sesją bowiem (czas, czas, prędko!) robiłam zakupy i ciągnęłam je do gabinetu. Spotkania z Głosem zaczęliśmy więc w okresie późnych truskawek, przemknęliśmy przez czereśnie, morele i młodą kiszoną kapustę by skończyć na grzybach, bakłażanie i mandarynkach. Continue reading