O samobójstwie

surrealizmW naszej kulturze temat samobójstwa jest tabu i a taka śmierć – godna pogardy. Podkreślam: w naszej kulturze, bo są inne, gdzie śmierć samobójcza była honorowa, godna, w przeciwieństwie do śmierci naturalnej, czy z powodu choroby. Tak było w kulturze Japonii. Czy u Majów, gdzie najwyższe znaczenie przyznawano śmierci ofiarnej, samobójstwu, śmierci w walce lub w czasie porodu. Być może dlatego, by indywidualny lęk przed śmiercią nie hamował rozwoju wspólnoty.

We współczesnej kulturze europejskiej mamy okres wyparcia umierania i kompletny brak dyskusji na temat samobójstwa – chyba, że w atmosferze histerii. Choć przecież pragnienie śmierci, otarcia się o nią nie umarło, bo umrzeć nie może. Widoczne jest w modzie na sporty ekstremalne, dopalacze czy inne praktyki niszczące ciało i duszę. Tym większa chwała Jamesa Hillmana, który- w swojej głębokiej mądrości, niepokornie i dawno temu, bo aż w ubiegłym wieku – z tematem się zmierzył.

Kilka fragmentów z jego książki „Samobójstwo a przemiana psychiczna”. Być może skłonią kogoś do refleksji głębszej niż oficjalne „to jest ble i nawet o tym nie myśl!”. Dziś temat wokół samobójstwa, choć Hillman wypowiada się w swojej pracy na temat analizy i psychoterapii. Ale to na inne popołudnie.

Fragmenty. Podkreślenia moje.

O znaczeniu śmierci i fantazji samobójczych:

„Zastanawiając się, dlaczego każda analiza tak często i na różne sposoby mierzy się z problemem śmierci, zauważymy przede wszystkim, że śmierć następuje po to, by umożliwić przemianę. Kwiat więdnie, gdy rozwijają się owoce, wąż zrzuca skórę, a dorosły odrzuca to, co było dziecinne. Siła twórcza zabija, tworząc to, co nowe […]

Położenie kresu samemu sobie oznacza osiągnięcie własnego kresu, odnalezienie kresu lub granicy tego, czym się jest, aby osiągnąć to, czym się -jeszcze -nie jest. „To” zostaje zamienione na „tamto”; porzuca się jadą płaszczyznę, by przejść na inną. Samobójstwo jest próbą gwałtownego, dokonywanego przez śmierć, przejścia z jednej płaszczyzny na drugą […]

…fantazje samobójcze uwalniają od powszedniego i tradycyjnego patrzenia na rzeczy, umożliwiając spotkanie z rzeczywistością duszy.

O potrzebie śmierci jako przemiany

Różnorodność świata obrazów, poprzez które może się wyrażać śmierć, zdaje się nieograniczona. Każdy z nich ukazuje to, w jaki sposób nieświadomość odzwierciedla pojmowanie śmierci przez świadomość w całej skali – od słodkiej ucieczki do brutalnego morderstwa. Za każdym razem, kiedy takie obrazy przenikają do przeżycia i rozpoczyna się nowa faza cierpienia, następuje rezygnacja z cząstki życia i przechodzimy przez stratę, smutek i ból. Towarzyszą im samotność i izolacja. Za każdym razem coś się kończy.

Jeżeli przeżycie śmierci trzyma się obrazu suicydalnego, oznacza to, że „ja” pacjenta i wszystko to, co uważa on za „ja”, dobiegło końca. Cała sieć i struktura muszą się rozpaść, wszelkie związki i więzy zostają rozluźnione. „Ja” żąda całkowitego i bezwarunkowego uwolnienia. Budowane dotąd życie staje się klatką zobowiązań, którą trzeba rozbić; w wypadku mężczyzny odbywa się to często poprzez przemoc męskiej siły, w wypadku kobiet poprzez rozpłynięcie się w łagodnie gościnnym łonie natury, tak jak ma to miejsce podczas utonięcia, otrucia lub zaśnięcia. To, co nastąpi później nie jest rozpatrywane w kategoriach lepsze-gorsze; to co nastąpi później, będzie w każdym razie inne, całkowicie inne; „całkiem inne”. To, co nastąpi później nie ma znaczenia, gdyż odwodzi od doświadczenia śmierci i pozbawia je skuteczności.

A właśnie ta skuteczność jest ważna. To, kiedy i jak się pojawia, jest mniej ważne wobec kwestii, dlaczego się pojawia. Z tego, co na jej temat dowiadujemy się od samej psyche, wynika, że skuteczność doświadczenia śmierci polega na tym, by w krytycznym momencie spowodować radykalną przemianę. Jeśli w takiej chwili podniesiemy argument prewencji w imię zachowania życia, udaremnimy radykalną przemianę. Dogłębny kryzys jest doświadczeniem śmierci; nie można mieć jednego bez drugiego. Na tej podstawie wysuwamy przypuszczenie, że doświadczenie śmierci jest dla życia fizycznego nieodzowną koniecznością. To oznaczałoby jednak, że również kryzys suicydalny będący określoną formą doświadczenia śmierci musi być traktowany jako konieczny dla życia i duszy.

O przejawach potrzeby doświadczenia śmierci

Continue reading


Podrap mnie w plecy

Zacznę od cudownej wyklejanki Wisławy Szymborskiej, która (wyklejanka nie poetka) posłużą jako wstęp do humoreski Bogusława Włodawca pt „Algorytm postępowania z mężczyzną, który nie spełnia oczekiwań”

04_wyklejanki

Piszę z nadzieją „humoreski”, bo jeśli nie jest to tekst żartobliwy to … źle z nami. Choć artykuł wydaje się  poważną poradą dla pań, które przeżywają kryzys w związku, bo ich faceci nie robią tego, czego one chcą by robili. No, klasyka tragedii codziennej.

Porada psychoterapeuty obejmuje:

1) Instrukcję Obsługi Kobiety wraz ze słownikiem (bezcenna)

2) opatrzony komentarzem wykres etapów podejmowania decyzji o odejściu/zostaniu w związku oraz  kalkulacja zysków i strat

„Instrukcja obsługi kobiety”  zaczerpnięta została od niejakiej pani Natalii (która, jak przypuszczam, nie istnieje). Instrukcja zaczyna się od „poświęcaj mi uwagę” poprzez oczywiste „macaj mnie po dupsku” do „śmiej się razem ze mną”. Nie wiem jak partner pani Natalii, ale ja wybucham tu śmiechem, choć to wcale nie śmieszne a żałosne. Pani Natalia, pochwalona za napisanie takiej ładnej instrukcji przez terapeutę, nie zdaje sobie sprawy z tego, że nie o macanie tyłka chodzi. Chodzi o spontan. Chodzi o to, żeby jej niewydarzony partner kochał ją na tyle, że sam z siebie – bez instrukcji, nagabywania, przypominania i tresury – ją po tyłku klepał. Bo nagabywane, po instruktażu i wysilone „wykonanie punktu drugiego podpunktu piątego” niszczy sedno owego poklepywania. Zabiera sedno miłości. Po prostu jasne jest, że jak się kogoś kocha to ręce same chcą przytulić, pogłaskać i poklepać. Przy miłości – a nie wymuszonej instrukcji – chce się z tym drugim człowiekiem śmiać, być, opowiadać i słuchać. To jest miłość. Bez spontanu jest schizofrenia, lasujący mózg paradoks w stylu „żądam, żebyś mnie natychmiast kochał”.

Tu miłości nie ma i założę się, że wkrótce papierowa pani Natalia z tresowanym partnerem (przecież pełnym dobrej woli, rokującym, bo instrukcję dostał) trafią na terapię par. Mam nadzieję że nie do pana Bogusława, bo ten nie ogarnia.

Psychoterapeuta poleca kobietom, by kilkukrotnie ponawiały swoje prośby, a w przypadku pozytywnego responsu „wzmacniały chwaleniem”. Tak się tresuje psy. Skierowane do psów komunikaty nie mogą być, broń Boże!, podszyte aluzją, podobnie jak: „w przypadku większości mężczyzn nie sprawdzają się subtelne aluzje, które z reguły pozostają przez nich niezrozumiane lub zignorowane – należy powiedzieć to wprost”. Do nogi! Siad! Czy jestem wystarczająco dobrą treserką klientką, panie Mądry?

Dalej Autor ułatwia kobietom zrozumienie sytuacji, w jakiej tkwią,  płachtą wykresu. Lepszego „Algortymu postępowania z…” nie stworzyłby komputer. Wszystko jasne, ze strzałkami, na wypadek, gdyby jakaś nieszczęśnica w swoim myśleniu się pogubiła i nadal upierała się żyć z psychopatą. Pięknie. Problem jednak nie leży w tym, że kobiety nie wiedzą według jakiego schematu myśleć (szczęściem są terapeuci co im powiedzą…). Kobiety doskonale myślą i czują; wiedzą, że tkwią w iluzorycznych związkach, ale ich nie opuszczają – mimo tej algorytmicznej wiedzy i wewnętrznego przekonania, że powinny.

Człowiek nie jest racjonalny. Myśli, dochodzi do słusznych, logicznych wniosków. I robi coś innego i nie wie dlaczego to robi, więc wymyśla kolejne racjonalne powody, dla których coś zrobił, mimo iż z logiki wynikało coś innego. Wszyscy jesteśmy szaleńcami i hipokrytami przecież. Palimy papierosy, wiedząc, że nam szkodzą; wywołujemy wojny świadomi cierpienia; niszczymy Planetę wiedząc, że bez Niej nie mamy dokąd pójść i razem z nią umrzemy. Mówimy „zawsze”- i już kombinujemy, żeby było „no, czasem”… Mówimy „nigdy” – a jednak się nam zdarza. Odrzucamy – świadomi, racjonalni, zważywszy za i przeciw- jakąś opcję, za którą za moment boleśnie tęsknimy. Z uporem maniaka dążymy do atrakcyjnego celu, który nagle zaczyna nas mierzić. Wygibasy i wewnętrzny sabotaż pokrywamy racjonalnymi etykietkami „postępu”, „oczywistości”, „konieczności” lub … milczeniem. Nie ma bowiem dobrych racjonalnych wyborów, bo jesteśmy irracjonalni, wielopłaszczyznowi, obciążeni swoją tajemnicą, wewnętrznymi konfliktami i głęboko wplecionym szaleństwem.  Taka też jest de facto ludzka kultura: prelogiczna czy alogiczna, kwantowo rozlana, synchroniczna, niespójna. Antropolodzy pisali tak kiedyś o „kulturach prymitywnych”, „ludowych” Ad1), ale to wypływa nadal w zdawałoby się racjonalnej cywilizacji przemysłowej. Nasz „racjonalizm” to jednak niedopasowana przykrywka, niedomknięta waliza, z której coś ciągle wystaje i … zaskakuje głupców.

Rozbawił mnie – jako nieadekwatny do tematu miłości a przez to komiczny-  język tych porad. Mowa jest o instrukcji obsługi, bilansie, algorytmie, pozycji negocjacyjnej, inwestycji, konstruktywnych opcjach czy skalach 0-10. Jest to język głębokiego odczłowieczenia, język programowania, korporacyjny język konfrontacji, produkcji masowej gadżetów i behawioralnej tresury zasobów ludzkich. Polecane w artykule zwroty do użycia przypominają podręcznik przeprowadzania rozmów sprzedażowych w call center. Continue reading


Bumerang

salvadordaligalizamekpubolDlaczego właściwie napisałam cykl o „wewnętrznym dziecku”? Dlaczego widzę sens w krytyce takich i podobnych bajek?

Ano, przez bumerang…

Psychologia naukowa opisuje świat społeczny. Bardzo upraszczając sprawę: tworzy obraz  zewnętrzności za pomocą narzędzi statystycznych, obserwacji amerykańskich studentów, szczurów i małp. No, nie da się ukryć. Jej narracja nie odnosi się do poszczególnej jednostki a teoretycznego konstruktu pt. „człowiek”, i to z wybranej kultury i o określonej pozycji społecznej. To oczywiście wzbogaca nasze widzenie świata – ale nie nasze wnętrza.  Narracja ta, słownictwo, pojęcia i sposób widzenia, pomimo że kontrowersyjne i zmienne (bo oparte na metodzie naukowej czyli uporczywym kwestionowaniu) zostają narzucone jako „prawda”, rodzaj Wielkiej Narracji przez psycho, mających w kulturze niezasłużoną pozycję autorytetów i rzekomych znawców ludzkiej duszy. I dalej zostają przyjęte przez jednostkę jako narzędzie samo-opisu.

Proszę przyjrzeć się tej anonimowej forumowej wypowiedzi jako przykładowi :

 

„Ambiwertyk to ktoś, kto posiada zarówno cechy ekstrawertyka jak i introwertyka, ale zadne z nich u niego nie dominuja. Potrafi wychodzic do ludzi, byc towarzyskim, ale rowniez samotnosc nie stanowi dla niego problemu, daje pole do refleksji. Ciekawy artykuł znalazłam w Charakterach, ale nie daje się zlinkowac, forum wykrywa spam, szkoda.
W końcu mogę się gdzieś odnaleźć :)”

Psychoanaliza i jej podobne, w tym wizje psychoterapeutyczne (np. wewnętrzne dziecko, wewnętrzny krytyk, „traumy dzieciństwa”, DDA, nieświadome) podpowiada obrazy wymyślone przez (jakże często!) jednego człowieka, na podstawie kilku przypadków i bezpodstawnie zgeneralizowane. Narzuca się je pod groźbą „nieprzyjaznego zetykietowania” i wyzwania od „opornych” czy „niedojrzałych”. Nie ma ucieczki od takich Wielkich Narracji, bo cokolwiek „diagnozowany” zrobi jest to dowodem, że „opiniujący” ma rację (patrz: pojęcie oporu w terapii, wyparcia czy klasyczne chachmęcenie przy tzw. „kompleksie Edypa”). I znów zachodzi tu podobny proces jak przy psychologii- opis konstruktu pt. „człowiek” zbudowany przez postronnych na „przypadkach klinicznych” zostaje narzucony/przyjęty przez jednostkę jako język opisu jej własnego wnętrza. Ta przemoc domniemanej Wielkiej Narracji jest widoczna choćby w tym, że etykiety, z założenia neutralne (np. masochizm, narcyzm, kompleks, paranoja, projekcja), funkcjonują potocznie jako obelgi lub sposoby poniżania. To, moim zdaniem, zjawisko bardzo znaczące: jakby lud prosty naiwnie odsłaniał faktyczną przemoc, jaka się pod tym mechanizmem kryje.

Pop-psychologia? To intuicyjne majaki internetowych idiotów i skretyniałych dziennikarzyn. Biorą pełną garścią i bezkrytycznie z autorytetu psychologii; upraszczają refleksje/kontrowersje naukowe i traktują je jako narzędzie umoralniania, pouczania  – według kulturowych paradygmatów (np. skuteczność, dojrzałość, Ja, szczęście, rozwój). Mamy tu jasne zasady, prostackie schematy, determinizm, heurystyki. Nawet nie próbę neutralnego opisu zewnętrzności… Wręcz wykładnię moralności czy próbę wróżenia z fusów. Zakłada się, na przykład, (i słusznie) że dzieci nie należy bić. Ma to wynikać z autorytetu nauki/pseudonauki wskazującej na dzieciństwo jako okres wrażliwy a nie – proszę zauważyć! – z samej refleksji deontologicznej: powinności wobec bliźniego. Oto moralność musi zostać poparta nauką lub jej pozorami. Oto kolejny przykład, pierwszy z brzegu (a tego pełno): tutaj naukowym autorytetem buduje się czytelnikom „poczucie nieuchronności”, obraz  „natury” i określa ich człowieczeństwo [podkreślenia moje].

„Monogamia ma oczywiście bardzo wiele zalet, jest przyjemna i bezpieczna, nadaje też życiu sporo sensu. Ale nieuchronnie pojawia się problem zmęczenia drugim człowiekiem. […] Trzeba jednak pamiętać, że miłość z natury jest zmienna, a jej najbardziej stabilnym składnikiem jest zobowiązanie, a nie emocje, które przeżywamy – i w tym, między innymi, tkwi sekret długoletnich związków. Mało romantyczne, ale optymistyczne – bo emocje się zmieniają, zanikają, a zobowiązanie może być trwałe. To jest decyzja- mówi prof. Wojciszke – a potem stałe działanie na rzecz dobra związku, bardziej niż na rzecz dobra własnego. Zobowiązanie czyni nas ludźmi.”

I ciekawe, co na to rozwodnicy, nie-ludzie.

Zakłada się, że istnieje jeden możliwy opis, jeden wzorzec, którym człowiek adekwatnie (zgodnie z prawdą) opisze sam siebie. Że w ogóle taka prawda, taki wzorzec są możliwe i że jest taki język. Złudzenie to podtrzymuje kultura promująca racjonalizm (sławetna „odpowiedzialność za siebie”, samopoznanie,  funkcjonalny samorozwój, etc),  eksperckość  (zewnątrzsterowność, potrzeba oceny z zewnątrz), monoteizm (chrześcijaństwo). [nomen omen, piszę to a z radyjka wyje jakaś muza „jest jeden świat…”].

Bełkoczący opis świata (czytaj: odnoszący się do konstruktu, statystyki, bazujący na przypadkach czy intuicyjny) wraca jak bumerang i jest przyjmowany przez jednostki jako własny opis życia wewnętrznego.  Jest przyjmowany jako właściwa baza, oś, narracja subiektywnego wewnętrznego świata. Takie to proste, bo „wreszcie możemy się gdzieś odnaleźć!”. Kowalski kupuje oblicze statystycznego Kowalskiego. Pochylamy głowę przed opisami – nieadekwatnymi bo nie dotyczącymi nas, naszego wnętrza. Continue reading


Kłamstwa Rozwoju Osobistego

b1297052e506Dziś w psycho-kit Grzegorz Gajcy i jego artykuł „30 Kłamstw Rozwoju Osobistego, Które Niszczą Ludziom Życie (cz.1)” 

Za miłym pozwoleniem Autora.

Trzeźwe, realistyczne spojrzenie na bzdurki dotyczące „rozwoju osobistego”. Powiedziałabym: spojrzenie bezlitosne, ale dzięki temu mądre. A bzdurki rozbrajające w swojej naiwności. Pod tekstem się podpisuję, serdecznie polecam i czekam na ciąg dalszy, bo lista kłamstw rozwoju osobistego długaśna.

„Czy wierzysz w zestaw głupot i kłamstw, którymi bombardowani są klienci branży rozwoju osobistego? Nie, nie jestem przeciw niej. Sam interesuję się nią od 7 lat. Tyle tylko, że tak jak nauka bez moralności prowadzić może na ścieżkę doktora Mengele, tak też rozwój osobisty oparty wyłącznie o marketing i biznes niszczy ludziom życie. Bo chcą mieć łatwo, szybko i bezboleśnie, a by im to obiecać, musisz skłamać. Jak więc kłamie się w branży „rozwojowej”, by dobrze zarobić? To część pierwsza wpisu, bo czuję, że będzie tego baaaaardzo dużo.

 

Życie jest po to, by być szczęśliwym

Nie, nie jest po to. W zasadzie, według wielu różnych filozofii nie jest po nic. Podporządkowywanie wszystkiego w życiu tylko i wyłącznie własnemu szczęściu i zachciankom to bardzo egoistyczne zachowanie, często także prowadzące do szkody innych. Bo przecież skoro celem mojego życia jest moje szczęście, to co mnie obchodzą inni? Niestety, rozwój osobisty wkłada ci do głowy zbyt dużo „ja chcę”, a zbyt mało „powinienem” lub „dobre dla nas wszystkich jest”.

 

Każdy może mieć swoje poglądy i powinniśmy wszystkie tolerować

Idiotyzm. Rozumiem, że lewicowe środowiska takich krajów jak Holandia, czy USA ostro działają na rzecz legalizacji pedo, czy nekrofilii (poczytaj o partii Martjin i obejrzyj film dokumentalny pt „Syndrom Kinseya”, jeśli uważasz, że sobie to wymyśliłem) ale to naprawdę nie świadczy o tym, że mają rację. To samo tyczy się religii i poprawności politycznej. Jeśli twoja religia nakazuje ci zabijać, kraść, palić homoseksualistów, czy oszukiwać, zacznij od siebie i na sobie skończ. Ogromny problem z tolerancją polega na tym, że większość tak naprawdę nie rozumie, czym tolerancja jest. Dlatego rozum przegrywa z poprawnością polityczną i dlatego 98% daje sobie wsadzić do głów nonsensy 2%, które wiedzą, jak robić sobie dobry PR i zgrywać uciśnione ofiary.

 

Jesteś stworzony do wielkich rzeczy

Nie jesteś stworzony do żadnych rzeczy. Nawet do przetrwania nie jesteś stworzony, bo zawsze zdarzają się defekty, które mogłyby ci to uniemożliwić. Jeśli tak jak ja, interesujesz się socjocybernetyką, czy religioznawstwem, łatwo zauważysz, że rozwój osobisty spełnia praktycznie wszystkie kryteria, które pozwalałyby uznać go za religię. Nie będę się na ten temat rozpisywał, bo nie o tym jest artykuł, ale możesz to zobaczyć sam. Jako quasi religia ustawia system wartości, celów w życiu, jego sens i charakter działań, jakie człowiek uważa później, że powinien lub chce podejmować. Rozwój twierdzi, że jesteś stworzony by być wielkim. Inna filozofia może mówić, że jesteś stworzony do rozmnażania się i przetrwania. Jeszcze inna, że jesteś stworzony by zabijać niewiernych, a kolejna – by kochać swoich bliźnich i czynić rzeczy, które są miłe wam obu. Choose wisely.

 

 

Każdy ma równe szanse, startujemy z czystą kartą

Nie ma czegoś takiego, jak czysta karta. Masz geny, rodzice mają przeszłość społeczną, prawną, finansową, edukacyjną. Rodzisz się i rozwijasz w określonym położeniu geopolitycznym, masz dostęp do określonych rzeczy, a do innych być może nigdy nie będziesz miał. Nie daj sobie wkręcić, że wychodzisz z bloków tak samo przygotowany i przystosowany, jak inni. Nie dorobisz się miliardów w jedno pokolenie, tak jak nie zbudujesz idealnego zdrowia, jeśli twoja matka była narkomanką, przeżyła ogromny i długotrwały głód, piła w ciąży lub cierpi na choroby genetyczne, które przeszły także na ciebie. Zapoznaj się z tym, czym jest i co mówi epigenetyka, by wiedzieć więcej i móc wpływać na siebie i przyszłe pokolenia pod kątem biologicznym. Wszystko, czego nie dostałeś od rodziców, musisz wypracować i nie ma mowy o starcie na równi z innymi.

 

Musisz myśleć pozytywnie, wtedy więcej osiągniesz

Pozytywne myślenie jest cholernie groźne i naiwne. Jest przyjemne, ale to nic nie znaczy, bo wiele rzeczy zbyt przyjemnych źle się kończy. Praktyka pokazuje, że ludzie myślący realistycznie lub nawet negatywnie osiągają lepsze efekty, bo po prostu się zabezpieczają. Trzeba jednak odróżnić dwie sprawy: myślenie pozytywne od pozytywnego nastawienia. Pozytywne nastawienie jest ważne i pożyteczne. Z kolei myślenie, że wszystko zawsze pójdzie super jest po prostu idiotyzmem i kończy się porażką. Nie wpadaj w ten schemat i patrz na sprawy realnie. Brian Tracy zawsze mówił, że najważniejsze to poznać rzeczywistość taką, jaka jest, a nie taką, jaka byśmy chcieli, by była. Tracy to chyba jedyny guru rozwojowy, w którego wypowiedziach i karierze nie udało mi się znaleźć żadnych oszustw, przekrętów i perfidii (czego niestety nie można powiedzieć o Robbinsie, Kiyosakim, Trumpie i „elicie” polskich trenerów). Możesz wierzyć Brianowi – nigdy nie myśl pozytywnie. Zawsze zastanawiaj się, co może się zepsuć, po czym od razu stwórz plan naprawy lub najlepiej przeciwdziałania.

 

Moralność jest tylko systemem, poza który warto wyjść, by osiągać więcej

Zsekularyzowane społeczeństwo zachodu bardzo lubi to hasło, bo jest wygodne i przyjemne. Pozwala na wyciszenie głosu sumienia i skoczenie w przepaść całkowitego hedonizmu i dbania wyłącznie o swoje potrzeby. Bo przecież moralność i dobro nie istnieją! Liczy się tylko moja przyjemność. Na szczęście lądując w więzieniach, na śmietnikach i marginesie społecznym przypominają sobie o podstawach i wracają do nich, choć nie każdemu jest to dane. Nonsens relatywizmu tak religijnego jak ideowego jest bezpośrednio związany z modernizmem, którym przesiąknięta jest lewicowa strona sceny politycznej wraz ze swoim wątpliwej jakości elektoratem. Jeden z popularnych polskich trenerów NLP i rozwoju często powtarzał „Ja się nie zajmuję etyką, tym się zajmuje ksiądz”. Na ironię zakrawa fakt, że powstało na temat jego przekrętów kilka blogów opisujących opinie i doświadczenia klientów, a jego biznes upadł już zdaje się trzy lub czterokrotnie.

 

Nigdy się nie poddawaj, wtedy osiągniesz sukces

Poddawanie się jest bardzo fajne, gdy próbujesz osiągnąć szkodliwy cel. Nierentowne biznesy, szkodliwe diety, kontuzjogenne treningi i toksyczne relacje to rzeczy, które wręcz proszą się o poddanie. Nieustępliwość jest świetna, gdy grasz o wysoką stawkę, ale nie daj sobie wmówić, że cokolwiek zaczniesz robić, jest dobre. Nie, nie jest. Realnie podejdź do tematu, badaj wyniki i poddawaj się, gdy strategia nie działa lub cel okazuje się zbędny. Robienie rzeczy tylko po to, by powiedzieć o sobie, że jesteś konsekwentny i nic więcej to po prostu głupota.

 

Najważniejsza jest ciężka praca, niezależnie od tego co robisz

Ciężka praca to podstawa sukcesu, pod warunkiem, że cel jest jej wart. Wiele osób wkłada w swoją pracę niewiarygodne pokłady sił. Czy osiągają sukces? Rzadko, ponieważ praca wymagająca tytanicznego wysiłku nie zawsze jest pracą WARTĄ tego wysiłku. Możesz wkładać w roznoszenie ulotek 100% swoich sił 24 godziny na dobę. Czy staniesz się milionerem? Nie, bo ta praca nie ma możliwości doprowadzenia cię do sześciu zer na koncie. Gloryfikacja pracy za wszelką cenę była dobra w stalinowskiej Rosji, gdy miliony ginęły z głodu, a kolejne w obozach. Najpierw wybierz właściwą pracę i warte jej cele, dopiero później włóż w to wszystkie swoje siły.

 

Wszystko, co ci się przydarza, zależy od ciebie

Jadący z zawrotną prędkością autobus uderzył w ciebie, bo miałeś negatywne myśli! No tak, dajmy sobie spokój z „sekretową” jazdą. Rhonda Byrne zarobiła swoje, pewnie teraz produkuje inne pierdoły, a ci, którzy łyknęli jej filmy żyją w rozczarowaniu lub depresji. Nie, nie wszystko co się z tobą dzieje zależy od ciebie. Masz na to duży wpływ, ale nie stuprocentowy. Dlatego tak ważne jest inwestowanie w świadomość tego, co cię otacza (polityka, społeczeństwo, kultura, koniunktura, geopolityka, prognozy eksperckie itp), bo wspaniały spec od wszystkiego może w jednej chwili zostać zdmuchnięty przez falę kryzysów finansowych, czy parę bombek zrzuconych na niego dzięki kochanym politykom.

 

Rozwój służy do tego, by życie było łatwe i przyjemne

Byłoby to piękne, gdyby istniała taka możliwość. Ale nie na tym polega rozwój i osiąganie rzeczy. To, co robimy korzystając z narzędzi rozwoju osobistego staje się coraz trudniejsze, bo ciągle podnosimy poprzeczkę. Najczęściej nie można mieć więcej, łatwiejszymi sposobami. Owszem, są możliwości pójścia na skróty, podłączenia się pod dochodowy trend i osiągnięcia szybkiego sukcesu, ale to nikły procent wszystkich osiągnięć, jakie są udziałem ludzi na świecie. W większości przypadków w miarę osiągania kolejnych szczytów wszystko staje się coraz trudniejsze, bo nagrody dostajesz właśnie za to, że umiesz zabijać coraz większe smoki, a nie dlatego, że dajesz z siebie coraz mniej.

 

Powinieneś pracować dla pasji

Czy wiesz, że jaskiniowcy odkryli pierwsze prawa rozwoju osobistego? Dokładnie, to nie błąd w tekście! Odkryli oni mianowicie, że jeśli nie będą pracować, zginą tak jak 90% ich braci, bo praca nie jest dla pasji, tylko dla poprawienia i utrzymania poziomu życia. Idea rozwoju osobistego, który już wcześniej nazwałem quasi religią, zakłada podejście oparte o przyjemność, ambicję, marzenia i bezproblemowe życie. To oczywisty nonsens, ale świetnie się sprzedaje. Praca w tej religii ma być źródłem przyjemności, sukcesów, ogromnej kasy, zaszczytów i nie wiadomo czego jeszcze. No niestety, fakty niszczą tą wizję, podobnie jak spotkanie z pierwszym lepszym problemem zawodowym, bo praca nigdy nie była i nie będzie stworzona dla ciebie, czy dla przyjemności, ale dla osiągnięcia zysku, utrzymania lub podniesienia standardu życia, czy też odkrycia czegoś. Praca, która daje sukcesy wcale nie musi być przyjemna. Wręcz przeciwnie – największe sukcesy, pieniądze i honory spotykają tych, którzy mają cholernie ciężkie i wymagające zawody.

Continue reading


Konfesja pod lupą

img_3350Zaznaczę od razu: nie jest celem tego tekstu podważanie czyjejś narracji. Bajki (nudne) o swoich sukcesach, rozwojach, zwłaszcza w stanie 40+, opowiadają sobie wszyscy, którzy tego szczęśliwego wieku dożyli. Ja czasem też. Z tego opowiadania (jakby w kościelnym języku powiedzieć: „świadectwa”), zaczerpniętego z Mętnego Lustra, wyłuskałam jednak kilka typowych dla pop-psychologii konstruktów. Sam artykuł jest przykładem modnej, ekshibicjonistycznej konfesji. Opiera się na mitach kulturowego, miłościwie nam panującego narcyzmu. Mnie kulturowy narcyzm/ekspresyjny indywidualizm osobiście mierzi, ale z drugiej strony: jest fascynującym, opisywalnym zjawiskiem i zdaję sobie sprawę z tego, że uczestnikom takiej narracji daje poczucie stabilności, sensu, uczestnictwa- jak niegdyś religia.

Warto jednak sobie uświadamiać, że jest to tylko opowieść i że możliwe są inne.

Kilka wątków z materii:

 

Mit braku wpływu czynników zewnętrznych

„Powodów do bycia szczęśliwą lub nieszczęśliwą upatruję w sobie, w swoim widzeniu i interpretowaniu świata, a nie w czynnikach zewnętrznych”

Współczesna narracja ignoruje istnienie opresji zewnętrznej. Może dlatego, że owa opresja nie jest namacalna. Czymże są „prawa rynku”, „bank”, „bezrobocie”, „terroryzm”, „wojna hybrydowa”, „państwo”? Kogo uderzyć? Niemodne jest więc pisanie o buncie zewnętrznym, zresztą już dawno urynkowionym czy upolitycznionym… Opresja z zewnątrz zmienia się na wewnętrzną: naszym wrogiem stały się „demony wewnętrzne”, „brak rozwoju”, „swoje (w domyśle – błędne) interpretacje”. Samo-opresja pięknie współbrzmi z procesami auto-ekspresji. Im więcej „demonów wewnętrznych”, tym więcej bohaterstwa w „pracy nad sobą” i tym większa koncentracja jednostki na sobie. No, i tym bardziej jest o czym pisać.

„Nie w czynnikach zewnętrznych” to mantra współczesności i niewielu ośmieli się powiedzieć inaczej. Może przez tę mantrę nie jesteśmy w stanie skonfrontować się z otaczającą rzeczywistością? Z bezsensem, z zanikiem sacrum, z bezrobociem, z agresją, z zaczynającą się właśnie wojną, z bezczelnością politykierów, z manipulacją mendiów, z poprawnością polityczną, z niszczeniem Ziemi, z procesami akulturacji i masowym światowym przesiedlaniem taniej siły roboczej… Tytani próbują rozwiązać lokalnie globalne problemy – co oczywiście jest skazane na porażkę – lub też zamknąć się przed cierpieniem „w swoim widzeniu”. „Swoje widzenie” wypiera istnienie „rzeczywistości uzgodnionej”, intersubiektywnie komunikowalnej i przeżywanej, a co za tym idzie: wspólnego działania i protestu. Żyjemy w indywidualnych i grupowych narracjach, w wielkiej wieży Babel, skłóceni między sobą, nadający inne znaczenia słowom. System umacnia ten stan kłamstwem: „poczucie szczęścia jest kwestią twojego spojrzenia”. Daje też technologiczną możliwość odseparowania się od innych narracji, z których część zostaje napiętnowana i usuwana dla podtrzymania iluzji pięknego świata (hejt). Uważam, że taki mit czyni nas de facto bezbronnymi wobec świata. I budzi – w złej a niezawinionej sytuacji ekonomicznej, rodzinnej, społecznej czy też w depresji – samotnie przeżywane poczucie winy za „błędne widzenie i interpretację „.

Continue reading


Cudne manowce

liniowy1„Żałosne”, pomyślałam przelatując wzrokiem zwierciadlany tekst pt. Ludzie odporni na zmianę. Na czym polega „pseudorozwój?” . Żałosne, bo artykuł używa głosu kogoś, kto mówi jak żyć, by przekazać, że dorosły człowiek nie potrzebuje nikogo, kto mówi jak żyć. Żałosne jest również to, że rozszerza się nam definicję zdrowia. Freud pisał, że zdrowy człowiek zdolny jest do pracy i miłości, co brzmi teraz: zdrowy człowiek jest w stanie nawiązać i podtrzymać więzi w tym „więź terapeutyczną”. Tak, posłuszne dziecko epoki nie zrywa więzi terapeutycznych i pokornie ssie krowę-terapię, by się „zmienić”.

Właśnie: „zmienić”! Jest w tym tekście coś jeszcze bardziej żałosnego: użycie magicznego pojęcia „rozwoju”. W rzeczywistości trudno bowiem nie dostrzec zjawiska uzależnienia od „terapii”, klęski współczesnej narcystycznej koncepcji „rozwoju osobistego” czy zignorować obecność na rynku cudów wszelkiej maści terapeutów i szarlatanów. Więc -aby wyjść z twarzą- psychobiznesmeni odwracają kota ogonem: gdy terapia nie działa, to trzeba terapeutyzować się jeszcze dogłębniej, bo obok terapii mamy „pseudoterapie”, zamiast zmian mamy „pseudozmianę” a zamiast „szczerej pracy nad sobą” pokazuje gębę „nieszczera praca nad sobą”. Rozwój pozostaje wartością niepodważalną. Ale jeśli jest on mało rozwojowy- to znaczy, że jest to „pseudorozwój”. Proste.

Oczywiście, od psycholożki Moniki Jędrowskiej nie wymagam, żeby krytycznie odniosła się do koncepcji „rozwoju”, która stanowi podstawę jej zawodu. Żeby porzuciła wyuczone myślenie schematami – które to schematy sprzedaje czytelnikom, jakby ci nie mieli własnych głów. Nie jestem (no, jawnie, bo skrycie tak) aż taką sadystką. Ale nieśmiało zauważam – bo co ja tam przy takich mądrych „psycholożkach” wiem –  że w takiej koncepcji (rozwój to czy pseudorozwój, pal licho) zamiast życia mamy pseudo-życie. Całe obszary przeszłych doświadczeń, fantazji, fałszywych ścieżek, pomyłek, głupoty, snów wstydliwych i nieracjonalnych poczynań mają przecież zostać zanegowane w procesie „zmiany” i zaetykietowane jako „nierozwojowe”/”nieadekwatne”. Bohaterką zwierciadlanego tekstu jest niejaka Magda, która „nigdy tak naprawdę nie pracowała nad sobą, chociaż spędziła siedem lat z przekonaniem, że nieustannie się zmienia.” W oczach psychoterapeutki Magda zmarnowała siedem lat na: roczną grupę terapeutyczną, szkołę kołczingu, zajęcia jogi, air jogi, trening interpersonalny, pracę z ciałem Lowena, warsztaty oddychania. Teraz „pracuje” w indywidualnej terapii. Nie wiadomo jednak, na ile zmiana wypracowywana w tej kolejnej, jedynie słusznej i a priori skutecznej terapii okaże się trwała. Może kogoś rozczaruję, ale napiszę wprost z doświadczeń głowy siwej: za każdym „rozwojem”, rozszerzeniem percepcji, za każdym progiem idzie kolejne ograniczenie, kolejny ból. Za jedną siną dalą – druga dal; za jednym mocnym chłodem – drugi chłód…  Tak wygląda życie. Nie ma wiecznej stabilizacji, nawet po skutecznej, certyfikowanej terapii – czyli tego mirażu, jaki obiecują psychobiznesmeni. To szkodliwe kłamstwo.

Jasne jest, że zmiana wpisuje się w ludzkie życie.  Co żywe, zmienia się; a zmienia się, bo żyje. Nihil novi, czystej wody banał. Koło Fortuny, karty Tarota – takimi obrazami kiedyś o tym opowiadano. Dziś „zmiana” oznacza nielogicznie „rozwój” a narracja „skutecznego rozwoju” jaśnie panuje ku naszemu utrapieniu.

Przyznam, że jak słyszę słowo „rozwój” robi mi się z lekka niedobrze, podobnie jak przy słowie „szczęście”. Od razu kojarzy mi się ze „zrównoważonym rozwojem”, czyli kapitalistyczną iluzją, że można zjeść ciasteczko i mieć ciasteczko. Z tabelkami – bo jakoś ten rozwój trzeba zanotować, uwiecznić. Z pojęciem zmiany linearnej, niecyklicznej. Z trendem – idącym zawsze w tym samym kierunku, ku wyżynom. Co za tym idzie: kojarzy się z bombastycznymi, fallicznymi wykresami, bo on musi sterczeć wysoko, a im wyżej tym lepiej. Z potrzebą osiągnięć, z wyrzynaniem konkurencji, która się gorzej „rozwija”. Oczywiście, skutecznym i racjonalnym wyrzynaniem.

Obok kapitalistycznej konkurencji i prymitywnego darwinizmu mam jeszcze drugie skojarzenie z „rozwojem”. Jest nią narracja judeo-chrześcijańska, popłuczyny starszych cywilizacji.  Jesteśmy zanurzeni w bajce (bez względu na to czy ktoś się z nią utożsamia czy nie), w której protagonistami jest Ktoś-kto-Wie i mały, zły człowiek, który wiedzieć nie może. Chrześcijaństwo podsuwa nam obraz grzesznego człowieka, skażonego u narodzin – jego uchybienia muszą zostać odkupione, jego grzechy wymazane przez Kogoś Wyżej. W tej narracji jest ktoś potężny, a przy tym mściwy i zazdrosny.  Ktoś z zewnątrz, kto przekazuje przez czarno odziane sługi, co jest złe i którego postać powstrzymuje przed grzechem. Więc sami, ową wielką figurę naśladując,  surowo oceniamy się i powstrzymujemy się od grzeszenia, zwyczajowo przynajmniej w pewnych okresach (Adwent). Żadnego podświadomego samo-oszustwa, za to całkiem uświadomione poczucie winy i skruszona minka by wyprzedzić cios (Tato, nie bij!). Stawka jest wysoka. Ktoś bowiem trzyma wyświechtany kajet, gdzie zapisuje i ocenia wszystkie nasze dzienne sprawy i maluczkie poczynania. Bóg chrześcijański każdego z nas oddzielnie osądzi i ukarze, ale też „kocha”, jak twierdzą specjaliści. Oto właściwe źródło rozkoszy: oceniający Bóg swego Syna posłał na śmierć… dla mnie, dla ciebie. Miłość czy nienawiść – to w każdym przypadku oznacza zainteresowanie Kogoś Potężnego takimi stworkami jak my. Strasznie jesteśmy ważni, czyż to nie łechce ego bełkoczącej pół-małpy? Łechce, ale i podtrzymuje narcystyczne przewrażliwienie, ból nękacza i nieodporność na cudzą opinię.  Musimy się zmieniać (czyt. ulepszać), bo tacy jacy się rodzimy – nadzy, zakrwawieni i bezbronni- do żadnego raju nie wejdziemy. No way. Daleko jesteśmy już od opowieści, która każe noworodka położyć na łonie Matki Ziemi.

Narracja chrześcijańska popełniła też i inny grzech wobec człowieczeństwa. Oddzieliła sacrum od profanum a sacrum sparametryzowała i wysiudała poza ludzki, namacalny świat. Stworzyła wizję bóstwa, które nie uznaje całości naszego ludzkiego doświadczenia. I tak, świętym bywa rozłożenie rąk w błogosławieństwie. Rozłożenie nóg w akcie seksualnym już święte być nie może. Nie ma niczego świętego w ptasim gównie (a jaka to cudowna praca jelit!), symbolicznie święta bywa za to spieczona mąka. Człowiek umiera, zwierzę zdycha zaledwie. Dostaliśmy też opowieść o życiu- projekcie: człowiek ma się stawać samoświadomy i „lepszy” w oczach Kogoś. I to widać w narracji o „rozwoju”: nie akceptuje się w niej oczywistych zjawisk (lęku, zastoju, zacofania, braku postępów, cykliczności) a czas dany nam na ziemi wykorzystany być powinien na zaprojektowanie siebie według powszechnie akceptowanych parametrów (patrz: pewność siebie, moda, „relacje”, sukces zawodowy, „uduchowienie” etc). Jesteśmy niewolnikami swojego własnego (tj. budowanego własnymi rękoma) projektu, swojej własnej klatki. Continue reading


Hop!

1-death-of-5Ostatnio przedefilowało przede mną kilka osób, ubiegających się u mojego łaskawego pracodawcy o pracę i płacę. Moim zadaniem było sprawdzenie wiedzy merytorycznej kandydatów (bo stanowisko specjalistyczne), sposobu myślenia, reakcji i tego, czy pasują do zespołu. Nie jestem psychologiem, nie mam właściwej wiedzy, nie używam testów, ale z grupy wyłoniłam szybko jedną osobę. Była to osoba, która – założę się – nie pracowała z żadnym korporacyjnym kołczem. Nie sprzedała mi, w odróżnieniu od innych kandydatów, zdecydowanego uściśnięcia ręki, nie rzucała fachowymi terminami, nie uśmiechała się przepełniona radością życia i nie opowiadała z namiętnością o niekończących się korporacyjnych mityngach. Nie „zmieniała wad w zalety” i nie dzieliła zwierzeniami o tym, „jak widzi siebie za pięć lat w państwa dynamicznie rozwijającej się spółce”. Nie wysłała maila z  intymną informacją, że miło było jej nas poznać i że ma nadzieję spotkać nas znów. Nie odmieniała przez przypadki „rozwoju”, „celów”, „profesjonalizmu” „osiągnięć” ani „sukcesu”. Ani raz nie padło słowo „motywacja” ani „zaangażowanie”.  Ba! nie uderzyła nawet w perwersyjną gadkę o „zadowoleniu klienta” i „staniu do niego otworem”! A przyparta do muru zaczynała się bronić, stresować i kombinować, czego to możemy tak naprawdę od niej chcieć. Spłoszyła się bardzo i po ludzku. No, wtopa.

Była za to jedyną w stawce osobą, która zgłębiła – konkretnie, omijając sr..nie w banie i nie dając się zbić z tropu – procesy, którymi będzie się zajmować.

O tej defiladzie osób skołczingowanych pomyślałam, czytając artykuł popełniony przez Łukasza Wieczorka, oddanego Sprawie coacha. Ostatnio kołczing staje się tematem medialnym. Dyskusja publiczna toczy się wokół tego czy kołczing działa czy nie, czy kołczowie są profesjonalni czy nie etc.  Przetacza się po wierzchu, taka powtórka z gadek o psychoterapii. Nie będę polemizować z argumentami Autora – bo być może tak ten rynek funkcjonuje jak go opisuje i są takie grupy kołczów jakie widzi. Zwróciłam jednak uwagę na język i system wartości. Kilka zdań wyjętych z kontekstu, ale mnie zastanawiających. Podkreślenia moje:

„Artykuły pozytywne i pokazujące niesamowitą efektywność procesów coachingowych oraz te, które deprecjonują coachów i proces coachingowy.”

Naczelną wartością w spotkaniu kołcza z klientem jest skuteczność oddziaływań. Skuteczny ma być zarówno kołcz jak i jego klient, przeprowadzający życiowe zmiany. A teraz proszę się zastanowić: czy na łożu śmierci powiemy sobie z żalem „nie żyłam/em skutecznie…”. Ja tak nie powiem.

„Skoro więc Klient nie jest zadowolony, to w moim odczuciu, osoba taka jak coach powinna po pierwsze spojrzeć w lustro i zadać sobie sama pytanie: co takiego robię, żeby być dobrym w tym, czym się zajmuję?”

Kołcz sterowany jest przez Innego: klienta. Zadowolony klient w krawacie jest mniej awanturujący się, prawda?  Więc przyjmują tylko tych z krawatem. Znajoma pani Jadzia z warzywniaka na kołczing się nie udaje. A jeśli już do awantur dojdzie z podkrawatowanym klientem, skruszony kołcz powinien- zgodnie ze swoją filozofią skuteczności i zewnątrzsterowności- zrobić rachunek sumienia.

Stopy zwrotu z inwestycji w coaching dla osoby bądź firmy zatrudniającej coacha sięgają wg badań przeprowadzanych na całym świecie 1.200% … Podsumowując: dużo możliwości rozwoju, które nie są tanie, sporo chętnych a i potrzeby wydawałoby się znaczne przy atrakcyjnym wynagrodzeniu w środowisku nienormowanego czasu pracy„.

Co jest ważne w pracy kołcza? Kalkulowalne zadowolenie klienta (stopa zwrotu ujęta procentowo i pieniężnie, behavior). Rosnący popyt przekładający się na bezpieczeństwo pracy. Także: dobra stawka za pracę w przeliczeniu na godzinę, nienormowany czas pracy. Czyli, wypisz wymaluj, dokładna odwrotność warunków oferowanych korpo-szarakom.

Wystarczy chcieć.”

Gdyby wystarczało chcieć, to niepotrzebni byliby kołczowie a świat byłby płaski. Paradoks w tym, że trzeba skołczowania, by zostać dobrym kołczem. Motywacja podtrzymywana jest przez czynnik zewnętrzny. W rzeczywistości, gdy się czegoś naprawdę chce i co się ocenia jako ważne – samo do głowy i serca wchodzi.

„Zapłacili, certyfikat wisi oprawiony na ścianie – teraz czas na zarabianie.Wychodzą na rynek bez cienia pokory…”

Cóż. Skoro przyswoili sobie taki system wartości (papier+kasa) na kursie, to dlaczego mieliby nagle myśleć inaczej…?

„Pośród osób kształcących się aby zostać coachami stosunkowo niewielki odsetek zna się na rozwijaniu biznesu.To psycholodzy, trenerzy, menedżerowie korporacji mający niejednokrotnie ogromną wiedzę, ale niekoniecznie o tym, jak się sprzedać„.

Pokłoń się bóstwu: Rynkowi. „Się- sprzedać” kojarzy mi się natychmiast z prostytucją. Kołczing nastawiony jest na efekt finansowy i olśnienie kupującego. Nie wiedzą, ale imażem.

Przyznaj przed samym sobą, że się nie rozwijasz” .

Nie-rozwój (zastój) jest grzechem. Ma budzić wstyd, rachunek sumienia. O „rozwoju”, który jest niczym innym jak nieuchronną zmianą życiową, dojrzewaniem i przejrzewaniem, opakowanym w marketingowy papiereczek mastu (must do it, must have it) już pisałam w Manowcach Rozwoju Osobistego.

„wspólnie musimy zadbać o to jak postrzegany jest coaching. A to zależy tylko i wyłącznie od nas samych. Od naszego podejścia. Od naszego zaangażowania. Od naszej motywacji i entuzjazmu.„.

Mam złą wiadomość. Niestety nie. To jak postrzegany jest kołczing zależy od globalnego rynku, mediów kreujących modę, narracji kulturowej i od utrzymania pustosłowia jakim żyjemy. Zależy też od ludzkiego rozmemłania, projekcji, heurystyk (psychoterapia cacy, kołczing ble, lub odwrotnie), jednym słowem: od ludzkiego poznawczego lenistwa. Tylko że w tej koncepcji nad-poczucia kontroli nie można tego powiedzieć głośno…

Uważam, że słabość kołczingu nie polega na „nieskuteczności” i „wypaleniu” czy „braku szkoleń” kołczów. Polega na tym, że kołczing odzwierciedla i pracuje nad ugruntowaniem systemu wyzysku. Podtrzymuje i bazuje na ekonomiczno-metafizycznych mirażach, nie mających związku z rzeczywistością (ty wybierasz, ty decydujesz; wystarczy chcieć). Zalewa gimnazjalnymi banałami w stylu „Chcesz zmienić świat, zmień siebie”, co jest oczywistą nieprawdą podsuwaną przez tych, którzy chcą, żeby świat się nie zmieniał. Pogłębia zewnątrzsterowność i uzależnienie  – bo nie sięga się w tej koncepcji po własne zasoby a szuka kogoś, kto sprawi, żeby chciało się chcieć i sięgnąć. Kołczing redukuje człowieczeństwo do skutecznego działania, przeprowadzenia zmian i osiągania finansowych celów w służbie korporacyjnych graczy. To filozofia czysto utylitarna, psychopatyczna. Continue reading


Las

045Rzadko kiedy korzystam z artykułów taraka.pl. Z pajęczych tekstów Piotra Jaczewskiego o wiele częściej. Dziś chciałabym podzielić się kawałkiem fajnego tekstu Autora Szamanizm v Terapeutyzm http://www.taraka.pl/szamanizm_vs_terapeutyzm

„A ból jest prosty, wszystkie te podejścia [techniki oparte na metaforze-dop. mój, przykłady w tekście] uważam za nie fer w relacji z ludźmi. Cały Terapeutyzm  tu w postaci „Ty mi opowiedz o sobie, ja będę zadawać pytania. Ty się uzewnętrznij, ja będę kierował Twoim doświadczeniem” uważam za niezdrową nierównowagę w relacjach pt. silniejszy bije słabszego. Terapia ma się do prozy życia JAK Polityka  – można, co najwyżej szukać w niej mniejszego zła..  i metafora wydaje się być takim rozwiązaniem, gdzie w sprzyjających warunkach można znaleźć sytuację pt. „ty chwilowo jesteś słabszy, ja mam dobrą pozycję, ale spróbujmy swoich sił w sprycie, mądrości i humorze” – grać w otwarte karty, pozwalając drugiej stronie mieć karty przy orderach…

Przede wszystkim metafora otwiera drzwi do kolejnego wymiaru, pracy samodzielnej. A przy pozbyciu tego narcystycznego zainteresowania sobą „uaaa, ja mam problem…” „uaaa, ja się rozwijam” „uaaa, o! to się nazywa orgazm?!…” „ua, cały świat żyje moimi problemami i zwycięstwami, wadami i zaletami” otwiera drzwi do pracy wewnętrznej. Szamanizmu. Wchodzenia do świata wewnętrznego z wewnętrznych przyczyn i znajdowania tam rozwiązań wewnętrznych i/lub czasami czegoś istotnego dla świata zewnętrznego.

Ta praca wewnętrzna, celowe wchodzenie do świata wewnętrznego musi jednak odbywać się z powodów związanych ze światem wewnętrznym. Ta autoteliczność  szamanizmu, dodaje tutaj dodatkowe wymaganie: wiedzy i mądrości i sprytu czy wrażliwości emocjonalnej pozwalającej na wybieranie metafor wartych pracy. Bez tego mamy do czynienia z zacieraniem granicy pomiędzy jednym i drugim, światem zewnętrznym i wewnętrznym, metapotforra wgryza się w nas i sprawia, że zaczynamy służyć dyktaturom niczym sprzedajny polityk.

Tymczasem -działanie w świecie wewnętrznym, dla działania w świecie wewnętrznym- to bardzo podstawowa, warta ucieleśnienia, metafora życia:

Korzystam ze zmysłów. Jestem emocjonalnie zaangażowany w życie. Wczuwam się w nastrój, w atmosferę, w rytmy i całość doświadczenia. Zauważam drobne szczegóły, miewam ogólne intuicje, toleruję niejasności niedopowiedzenia oraz luki w świadomości. Myślę racjonalnie. Rozwiązuję Problemy, Tworzę. Rozróżniam JA i Inni. Przynależę. Pamiętam. Opowiadam znaczące historie. Działam. W świecie! W obu światach: wewnętrznym, zewnętrznym.

To jest coś, co warto pielęgnować, a co nie jest takie łatwe do uzyskania i utrzymania. Serio. To podstawowa prawda. Narodziny są dukkha, starzenie się jest dukkha, śmierć jest dukkha; rozpacz, lament, ból i napięcie są dukkha; powiązanie z niechcianym jest dukkhą; rozłąka z upragnionym jest dukkha; nieosiągnięcie pożądanego jest dukkha. Pokrótce, pięć znikających zespołów jest dukkha. I bez pielęgnowania owej prawdy życie jest ucieczką, świadomość złudzeniem, opowieści bzdurą, a myśli tworem demonicznych dyktatur. Zgroza i pradawne zło szczekające na ludzi myślących i usiłujących zachować człowieczeństwo, a odcinających się od dilerów memów jedynie słusznych. Metapotforra usiłuje wtedy nas zaczarować i zabić, subtelnie podcinając żyły nihilizmem, zalewając w trupa eternalizmem, wkręcając nas w dualistyczne mafijne biznesiki oraz pochwalając przekręty i kłamstwa  monizmu. „

Continue reading


Karolcia i magiczny kwant

 karolcia

Jedyna możliwość

Jedyna możliwość, by żyć w poczuciu szczęścia, radości i spełnienia, by żyć w zachwycie, polega na odrzuceniu rozumowania.

„Nasz rozum bardzo nie lubi zmian i stawia opór pod wszelkimi możliwymi postaciami. W dodatku, kiedy sięgamy do jakiegoś obszaru, w którym chcielibyśmy coś zmienić, często aktywują się stare programy, wszystko, co świadome, nieświadome i wyparte. My musimy się z tym mierzyć, co zazwyczaj nie jest miłym doświadczeniem.” Z pomocą przychodzi Metoda Dwupunktowa – najszybsza, najskuteczniejsza i najdelikatniejsza z metod, jakie poznałam. Nie musisz wiedzieć, dlaczego pewne nieprzyjemne sprawy goszczą w Twoim życiu. Nie musisz sięgać do przeszłości, żeby znaleźć i odczarować przyczynę. Nie musisz na nowo przeżywać przykrości opowiadając o tym terapeucie. Wystarczy Twoja chęć zmiany, intencja, gotowość. Reszta dzieje się sama, poprzez proces kwantowej transformacji.”

Po rzuceniu okiem na reklamy „Matrixa Metody Dwupunktowej”, np. takiej to strony,  zaczęłam ziewać. W marketingowym bełkocie kolejnej metody uzdrawiania wszystkiego łącznie z psem, kotem, rybkami i paprotką, w tym kolejnym cudzie „transformacji życia” [ziew], kryją się bowiem ciągle te same, do wyrzygania nudne [ziew, rzyg] chwyty, które już widziałam i słyszałam tyle razy, że nawet się już nie uśmiecham z grzeczności, jak je mijam.

Efekt placebo, rozentuzjazmowani poczuciem wspólnotowości uczestnicy warsztatów, błędy poznawcze. Niczym nie pokryte zapewnienia o możliwości zmiany [ziew]. Bowiem To-Co-Jest jest poronione i musi być „zmienione”. Nęcenie autorytetem Zachodu, wpływy filozoficzne Wschodu [ziew]. Sławetne „nie myśl, nie pytaj, nie sprawdzaj”, bo rozum to wróg twój i lepiej -dla zachowania zdrowia psychicznego- nie myśleć [ziew]. Dwupunkt podciągnąć można pod nurt mindfulness, więc twoim wrogiem będzie też „automatyzm” oraz „klatka opinii i postaw” [ziew]. Są też – a jakże!- certyfikaty [ziew], trenerzy, stopnie wtajemniczenia… Ba! naród szarpnął się nawet na słowiańską swojskość w postaci „polskiej szkoły dwupunktu”… Stawki na warsztaty są zaporowe, bo jasne jest, że „zmiana świata” to nie zabawa dla obesranych pijaczków i studencików a menedżerów, specjalistów. Elitarność łechtana „otwartym umysłem” (my, którzy mamy „otwarte umysły” na tyle, żeby zapłacić 600 zł na naukę medytacji). Oczywiście, przebija z tego współczesny system wartości: zdrowie, radość, witalność, szczęście, „jakość życia” [ziew] oraz wolność wyboru czyli tworzenia siebie [ziew].

Znany już zewsząd bełkot o „tworzeniu swojej rzeczywistości”, „przyciąganiu szczęścia” [ziew], co w zasadzie sprowadza się do manipulacji postrzeganiem: w pole uwagi wchodzą fenomeny, na które do tej pory nie zwracaliśmy uwagi a olewamy to, co nie wychodzi (Matryca tak chciała, puść to!) [ziew].

Hasło przewodnie: wszystko jest możliwe, to co masz stworzyłeś sam [ziew], nawet raka i strukturalne bezrobocie.

 

 

****

 

Możesz być kim chcesz…

… oto wielka ułuda współczesności, wielkie oszustwo Systemu…
„Możesz doświadczyć wszystkiego – niezależnie od tego, czy wydaje ci się to możliwe czy nie; jesteś świadomy istnienia Matrixa. Jesteś stale połączony z polem i wszystkimi możliwościami. Potrzebujesz tylko dokonać wyboru, czego chcesz doświadczać. Musisz tylko pozwolić, żeby to się mogło zdarzyć.”
 
„Nie ma rozdzielenia – wszystko jest jednym – Matrycą. W Matrycy (Polu) „zapisane” są wszystkie informacje dotyczące wszystkiego we Wszechświecie – jest to kipiący potencjał możliwości. Możemy swobodnie czerpać z tego potencjału – wykorzystując narzędzie zwane Metodą Dwupunktową (dwupunkt). Nic nie możesz zrobić źle. Połączenie ze Źródłem następuje tylko poprzez pole serca. Będąc w tej przestrzeni, podnosisz swoje wibracje, w innej sytuacji dwupunkt po prostu „nie zadziała”.

Dwupunkt mruczy neoliberalną mantrę „ty wybierasz, ty decydujesz”. Zdaje się otwierać oszałamiającą wolność wyboru, napełniać mocą tworzenia siebie i rzeczywistości.  Ta wolność to jednak pozór, gdyż w tym wyborze nie pozostajemy sami. Jest obok nas Matryca, Wielka Matka, która Kocha i Wie. Jej gruby brzuch mieści w sobie wszystkie możliwości; potrójny cyc zalewa oczy mlekiem cudów. Gdy jednak dzieciątka zażądają czegoś, co dla Matki jest „fe!”, cyc zostanie łagodnie od ust spragnionych odsunięty. Robiąc „dwupunkt” (cokolwiek by to nie było) nie można się pomylić. Oszałamiający wybór jest oszałamiająco bezpieczny. Żadnego prawdziwego ryzyka, żadnej odpowiedzialności, żadnego Taty. Świat betryzowany, pojęć lemowskich używając. Nie możesz się pomylić, nie możesz nikogo skrzywdzić, jeśli kieruje Tobą „serce”. Wyściełana miękko Matryca, Wielka Miłość, o jakiej piszą propagatorzy dwupunktu to fatalizm łagodzący samotne „stwarzanie siebie”. Cokolwiek się nie zrobi, zawsze wpada się w pulchne, matczyne ramiona. Bowiem im większy kulturowy wymóg self-heroizmu tym większa potrzeba bycia dzieckiem. Zamknięcia się w Mamusi, jak Wtedy.

 

 

****

 

Świat jest inny

Świat jest taki, jaki myślisz, że jest – nie są to już tylko przebudzające i uświadamiające słowa, ale fakt potwierdzony naukowo.”
 

„świat, który uznajemy za prawdziwy, jest, zgodnie z tym, co udowadnia fizyka kwantowa, tylko projekcją, która powstaje w naszych głowach… Niestety, ta projekcja warunkowana jest naszymi własnymi myślami i programami, których mocno się trzymamy – zazwyczaj bardzo nas ograniczającymi.

 
Twoje życie może się całkowicie przeobrazić, o ile na to pozwolisz. Dzięki rezonansowemu splątaniu możliwa jest bowiem zmiana w polu kwantowym – cząsteczki stają się falą najróżniejszych możliwości.
 

Dwupunkt (cokolwiek by to nie było) używa w swojej ofercie nachalnie argumentu naukowego. Ta nachalność jest charakterystyczna dla „nowych nurtów samo-uzdrawiania”. Przewija się, a jakże!, fizyka kwantowa, a raczej „fizyka kwantowa”. Piszę świadomie w cudzysłowie, bo jest to obraz, koncept, hasło, które ma wzmóc siłę marketingowego przekonywania. Nie ma mowy o kontrowersjach, dyskusjach między fizykami. Nie ma miejsca na „nie wiemy”. Wystarczy, że myśl „świat nie jest taki, jaki nam się wydaje” jest analogią do mistycyzmu, hermeneutyki, ezoteryki.

 

Jeśli ktoś oczekuje, że rozstrzygnę jednym ruchem spory fizyki kwantowej i „kwantowej ezoteryki”, to napiszę od razu: dalszą lekturę może sobie podarować. Nie rozstrzygnę, nie mając do tego ani wiedzy ani prawa. Nie napiszę również, czy „dwupunkt działa”, bo pewnie w indywidualnych przypadkach „działa”, tak jak działa sympatyczny kontakt społeczny, wspólne przeżywanie nadziei na zmianę, gesty magiczne, postawa Pollyanny czy modlitwa. Rozsądnych badań skuteczności nie ma, bo to wymaga użycia rozumu a rozum jest w tej koncepcji i podobnych- fe!. Przytoczę jednak ostrożne wypowiedzi Jana Chwedeńczuka, fizyka kwantowego, prowokowanego przez Tomasza Stawiszyńskiego (linki poniżej-całość lektury czy odsłuchu polecam). Mnie uderzył rozziew między wyważonym językiem nauki a pochopnością fantazji o miłości unifikującej  i „potwierdzonej naukowo”.

 

Fragmenty:

 

Tomasz Stawiszyński: Byłem jakiś czas temu na wykładach Stanislava Grofa, twórcy psychologii transpersonalnej. Podczas tych wykładów Grof przekonywał – powołując się na Fritjofa Caprę, swojego przyjaciela, autora bestselerowej niegdyś książki Tao fizyki – że z fizyki kwantowej wyłania się taki obraz świata, który mówi nam: mistycy mieli rację. Co ty na to?

 Jan Chwedeńczuk: Nie do końca rozumiem, co to znaczy. Mistyczna rzeczywistość to znaczy jaka?
TS: Mistyczna, czyli niedualna. Taka, w której podmiot i przedmiot nie są wcale czymś innym od siebie, w której ja i coś, co jest przedmiotem mojej obserwacji, to nie są dwa rozłączne byty. My naprawdę na tym najgłębszym poziomie jesteśmy jednym.

JCh: To są bardzo ogólne stwierdzenia. Jedyny sposób, w jaki mogę się do tego odnieść, to próbować wyjaśnić, czym jest fizyka kwantowa. Być może na tej podstawie jakoś uda się nam uzyskać porozumienie. Aczkolwiek nie jestem przekonany.W największym skrócie – fizyka kwantowa jest współczesną i obowiązującą teorią, opisującą zjawiska zachodzące we wszechświecie. Szał wokół niej wynika z tego, że niektóre jej przewidywania stoją w sprzeczności z tym, co znamy z życia codziennego. Kiedy pójdziemy do lasu i widzimy spadające liście i biegające jelenie, to są to zjawiska, które obserwujemy od tysięcy lat, tworzące świat, który rozumiemy.

 TS:W którym czujemy się bezpiecznie…

JCh: …i który zawsze możemy sprowadzić do jakichś prostych zjawisk. Okazuje się, i to jest kluczowe, że zgodnie z przewidywaniami mechaniki kwantowej świat, który nas otacza, jest zupełnie inny, niż się nam wydaje. Mechanika kwantowa przewiduje istnienie zjawisk, których nie doświadczamy w życiu codziennym.

Continue reading


Ta nieprawda w relacjach

velazquez_wenus_z_lustremDomniemaną prawdę o miłości posiadł Michał Duda, psychoterapeuta, który w Mętnym Lustrze tłumaczy maluczkim świat według psychologii zorientowanej na proces.

Link podesłany przez Czytelnika (dziękuję i pozdrawiam) zawiera wywiad typu: pani pyta pana. Pani nie jest mądra i zadaje pytania kucharki Ad1). Pan jest mądry i Wie. Czyż to nie znany nam układ współczesnych poradników i wioskowej filozofii, psycho-biblii współczesnych? Mądrzy Panowie mówią o Ważnych Życiowych Sprawach  podpytywani przez (po pytaniach sądząc) głupiutkie kobietki. Ot, dżender taki.

I zauważyli Państwo, że już w zasadzie nie mówi się o miłości? Zamiast miłości jest „relacja”. Termin – choć niedookreślony („Pojęcie relacji jest tak bogate, że ujęcie jej w jedną definicję nie wydaje mi się możliwe” mówi pan Duda) brzmi „matematycznie”, co znamienne. Mi przypomina „funkcję” czyli „przyporządkowanie”. Pan Duda dzieli się z nami swoją wiarą i „perspektywą gabinetu”. Taka cudza wiara to rzecz straszna acz wygodna. Straszna, bo pan Duda nie daje nadziei a iluzje; wygodna- bo zwalnia nas z krytycznego myślenia a świat układa w pozornie bezpieczny schemat.

Biada tym, co – wiary szukając jak czystego powietrza – zachłystują się gazem spod Ypres. Niektórzy uważają, że perspektywa „gabinetu terapeutycznego” jest perspektywą humanistyczną, opozycyjną do mechanistycznego i utylitarnego pojmowania świata. Jednak nie. Mimo gładkich słówek o akceptacji, prawdzie, szaleństwie, pan Duda rysuje obraz z perspektywy kapitalizmu, kultury indywidualizmu, biznesu, systemowego współczesnego odczłowieczenia. Człowiek-lustro, człowiek-produkt, miłość-biznes z określoną stopą zwrotu, kontrola jakości… Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że to metafora. Jednak metafory, jakimi się posługujemy są ważne. Muszą trzymać się rzeczywistości a jednocześnie odnosić do innej, wyższej płaszczyzny. Metafory przez Miłego Pana użyte nie podnoszą. Skarlają. Mam wrażenie, że cywilizacja kończy się, gdy kończą się obrazy, wyczerpują się, karłowacieją.

Kilka wątków:

1.Człowiek-lustro

„Relacje są jak lustra – w drugiej osobie widzimy nieznane aspekty siebie, przy niej możemy z nimi przebywać i przez to czujemy się pewniejsi.”

Lustro- tu nieodmiennie przypomina mi się Solaris Lema. Dlaczego Harey, neutrinowa zjawa, usiłowała się zabić? Bo była tworem niepojętej plazmy? Bo odtwarzała czyjeś wspomnienia czyli swój Los? Nie. Bo nie chciała być lustrem, chciała znaczyć coś dla kogoś, chciała być człowiekiem z ułomnościami a nie projekcją.

Nie chcę, żeby religia pop-psychologiczna robiła ze mnie rzecz.

Bo wyobraźmy sobie lustro- w ramie dowolnej, może być z IKEA, albo takie vintage. I z tym lustrem uprawiamy seks, lustro karmimy, z lustrem pijemy wino, do lustra opowiadamy, co się w ciągu dnia wydarzyło, do lustra płaczemy. Lustro zapładnia, lustro rodzi. Lustro zarabia pieniądze. Dla lustra robimy prezenty. Lustro czasem na nas krzyczy. W filmach lustro mówi do lustra „w tym życiu się rozstaniemy, ale w dziesięciu tysiącach światów będę cię szukał aż cię znowu znajdę”. I wtedy przytulamy się, zapłakani, do lustra. Jak dla mnie nie ma lepszego obrazu ilustrującego „kulturę narcystyczną” niż wizja Człowieka-Lustra. I pojęcia nie mam, dlaczego samotni płaczą i czego im trzeba. Takie małe lusterka toaletowe już od paru złotych się na bazarze znajdzie. Ale czegoś brak. Czego?

2. Człowiek-produkt

„Ukształtowani jesteśmy przez to, co przeżyliśmy w dzieciństwie i jak reagowaliśmy na otoczenie, w którym wyrośliśmy. Trzeba było jakoś się z tym uporać, jakoś na to odpowiedzieć. Sposób poradzenia sobie z rzeczywistością w tym wczesnym okresie życia przekłada się na to, jak funkcjonujemy w relacjach. Ludzie żyją jakąś historią ze swojej przeszłości i to, co robią w związkach – z kim się wiążą, jakich jakości szukają – czasami wydaje się kompletnie nielogiczne. Ale staje się bardzo logiczne i zrozumiałe w kontekście właśnie tej historii.”

Oto kwintesencja współczesnej psycho-religii. Jesteśmy „ukształtowani”, żadnej wolnej woli, nic. Determinizm gorszy niż wymyślony ponoć przez złych naukowców „determinizm genetyczny” (fuj, fuj). Człowiek w tym ujęciu (z punktu widzenia współczesnej wiedzy błędnym, o czym pisałam tu i tutaj też) jest rezultatem jedynie wpółświadomych działań taty i mamy. Taki mechanizm odtwarzający dawne historyjki. Ot, pozytywka taka, rodzice nakręcili i tak sobie gra. Plim, plim, plam, trrr. Zawsze to samo, jak w wierszu Czechowicza:

Żyjesz i jesteś meteorem /lata całe tętni ciepła krew

rytmy wystukuje maleńki w piersiach motorek/ od mózgu biegnie do ręki drucik nie nerw

Jak na mechanizm przystało/myśli masz ryte z metalu

krążą po dziwnych kółkach (nigdy nie wyjdą z tych kółek)

jesteś system mechanicznie doskonały…

Jest też w tym obrazie drobne wspomnienie Fatum. Mamy mieć  „świadomość uwarunkowań” jak niegdyś świadomość przepowiedni, świadomość Drogi. Niegdyś w Los grali  Bogowie, Parki, mieliło się koło Sansary. Dziś nawet Fatum skarlało do naszej rodziny (toksycznej, oczywiście). Żadni to przecież bogowie: matka w papilotach oglądająca „M jak miłość” i marudzący, wyprany z powagi roli ojciec. Żadnej Podniosłości. Żadnej wspaniałej Ananke, choć ponoć gramy w te same gierki jak zdarta płyta. Ale tu gra jest prosta. Jak mam problemy z facetem, trzeba „przyjrzeć się relacji z rodzicami”. Pomoże- deux ex machina  – terapeuta.

3. Relacja- handel

„Po co są relacje?

Odpowiadając na to pytanie, warto wykroczyć poza romantyczny stereotyp, który pokazuje relację i miłość jako przypadkowe, tajemnicze spotkanie, które nie wiadomo skąd się bierze i jest niezwykłe. Im dłużej zajmuję się relacjami, tym wyraźniej widzę, że pełnią one funkcję, są po coś. Na ogół z relacjami wiążą się nadzieje na lepsze życie, zaspokojenie jakichś potrzeb. Albo jest to ucieczka od czegoś, albo jest to cel dążenia ku czemuś. Relacja zwykle ma rozwiązać problemy, uratować, otworzyć jakieś nowe szanse, uchronić od trudności.”

„Nie ma jednej definicji relacji, ale relacje mają sens. Są wyrazem podjętych kiedyś decyzji, naszych nieświadomych, zapomnianych wyborów. Mają rozwiązać problemy z dzieciństwa. Kiedy to już się stanie, sens wiązania się z określonym typem mężczyzny czy kobiety znika. Po co są relacje? Myślę, że w dużym stopniu właśnie po to.”

Dowiadujemy się oto, że łączymy się z pary (niektórzy w grupy) żeby załatwić sobie  Coś. To jest więc biznes. Handele, handele! Po co miałyby łączyć się w pary osoby, które „dzieciństwo przerobiły” i same zaspokajają swoje potrzeby? Continue reading