Ten wstrętny, mały sabotażysta

 cb0fe9de002806cf476e260aZatajenie grzechu ciężkiego jest grzechem ciężkim, wtedy mówi się o świętokradczej spowiedzi. Świętokradcza spowiedź (zatajenie grzechów ciężkich) powoduje nie tylko konieczność wyznania tego grzechu i grzechu zatajenia. Spowiedź taka jest nieważna, a więc żaden grzech ciężki wypowiedziany podczas tamtej (tamtych) spowiedzi świętokradczej nie został Ci odpuszczony. Musisz wyznać wszystkie grzechy ciężkie od ostatniej dobrej spowiedzi. Każda komunia święta przyjęta po spowiedzi świętokradczej czyli (lub) w stanie grzechu ciężkiego jest grzechem ciężkim, z którego też trzeba się wyspowiadać.

Forum Katolik

 

Jeśli spowiadający się zwleka lub zapomniał grzechy, to kapłan może zadawać naprowadzające pytania.

Wikipedia

 

Zwrócił moją uwagę pewien forumowy post:

 

Witam. Od kilku miesięcy uczestniczę w terapii poznawczo-behawioralnej, ze względu na występowanie depresji z lękiem panicznym. Po kilku spotkaniach z terapeutą (dodam że nie biorę żadnych leków) lęk paniczny ustąpił. Czasem pojawia się złe samopoczucie, ale jestem w stanie przejść przez to znacznie lepiej niż przed terapią. Niestety terapia zaczyna mnie męczyć i stanęła jakby w miejscu. Wiem, że jeszcze nie wszystko przerobiłam tak jak należy i wiem też że to jeszcze nie czas aby przerwać ten proces, ale wielokrotnie w czasie terapii mam opór wobec terapeuty i nie daję rady, aby o wszystkim mówić. Z drugiej strony boję się, że to może spowolnić cały jej przebieg i nie doprowadzić do poznania całej prawdy o mnie, ale całkowite otwarcie się przed kimś jest dla mnie nie do przeskoczenia. Nie wiem co z tym zrobić, być może źle trafiłam z wyborem terapeuty, ale lękiem napawa mnie rozpoczynanie tego procesu z kimś innym i przechodzenie tego znowu od samego początku. Czy to zdarza się podczas terapii i należy nad tym pracować czy zmuszanie się nie ma sensu?

i fragment odpowiedzi eksperta od dusz:

Szanowna Pani,
…Tym co przychodzi z łatwością, w czym jest Pani mocna nie trzeba się raczej w psychoterapii zajmować. Gdy natomiast pojawia się w rozmowach trudność, silne napięcie wewnętrzne czy lęk, to jest to zwykle znak, że właśnie natknęła się Pani na coś co jest dla Pani rzeczywiście trudne. Jeśli trudne w relacji z terapeutą to może wskazuje to na jakieś trudności w normalnym życiu. Stąd warto rozważyć czy nie chciałaby Pani warto uczynić tych trudności tematem kolejnych spotkań. W końcu podjęła Pani psychoterapię nie dlatego, że wszystko przychodzi Pani z łatwością.

Popularny obraz „oporu w terapii” (tego „małego sabotażysty” :)) znajdziemy tutaj:

lub tutaj

a tutaj wypracowanie o bezczelnych, trudnych klientach.

***

W wypowiedzi Autorki uderzyło mnie zdanie „to może spowolnić cały jej przebieg i nie doprowadzić do poznania całej prawdy o mnie” jako charakterystyczne. Po pierwsze zdradza wielką naiwność, jeśli nie młodzieńczą głupotę piszącej osoby, która wierzy, że da się wszystko „przerobić tak jak należy”, „przebieg” ma być szybki i że ktokolwiek na świecie zada sobie trud „poznania całej prawdy ” o niej. Jakie to typowe!

Zadziwia mnie też głupota wiary, że da się żyć bez trudności (i sugestia, że psychoterapia je rozwiąże), ale płytkie psycho-slogany już mnie tak brzydzą, że nie będę ich komentować.

Nieprawdą bowiem jest, że przełom, rozwój czy refleksja dokonać się mogą skutecznie tylko w „mówieniu do terapeuty” i że to „mówienie” jest odzwierciedleniem „trudności w życiu”- bo rozmawia się w różny sposób z różnymi osobami w różnych pozycjach i rangach. To „trzeba mówić” jest jedynie założeniem, paradygmatem „terapii mówionej”- choć traktowane jak oczywistość. „Postęp w terapii” nie jest tożsamy z samo-rozwojem, mądrością czy rozszerzeniem duszy, jest technicznym pojęciem z podręczników psychoterapii. No i ile rzeczy dzieje się w milczeniu, w ciszy, w zaciszu! Działają obrazy, muzyka, cytaty, słowa (które uderzają jak obuchem), sny, historie zawarte w książkach czy filmach. „Działa” to, co „zrobi się”, „powie się”, „przeżyje przed sobą, a nie widownią. No i, proszę wybaczyć truizm: jest się ze sobą, „pracuje się nad sobą” czy obserwuje swoje wewnętrzne zmiany, kryzysy, progi, duszy poruszenia – całe życie. Cała w tym rozkosz życia właśnie.

Oczywistą przeszkodą, źródłem oporu, jest sztuczność „relacji terapeutycznej” sama w sobie: nierównowaga sił i auto-prezentacji, upokarzająca pozycja „pacjenta” jako „leczonego”, „zaburzonego”, z „trudnościami” i upokarzająca pozycja terapeuty, jako działającego dla bliżej nieokreślonego „dobra” – czasem wbrew swoim uczuciom (sławetna a nieistniejąca „neutralność światopoglądowa”). Oczywiste jest, że nie opowiada się nikomu niczego intymnego po pięciu godzinach jednostronnej, przypadkowej (nie)znajomości. Ba! pozostają sekrety, których nie wyjawia się nawet bliskim i to latami… Nie sprzyjają budowie zaufania ramy terapii – trudno zwierzać się na minuty, w wytyczonym dniu i godzinie. To, w jaki sposób terapeuci opowiadają o oporze („sabotażysta”) ma budzić poczucie winy klienta (nieuczciwość w relacji, oj ty brzydulku…) i poczucie zagrożenia (jak nie powiem wszystkiego, proces nie będzie przebiegał „prawidłowo”- jak w cytacie).  By pobudzić skłonność do mówienia „prawdy, całej prawdy i tylko prawdy” stosuje się delikatne naciski: płatności za godziny (im dłużej milczysz tym więcej cię to kosztuje), tykający zegar; propagandę, w której opór jest „sabotażystą” a sam klient -„trudny” (fuj!). Zauważono, że skłonność do znaczących zwierzeń pojawia się pod koniec sesji. Lacan stosował więc naciski mniej delikatne: by zbudować napięcie, że sesja się zaraz zakończy, przerywał ją w dowolnym momencie, nie pobierał opłat lub pobierał je bez ładu i składu. Stąd także technika „odsłaniania się”, gdy terapeuta rzuca jakiś kawałek „prywatny” (wymyślony lub przygotowany pod dany przypadek), by wymusić wzajemnością kolejne zeznania.

Z czym kojarzy mi się motyw „oporu” i jego „przełamywania” w narracji psychoterapeutycznej, tej namiastki sensu dla mas? Po pierwsze, z totalitaryzmem, gdzie prywatność, intymność czy indywidualność nie mają prawa zaistnieć. Po drugie, z mechanizmem sekty, gdzie… – jak wyżej. Po trzecie z gwałtem, bo pośpiechem gwałcona jest intymność, czystość. Po czwarte, ze społeczeństwem zbudowanym nie na namacalnym a na opowieści. I wreszcie, last but not least, z mechanizmem spowiedzi w Kościele Katolickim.

Doprawdy, trudno mi się oprzeć analogii terapii do spowiedzi. Człowiek – taki jaki jest – skażony jest w oczach Boga/terapeuty grzechem pierworodnym, grzechem przodków (w narracji terapeutycznej: nieadekwatnością, przewlekłym smutkiem, poza-normatywnością, cierpieniem, „złym” dzieciństwem, nie-wystarczająco-dobrymi -rodzicami etc). Wyznanie „grzechów” (trudności, zranień, treści wypartych) ma przyspieszać proces „dojrzewania”, zbawienia, dorastania do świętości (w terapii: poczucia szczęścia). Utajenie grzechu jest też grzechem – w terapii wystąpieniem przeciwko „postępowi”, „relacji”, „procesowi”. A grzech utajony niszczy, gryzie sumienie, nie odpuszczony magiczną formułą. Nie został w pełni uświadomiony, wyznany (nazwany) i „przerobiony” (przepłakany, wykrzyczany i odpuszczony przez boga). Kapłan (terapeuta) dopytując się o grzech (trudność) działa w interesie zbawienia duszy penitenta (dobra klienta). Dopiero pełna szczerość (i co za tym idzie: wysiłek samo-obserwacji np. pamięć okoliczności i częstotliwości) ze spowiednikiem/Bogiem przynosi ulgę. Klient – jak w cytowanym przypadku – miota się pomiędzy pragnieniem bycia zbawionym przez wyznanie grzechów a poczuciem godności i intymności, jakie w procesie spowiedzi terapii, zostają zgwałcone. Wyznasz – zostaniesz zbawiony (hasła: szybki proces, cała prawda, prawidłowe funkcjonowanie, rozwiązanie prawdziwego problemu). Nie wyznasz – zostaniesz skazany na „nieprawidłowość” i „trudności w normalnym życiu”. Obraziłeś Normę i Rozwój następującymi grzechami…. Konflikt jest tak wielki, że w cytowanym tu przypadku każe szukać rozwiązania na anonimowym forum, u innych „ekspertów”, a nie w sobie.

Nieco inaczej niż w duchu chrześcijańskiego „uzyskiwania przebaczenia” i obowiązującej narracji psychoterapeutycznej pisze James Hillman (podkreślenia moje):

 

Z etymologicznego punktu widzenia utrzymywanie sekretu oznacza trzymanie czegoś w izolacji, w separacji. Sekret jest podstawą indywidualności. W gronie rodzinnym na przykład nie rozwinie się się żadna indywidualna osobowość, o ile krewni nie będą pewnych sekretów strzegli wspólnie, a innych przed sobą nawzajem. Sekrety izolują nas, w sekretnym życiu zaczynamy odkrywać swoją indywidualną duszę. (Jedną z przyczyn, dlaczego tak trudno jest utrzymać sekret, jest trudność, jakiej nam przysparza utrzymanie swojej indywidualności).

Dzieląc się swoim sekretem, dopuszczamy drugą osobę do świętej strefy swojej indywidualności. Sekretu strzeżemy dopóty, dopóki nie nabierzemy przekonania, że osoba, z którą chcemy się nim podzielić, również uzna go za święty. A zatem obie strony musi połączyć wzajemne zaufanie. Natomiast zaufanie rodzi się bardzo powoli jako owoc zrozumienia i dialektyki. Sekretem można podzielić się wyłącznie z inną osobą a nie z zawodem. Jeżeli analityk utaja swoją osobowość zgodnie z zasadami tajemnicy lekarskiej, w nadziei, ze stworzy klimat, gdzie będzie tylko obiektywnym odzwierciedleniem zdarzeń, może faktycznie powstrzymywać zwierzenia, które pacjent chce nie tylko wyrzucić z siebie, ale którymi desperacko pragnie się podzielić z innym człowiekiem. Otwieramy się nie tylko po to by wypuścić sekret, ale po to by dopuścić kogoś do naszej tajemnicy. Z analitycznego punktu widzenia sekrety są zwykle traktowane jako coś, czym należy się dzielić jak kawałkiem chleba. Ponieważ udział w sekrecie buduje relację, opór pacjenta wobec otworzenia się czy choćby poddania testom psychologicznym, może być dobrym punktem rozpoczęcia pracy analitycznej. Opór taki świadczy o tym, jak wysoko pacjent ceni sobie prywatne życie i historię duszy. Jednakże skrytość przeszkadza w postawieniu trafnej diagnozy, jest sprzeczna z apollińskim pędem do oświetlania wszystkiego. Toteż z punktu widzenia medycyny wszystkie sekrety są rozumiane jako błędne. Są czymś, z czego za pomocą katharsis i odreagowania trzeba oczyścić system pacjenta. Cokolwiek przyjdzie do głowy, musi być swobodnie wypowiadane, by zdjąć ciężar z piersi.

 

Słowo „misterium” pochodzi od greckiego słowa „myein” oznaczającego zarówno zamykanie płatków kwiatu jak i oczu. Jest to naturalny ruch ukrywania czegoś, okazanie wstydliwego pietyzmu wobec misterium życia, które w połowie odbywa się w ciemności. Analitycy rozpatrujący przeniesienie wyłącznie z seksualnego punktu widzenia mogą często przeoczyć fakt, że wstyd, ukrywanie i misterium mogą być cnotami. Niektóre procesy, o ile w ogóle mają przebiegać prawidłowo, muszą być utrzymywane w tajemnicy. Sekret jest pożądany na przykład w twórczości, w relacji kochanków, w modlitwie i kontemplacji. Niezwykłość naszych największych doświadczeń polega na ich sekretnej intymności, dotyczą one tylko nas, osobiście, indywidualnie. Nie wszystko, co ciemne, musi być koniecznie wyparte. A to, co głębokie w psychologii głębi – nawet jeżeli na podstawie modelu biologicznego jest rozumiane jako zakorzenione w brudzie i ciemności – musi pozostawać w podziemiu. Źródło pozostaje niewidoczne.

 

Jeżeli zgodzimy się, że relacja analityczna jest tajnym paktem, a proces analityczny misterium, okaże się iż w pewnej części utajnienie przeniesienia nie jest li tylko wybiegiem i oporem, ale wręcz uprawnionym aspektem procesu. Osoba analizowana nie jest pacjentem w sensie medycznym próbującym zachować w tajemnicy cześć swojej zewnętrznej historii życia. Jest raczej zobligowana tak długo powstrzymywać swoją duszę, dopóki nie poczuje, że więź łącząca ją z analitykiem jest rzeczywista, a nie tylko stanem programowym narzuconym przez regułę zawodu. Natomiast później, kiedy analiza będzie się rozwijać w kierunku rozstania, faza ta może się nawet charakteryzować zatrzymywaniem sekretów dla siebie. Pacjent zaczyna wówczas powstrzymywać duszę, by karmić swoją indywidualność doświadczeniami, którymi się z nikim nie dzieli.

To nasuwa następujące spostrzeżenia: po pierwsze, opór, utajenie, milczenie i podejrzliwość spowalniają proces. Te przeszkody okazują się tak trudne do przezwyciężenia, że trzeba sobie zadać pytanie, dlaczego w ogóle się pojawiają, jeśli nie właśnie po to, by przeniesienie było jeszcze silniejsze i trwalsze. Zatem sekrety cementują nie tylko więź pomiędzy partnerami, ale także integrację zachodzącą w psyche osoby analizowanej. Kiedy pacjent blokuje się przy swobodnych skojarzeniach, jest to oznaka istnienia kompleksu stawiającego opór. Jednak kompleksów, jak już widzieliśmy, nie można rozwiązywać siłą, nie można łamać ich oporu. Ich jądrem jest zawsze wyobrażenie o zabarwieniu uczuciowym, nietykalne doświadczenie, które musi być sekretem, gdyż jest zasadniczo nieznanym i boskim misterium. To jądro nie zostanie poznane, dopóki w doświadczeniach nie ujawni się jego archetypowe znaczenie – a na to można czekać całe życie. Opór i sekret bazują zatem na tym, co nieznane i niepoznawalne w jądrze życia psychicznego.

 

Czy nie jest to obrona ludzkiej godności? Prawa do inności, nie-wyznawania, nie-otwierania się pod przymusem, „bo terapia nie wyjdzie”,  wreszcie: do nie-bycia-do-końca-wyleczonym? Koncepcja Hillmana nie upokarza, nie okalecza. Staje po stronie naszego oczywistego prawa do milczenia i bycia sobie wiernym mimo bata „pośpiechu czy postępu w terapii”.

 

Źródło

James Hillman, Samobójstwo a przemiana psychiczna, KR 1996

 

 


Comments are closed.