Krzyk

beksinski-obrazy-90-0594Ludzie dotknięci analgezją nie odczuwają fizycznego bólu. Żyją krótko, na granicy przetrwania, pozbawieni ważnej, choć nieprzyjemnej informacji zwrotnej o zagrożeniu.

My też -jako zbiorowość- pozbawiamy się takiego mechanizmu, uciekając przed cierpieniem. Media, jak co roku jesienią, podjęły bohatersko temat depresji. Medonet wzrusza nas prostym zestawieniem. Abstrahując od manipulacji pojęciem „depresja” i  umedycznieniem smutku, uderza mnie – jako znaczący – sposób w jaki zostały zestawione statystyki.

Najpierw dostajemy oszacowaną liczbę ludności dotkniętych depresją (350 mln), także w ujęciu procentowym. Potem: roczne światowe ekonomiczne koszty depresji. Sytuacja w Polsce i rosnące statystyki samobójstw. No i dalej: tysiące lat produktywności utraconej (a to cios dla kraju na  drodze nieustannego rozwoju), potworne obciążenia ZUSu (co z naszymi emeryturami!?) i liczona w latach absencja (my tu zapieprzamy a oni…).

Całość mam wrażenie nastawiona na obraz: tak, depresja to straszna choroba, która wycofuje z rynku osoby w wieku produkcyjnym, obniża efektywność pracy i obciąża ZUS. Niszczy rozwój i strzelające w niebo wykresy. I ciągle za mało pomocy. Bo jakbyśmy zaczęli terapeutyzować się wszyscy to problem depresji zostałby rozwiązany… NFZ ciągle za mało wydaje na pomoc depresantom, sugeruje zestawienie.

Skąd ten alarm?

Ano stąd że depresja to bunt, to bezczelna ucieczka. Jak pokazuje zestawienie Medonetu czarno na białym, choć w podtekście: depresja to bunt przeciwko kulturze produktywności.

Z wypowiedzi psycholog Magdaleny Nowickiej (podkreślenia moje):

„Teorie socjobiologiczne zakładają, że depresja to forma reakcji adaptacyjnej, która nakazuje zwolnić, zawiesić życiową działalność po to, żeby organizm zregenerował siły, których mu zabrakło. Zaburzenia depresyjne są znakiem naszych czasów. Przez zawrotne tempo życia przestajemy dostrzegać rzeczy, które sprawiają nam radość. Funkcjonując w ciągłym pędzie nie możemy pozwolić sobie na dłuższy odpoczynek, bo sądzimy, że powinniśmy skupić się na karierze, zarobkach i konsumpcji. W pewnym momencie doprowadzamy do stanu, w którym nasz organizm odmawia posłuszeństwa i odczuwa potrzebę wytchnienia. Patrząc z tej perspektywy, coraz częściej narażamy się na wyczerpanie tych pokładów i nie zawsze potrafimy uporać się z pędem naszego świata.”

Już miałam nadzieję na jakieś konstruktywne wnioski w dyskursie publicznym. Na moment prawdy, odwagi. Ale nie. Jednostka w mediach nie tylko jest bezczelnym hamulcowym rozwoju i produktywności kraju, ciężkim kosztem obarczającym instytucje, ale i ciąży na niej odpowiedzialność za swoje własne dostosowanie do szaleństwa i za swój brak  produktywności. Wolny najmita zostaje obarczony odpowiedzialnością za samodzielny (samotny) i pozorny (bo wyboru de facto nie ma)  wybór złotego środka między fizjologią a bezwzględnymi wymaganiami Rynku. Tego złotego środka nie oferują jednostce ani instytucje ani eksperci. Ani też sam Rynek.

Z poziomu jednostki, a nawet lokalnego, nie rozwiąże się globalnych problemów. Jednak myśl, że „tempo życia”, „pęd” ani „konsumpcja” nie są żadnym wyborem jednostki a zostały narzucone przez jakąś Zewnętrzność nie postała w głowie miłej pani. Już trzydzieści lat temu Ulrich Beck (jak ten czas leci…) wieścił śmierć ahistorycznej i zamkniętej na zewnętrzne uwarunkowania psychologii. Tu się mylił, ludzka głupota jest bezdenna. Perspektywa psychologiczna – tak jakby człowiek był wykorzeniony ze społeczeństwa, polityki, ekonomii i dotyku ziemi – nie zmieniła się. Nadal w terapii klient urabiany jest w bieżącej narracji neoliberalnej służącej potrzebom Rynku i Systemu. Na przykład, w wypracowaniu o terapii psychodynamicznej czytam:

„W trakcie terapii pacjent staje się bardziej świadomy, że to on jest w większości autorem swojego życia, a nie okoliczności zewnętrzne. Jednak, żeby do tego doszło niezbędny jest czas.”

Dalej, jako pozytywne rezultaty terapii widnieje:

„redukcja uciążliwych objawów, przywrócenie zablokowanych form aktywności, uruchomienie adekwatnych, a co za tym idzie mniej destruktywnych adaptacji do zróżnicowanych sytuacji życiowych oraz realizacja zadań rozwojowych właściwych dla etapu życia pacjenta” .

Czytaj: elastyczność i iluzja samo-stanowienia. Depresja to obciążenie dla Systemu, trzeba więc ją zaetykietować („choroba”) i leczyć (łagodzić w imię produktywności). W gabinetach terapeutycznych cierpienie tu-i-teraz przekierowywane jest na przeszłość (rekonstrukcja „toksycznego dzieciństwa”). Lub też klienci przechodzą łagodne pranie mózgu (stąd: „niezbędny jest czas…”) w stronę „Ja jestem ok, ty jesteś ok i świat jest ok”, co jest oczywistą gównoprawdą. Tak jakby cierpienie klienta nie niosło ze sobą żadnych treści dotyczących rzeczywistości społecznej, kulturowej czy gospodarczej a było jedynie jakimś wyskokiem jednostkowej nieokiełznanej nieświadomości, błędem postrzegania czy wadą systemu nerwowego… Oczywiście, klienci zaakceptują takie przyczyny swojego stanu i z pewnością w jednostkowych przypadkach takie paradygmaty są przydatne. Któż nie chciałby mieć choć iluzji kontroli?

Trzydzieści lat temu  Ulrich Beck pisał (i tu się nie mylił) o tym, że współczesna jednostka w ramach swojej biografii i wobec rozpadu dotychczasowych więzi i narracji społecznych (w tym klas społecznych, rodziny nuklearnej, ścieżek rozwoju zawodowego) przejmuje na siebie ryzyko generowane przez współczesną cywilizację. Rynek najlepiej widziałby w nas jedynie samotne jednostki, nieskończenie mobilne i elastyczne oraz skłonne do wydania pieniędzy na produkowane bezwartościowe „dobra” kosztem – nieoszacowanym, ukrywanym- równowagi ekologicznej. I tak, jednostka boryka się z płynnym i oferującym bezsensowne zajęcia rynkiem pracy- a uczestnictwo w rynku pracy określa współcześnie jej tożsamość. Podejmuje ryzyko zdobycia wykształcenia, które nie gwarantuje żadnej ścieżki rozwoju zawodowego, ale jest wymagane przez instytucje. Codziennym pośpiechem i zmęczeniem próbuje także pogodzić rozrodczość i prawa kobiet z wymaganiami rynku.  W domach poszczególnych jednostek, wśród konfliktów (przerabianych na terapiach par) rodzą się nowe, płynne role kobiet i mężczyzn. Jednocześnie jednostka styka się ze schizofreniczną narracją twierdzącą, że świat jest stabilny, zarządzany, że postęp , że rozwój, że świetlana przyszłość, że natura, że oczywiste, że jest Ktoś Kto Wie (i kto każe jednostce wybierać). Jednostka nie ma jak ukryć się przed zagrożeniami ekologicznymi (promieniowanie, substancje niebezpieczne, niezdrowa żywność, hałas etc) – skażenie przyrody i zmiany klimatu są (i tylko one) naprawdę demokratyczne. Co więcej, jednostka – pozbawiona wiedzy specjalistycznej – jest skazana na zaufanie ekspertom i na akceptację narzuconych przez nich norm (czyli de facto-wyrażonej przez instytucje zgody na trucie). Niestety, wbrew temu, co głoszą zwolennicy tego Świetlanego Postępu i Nowego Pięknego Świata, jednostka nie jest w swoich wyborach wolna. Jest dogłębnie, od początku życia, od aspiracji po definicję sukcesu, sterowana przez instytucje i ekspertów i postawiona wobec głębokiej irracjonalności uspokajających narracji. Wobec zmian klimatycznych, ekologicznych zagrożeń, nadmiaru, sztuczności, pustki i narzuconej ścieżki życia pozostaje bezradna– nawet jeśli jest tej pustki i zmian świadoma.

Świadomość bezradności to piekło.

Więc gdyby tak wyjść poza narrację „twoja depresja to twoja wina, ty bezproduktywny durniu” i uznać, że „epidemia depresji”, której skali ukryć już się nie da, jest naturalną ludzką reakcją na miałki świat i rynek chciwości? Jest być może nieświadomą próbą ucieczki od aberracji homo oeconomicus, skazanego na bycie bezwolnym producentem bezsensu i konsumentem na wielkim targu chciwości. Że to głębokie, zbiorowe przeczucie zagłady, końca wydolności planety i końca cywilizacji opartej na niesprawiedliwie kumulowanym zysku i braku poszanowania dla praw Natury.

Może to reakcja na narrację oderwania od Ziemi i Jej potrzeb? Reakcja na opowieść, w której kapitał generuje cudem kapitał  i udajemy, że zjeść można kawałki papieru i plastiku. Na narrację, w której nie łączy się płodów Ziemi i Jej piękna z DOBRO-bytem. Na „oczywiste prawa rynku”, które nakazują produkować coraz więcej, kumulować zyski a te przeznaczać na dalsze „produkowanie”.

Żyjemy w iluzji dobrobytu, który de facto żadnym dobrem nie jest. W iluzorycznej obfitości, bańce mydlanej. W pustce retoryki. W obrazach nie-rzeczywistych, w rzeczywistości spreparowanej, podsuwanej przez me(n)dia. W przelewaniu pustego w próżne, czyli w rynku kapitałowym. W zakłamaniu tak głębokim, że trudno nie zwariować.

Halo! Tu Ziemia. Nie da się żyć na kredyt!

***

Nie wiem, co innych, ale napiszę, co mnie otacza. Tu i teraz. I może też wystawię Rynkowi rachunek? Bo siły, jakie tracę na wyrzucanie gówna z przestrzeni wokół mnie są ogromne. Kilka przykładów.

W radio reklamy stymulantów, mających rozwiązać problemy generowane przez pracę siedzącą (hemoroidy,  „kłopoty z wypróżnianiem” etc) czy problemy związane z akceptacją społeczną (jak zachować „młody wygląd”). Ogrom energii pochłaniają reklamy kredytów („łowcy okazji”) czy walka o taniochę („sok o takiej samej jakości co inne wiodące marki na rynku, jak stwierdzili konsumenci”, lub kategoryczne „to przepłaca!”). I reklam żarcia – co to ma być w tej korpo a nie innej ” naprawdę świeże”- choć jasne jest,  że jeśli płynie czy jedzie z „globalnych rynków” świeże nijak być nie może. Ale to nic, bo „wyrzuć stare, kup nowe”. „Weź wypożyczkę i odpoczywaj”. Gdyby po nas przetrwały reklamy, potomni zobaczyliby pradziadów walczących bezrozumnie o jakiś kawałek plastiku używany przez chwilę.

Unikam „świata celebrytów”, totalnie wypranego z sensu. Daruję sobie spostrzeżenia dziennikarzyn, kto kiedy nałożył na siebie jaką szmatę i jak fatalnie -według naszych kanonów piękna- w niej wyglądał. Nie obchodzi mnie też, kto komu obecnie daje dupy i jaką pseudoprodukcję, papkę dla ogłupionego tłumu, rzucono na rynek. Poświęcam sporo sił, by wyrzucić ze świadomości problem brzóz roztrzaskiwanych na tupolewach, tudzież tupolewów roztrzaskiwanych na brzozach, bo nie wiem już, co ma się roztrzaskać o co w imię Najwyższej Prawdy, choć już się roztrzaskało.

Ja za to wiem, że brzoza w moim podwórzu umiera stojąc. Z braku wody i obniżenia poziomu wód gruntowych w okolicy? W studni kopanej dwadzieścia lat temu niewiele wody. A ja słucham wściekła i bezradna durnej pizduni w radio, która utyskuje, że ojej… będzie brzydka pogoda i zacznie padać… Wiem, umierająca brzoza da życie innym, ale będę musiała ją, właśnie ją, niepowtarzalną, wyrwać z serca.

Przed budynkiem, w którym pracuję nie ma już ani jednej strzelistej topoli. Drzewa to kruche i podczas wichur bezczelnie zrzucały gałęzie na śliczne samochody służbowe kłębiące się nerwowo na parkingu (ciągle za małym). A jakie to sprzątanie po wichurach było kosztowne! Jedyny widok, jaki mam z okna przez dziewięć godzin dziennie to kawałek kolorowej (jak pięknie, estetycznie, za PRLu tak nie było!) blachy falistej i wielką połać czarnej papy.

Na niebo nie mam czasu spojrzeć.

Wychowałam się w chorej narracji quasi-religijnej kręcącej się wokół całkowicie nieadekwatnego „rozmnażajcie się i czyńcie sobie Ziemię poddaną” (choć, o ironio, właśnie to nas niszczy jako gatunek – może o to bóstwu, które wygubiło ludzkość potopem, chodziło?). Zakręconej wokół „Przyjdź Królestwo Twoje”– a Raj jest jedynie tutaj, bo już nie zdążymy, dzieci Ziemi,  przenieść się w gwiazdy jak na filmach SF.  Dostałam w spadku narrację (w parafrazie)  „all you need is love”, choćby była to miłość do jakiegoś wyobrażonego pana na chmurce. Bzdurną westernową opowieść o tym, że  Ktoś wygubi „złych” a świat odda „sprawiedliwym”. Niestety, wobec zmian klimatycznych nie będzie walki w dolinie Armageddonu a jedynie mało malownicze hordy aspirujących do życia jak w Madrycie. Zrozpaczeni ubodzy w duchu rzucą się na ziemie, które jeszcze będzie można wykorzystać. A ci, co chwilę pożyją dłużej – nie będą należeć do „sprawiedliwych”, ale do najbardziej cwanych i bezwzględnych.

***

Nieprawdą jest, że jedynie potrzebujemy „miłości” i „wystarczająco dobrego rodzica”. Potrzebujemy ŻYW-ności, czystej wody, powietrza, dotyku ziemi, naturalnego piękna i kontaktu z rzeczywistością zamiast kojących nasz lęk a nierealnych narracji. Potrzebujemy sensu, tworzenia, głębokiej rozmowy, własnej przestrzeni i ciszy poza miejskim czy przemysłowym hukiem.

Trudno zachować pogodę ducha wobec przeczucia utraty świata przyrody – takiego jakiego znamy. W obliczu takiej Śmierci trudno nie pogrążyć się w głębokiej żałobie.

Kiedy wreszcie popłynie w świat ryk bólu nie dławiony farmakoterapią i psychoterapią? Ryk, który zatrzęsie Rynkiem i Systemem? Nie wiem, być może jest za późno. Dostaliśmy jednak ogromny bonus: bilety w pierwszym rzędzie na spektakularne widowisko pt „Jak człowiek myślący a bezmyślny zniszczył sobie świat i zszedł do poziomu australopiteka (oby!)”. Ziemia traci na naszych oczach zdolność do podtrzymania życia (takiego, jakie znamy), bo nikt Jej nie sterapeutyzował w stronę „elastyczności”,  „redukcji uciążliwych objawów, przywrócenia zablokowanych form aktywności, uruchomienia adekwatnych adaptacji do zróżnicowanych sytuacji życiowych”. Emocji będzie pełno – ani kościoły ani gabinety, świeckie odpowiedniki takowych, nie nadążą z rozgrzeszaniem ludzkiej małpy.

***

Źródła i inspiracje

Ulrich Beck, „Społeczeństwo ryzyka. W drodze do innej rzeczywistości” Scholar 2004

Jared Diamond, „Upadek. Dlaczego niektóre społeczeństwa upadły a innym się udało”, Prószyński i S-ka, 2007

https://exignorant.wordpress.com/2015/05/03/ocieplenie-ziemskiej-atmosfery-przyspiesza/

Na podobny temat:

Wybaczcie mi, dalekie wojny

Wróbel

Konkurencja a powstanie psychologii

Naqoyqatsi

Niewolnik

Pomyłka Orwella


Comments are closed.