Podrap mnie w plecy

Zacznę od cudownej wyklejanki Wisławy Szymborskiej, która (wyklejanka nie poetka) posłużą jako wstęp do humoreski Bogusława Włodawca pt „Algorytm postępowania z mężczyzną, który nie spełnia oczekiwań”

04_wyklejanki

Piszę z nadzieją „humoreski”, bo jeśli nie jest to tekst żartobliwy to … źle z nami. Choć artykuł wydaje się  poważną poradą dla pań, które przeżywają kryzys w związku, bo ich faceci nie robią tego, czego one chcą by robili. No, klasyka tragedii codziennej.

Porada psychoterapeuty obejmuje:

1) Instrukcję Obsługi Kobiety wraz ze słownikiem (bezcenna)

2) opatrzony komentarzem wykres etapów podejmowania decyzji o odejściu/zostaniu w związku oraz  kalkulacja zysków i strat

„Instrukcja obsługi kobiety”  zaczerpnięta została od niejakiej pani Natalii (która, jak przypuszczam, nie istnieje). Instrukcja zaczyna się od „poświęcaj mi uwagę” poprzez oczywiste „macaj mnie po dupsku” do „śmiej się razem ze mną”. Nie wiem jak partner pani Natalii, ale ja wybucham tu śmiechem, choć to wcale nie śmieszne a żałosne. Pani Natalia, pochwalona za napisanie takiej ładnej instrukcji przez terapeutę, nie zdaje sobie sprawy z tego, że nie o macanie tyłka chodzi. Chodzi o spontan. Chodzi o to, żeby jej niewydarzony partner kochał ją na tyle, że sam z siebie – bez instrukcji, nagabywania, przypominania i tresury – ją po tyłku klepał. Bo nagabywane, po instruktażu i wysilone „wykonanie punktu drugiego podpunktu piątego” niszczy sedno owego poklepywania. Zabiera sedno miłości. Po prostu jasne jest, że jak się kogoś kocha to ręce same chcą przytulić, pogłaskać i poklepać. Przy miłości – a nie wymuszonej instrukcji – chce się z tym drugim człowiekiem śmiać, być, opowiadać i słuchać. To jest miłość. Bez spontanu jest schizofrenia, lasujący mózg paradoks w stylu „żądam, żebyś mnie natychmiast kochał”.

Tu miłości nie ma i założę się, że wkrótce papierowa pani Natalia z tresowanym partnerem (przecież pełnym dobrej woli, rokującym, bo instrukcję dostał) trafią na terapię par. Mam nadzieję że nie do pana Bogusława, bo ten nie ogarnia.

Psychoterapeuta poleca kobietom, by kilkukrotnie ponawiały swoje prośby, a w przypadku pozytywnego responsu „wzmacniały chwaleniem”. Tak się tresuje psy. Skierowane do psów komunikaty nie mogą być, broń Boże!, podszyte aluzją, podobnie jak: „w przypadku większości mężczyzn nie sprawdzają się subtelne aluzje, które z reguły pozostają przez nich niezrozumiane lub zignorowane – należy powiedzieć to wprost”. Do nogi! Siad! Czy jestem wystarczająco dobrą treserką klientką, panie Mądry?

Dalej Autor ułatwia kobietom zrozumienie sytuacji, w jakiej tkwią,  płachtą wykresu. Lepszego „Algortymu postępowania z…” nie stworzyłby komputer. Wszystko jasne, ze strzałkami, na wypadek, gdyby jakaś nieszczęśnica w swoim myśleniu się pogubiła i nadal upierała się żyć z psychopatą. Pięknie. Problem jednak nie leży w tym, że kobiety nie wiedzą według jakiego schematu myśleć (szczęściem są terapeuci co im powiedzą…). Kobiety doskonale myślą i czują; wiedzą, że tkwią w iluzorycznych związkach, ale ich nie opuszczają – mimo tej algorytmicznej wiedzy i wewnętrznego przekonania, że powinny.

Człowiek nie jest racjonalny. Myśli, dochodzi do słusznych, logicznych wniosków. I robi coś innego i nie wie dlaczego to robi, więc wymyśla kolejne racjonalne powody, dla których coś zrobił, mimo iż z logiki wynikało coś innego. Wszyscy jesteśmy szaleńcami i hipokrytami przecież. Palimy papierosy, wiedząc, że nam szkodzą; wywołujemy wojny świadomi cierpienia; niszczymy Planetę wiedząc, że bez Niej nie mamy dokąd pójść i razem z nią umrzemy. Mówimy „zawsze”- i już kombinujemy, żeby było „no, czasem”… Mówimy „nigdy” – a jednak się nam zdarza. Odrzucamy – świadomi, racjonalni, zważywszy za i przeciw- jakąś opcję, za którą za moment boleśnie tęsknimy. Z uporem maniaka dążymy do atrakcyjnego celu, który nagle zaczyna nas mierzić. Wygibasy i wewnętrzny sabotaż pokrywamy racjonalnymi etykietkami „postępu”, „oczywistości”, „konieczności” lub … milczeniem. Nie ma bowiem dobrych racjonalnych wyborów, bo jesteśmy irracjonalni, wielopłaszczyznowi, obciążeni swoją tajemnicą, wewnętrznymi konfliktami i głęboko wplecionym szaleństwem.  Taka też jest de facto ludzka kultura: prelogiczna czy alogiczna, kwantowo rozlana, synchroniczna, niespójna. Antropolodzy pisali tak kiedyś o „kulturach prymitywnych”, „ludowych” Ad1), ale to wypływa nadal w zdawałoby się racjonalnej cywilizacji przemysłowej. Nasz „racjonalizm” to jednak niedopasowana przykrywka, niedomknięta waliza, z której coś ciągle wystaje i … zaskakuje głupców.

Rozbawił mnie – jako nieadekwatny do tematu miłości a przez to komiczny-  język tych porad. Mowa jest o instrukcji obsługi, bilansie, algorytmie, pozycji negocjacyjnej, inwestycji, konstruktywnych opcjach czy skalach 0-10. Jest to język głębokiego odczłowieczenia, język programowania, korporacyjny język konfrontacji, produkcji masowej gadżetów i behawioralnej tresury zasobów ludzkich. Polecane w artykule zwroty do użycia przypominają podręcznik przeprowadzania rozmów sprzedażowych w call center.

Kto jest odbiorcą tego wypracowania? Konstrukt zwany homo oeconomicus. Nieistniejąca w realu istota z umysłem-komputerem, której głównym zajęciem jest racjonalne obliczanie zysku i strat, starannie i na zawsze zapisanych na kartach ksiąg handlowych (jak zaleca Autor, korzyści i rozczarowania mają być zapisywane na kartce „w miarę ich uświadamiania”). Wchodzi ten konstrukt w relację z drugim konstruktem homo oeconomicus – a celem jest indywidualny zysk (głaski, emocje i inne). Co zaskakujące, w przypadku artykułu – zysk jednostronny, bo „oczekiwania [mężczyzn] wobec kobiet są zazwyczaj mniej skomplikowane”. Widać faceci nie oczekują klepania po tyłku, tylko od razu przejścia do rzeczy samej.

Homo oeconomicus, dla potrzeb rynku, nie może działać irracjonalnie. Musi być przewidywalny, poddany masowym, trudno sterowalnym, leniwym korporacyjnym procesom i obliczalnemu zyskowi. Zadaniem psychologów ekspertów jest okrojenie człowieczeństwa do tego konstruktu ekonomii, zmuszenie jednostki (np. zawstydzaniem) do racjonalności i wyborów przekładalnych na algorytmiczny, zero-jedynkowy język Systemu. Ciekawy obraz buduje Tomasz Olchanowski w „Kulturze manii”. W konsekwencji „wojennego zła patriarchatu” ma się pojawić w naszej kulturze aspekt kobiecy. Pisze:

„Wielka Matka obecnie powraca, ale w formie bogini (podobnej do indyjskiej Kali), która zsyła szaleństwo, czego przykładem jest kult materii nieożywionej (własność materialna, pieniądz, tytułomania potwierdzona dyplomem, certyfikatem czy medalem) i lęk przed tym, co żywe, nieobliczalne, wymykające się spod kontroli. A przecież uczynić żywe istoty całkowicie przewidywalnymi znaczy: zamienić je w udające życie mechanizmy„.

O to chodzi.

Zalatuje tutaj „poznawczym-behawioryzmem”, według którego świat to nasze wyobrażenia o nim a my to nasze zachowanie bazujące na tych wyobrażeniach. Zakłócone wyobrażenia wywołują zakłócone reakcje. Proste i nie ma nic więcej. Takie spojrzenie na człowieka jest skuteczne, gdy w pracy terapeutycznej stawia się cele ilościowe. Jeśli jednak postawimy sobie za cel ogląd swojej nędznej istoty czy stanięcie twarzą w twarz ze swoimi szalonymi postaciami i wewnętrznymi nierozwiązywalnymi konfliktami, techniki poznawczo-behawioralne czy wyuczony przez terapeutę podręcznik zawiodą sromotnie. Lepiej gadać już z automatyczną sekretarką. Zauważam tu hipokryzję środowiska psychoterapeutów. Ci, którzy pracują i polecają terapię poznawczo-behawioralną sami przeszli terapię psychodynamiczną czy psychoanalityczną. Na przykład pani Maria R., która przyznaje, że stworzyła trwalszy związek (niż dotychczasowe) po kilkuletniej terapii psychodynamicznej. Sama sprzedaje klientom banały poznawczo -behawioralne upięknione owczym wyrazem twarzy, co ma znamionować „empatię”. Mechanicyzm i głaski, ot psychologia w uniżonej służbie kapitalizmu.

Kto jest autorem tych algorytmów? Nie, nie robot z telefonicznej obsługi klienta… Ktoś przeświadczony, że ma władzę określania kategorii (sens, logika, ratio) według których drugi człowiek ma dokonać życiowych wyborów. Przekonany, że łagodnym gestem podania tabelki „konstruktywnych decyzji” rozwiąże czyjeś zaplątanie. Że – jako jasny, oświecający wszystko Appollo – ma prawo kobietom mówić jak mają myśleć i obrażać innych mężczyzn redukcją do tresowanego chomika. I -proszę zauważyć- jednocześnie obarcza kobiety rozwiązaniem kryzysu męskich postaw i odpowiedzialności. To kobieta w tej koncepcji ma sterować mężczyzną niczym pustą marionetką. Podstawowego pytania, czy odpowiada jej rola tresera nikt nie zadał.

Reasumując ironicznie: cytowany artykuł to najwyższe, ikarowe loty psychologii opartej na idei człowieka-mechanizmu, tresurze, przemocy patriarchatu i stereotypach. Być może wyraz bezradności psychologa wobec głębokiej ludzkiej niespójności.

W każdym razie: psycho-kit.

Jeśli tak postrzega się miłosny związek to maleje szansa na to za czym się tęskni: prawdziwe miłości odczucie.

A że konflikty damsko- męskie były i, mam nadzieję, będą nadal – mimo „zracjonalizowania procesu podejmowania decyzji po nieudanych negocjacjach” – kanwą katartycznych, zaskakujących i budzących duszę wyrazów ludzkiej twórczości, na zakończenie tej humoreski-nie-do śmiechu przytoczę wiersz Wisławy Szymborskiej:

Na wieży Babel

– Która godzina? – Tak, jestem szczęśliwa,

i brak mi tylko dzwoneczka u szyi,

który by brzęczał nad tobą, gdy śpisz.

– Więc nie słyszałaś burzy? Murem targnął wiatr,

wieża ziewnęła jak lew, wielką bramą

na skrzypiących zawiasach. Jak to, zapomniałeś?

Miałam na sobie zwykłą szarą suknię

spinaną na ramieniu. – I natychmiast potem

niebo pękło w stu błysku. Jakże mogłam wejść,

przecież nie byłeś sam. – Ujrzałem nagle

kolory sprzed istnienia wzroku. – Szkoda,

że nie możesz mi przyrzec. – Masz słuszność,

widocznie to był sen. – Dlaczego kłamiesz,

dlaczego mówisz do mnie jej imieniem,

kochasz ją jeszcze? O tak, chciałbym,

żebyś została ze mną. – Nie mam żalu,

powinnam była domyślić się tego.

– Wciąż myślisz o nim? – Ależ ja nie płaczę.

– I to już wszystko? – Nikogo jak ciebie.

– Przynajmniej jesteś szczera. – Bądź spokojny,

wyjadę z tego miasta. Bądź spokojna,

odejdę stąd. – Masz takie piękne ręce.

– To stare dzieje, ostrze przeszło

nie naruszając kości. – Nie ma za co,

mój drogi, nie ma za co. – Nie wiem

i nie chcę wiedzieć, która to godzina

 

Poniżej jeszcze jeszcze jedna  szymborska wyklejanka na poprawę smaku

getobrazek-php2

 

A więcej ich tu.

Śmiech to zdrowie, nawet przez łzy.

 

 

 

 

 

 

Ad1)

Kazimierz Moszyński: „kultura prymitywna to nieomal chaotyczny splot, tak jak gdyby olbrzymie źródło, w którego ruchliwym wnętrzu wszczyna się już czy zapowiada sto osobnych nurtów, ale się jeszcze nie rozpływa w sto oddzielnych strug. Niejeden z jej wytworów z pewnością od pierwszych chwil istnienia, ma, niczym znany posąg tzw Swiatowida, kilka twarzy, patrzących w różne strony ludzkiego życia”

Na podobny temat:

Bezmiłość dojrzała


Comments are closed.