Larum

Zauważyłam ostatnio promocję książki Beaty Pawlikowskiej „Wyszłam z niemocy i depresji. Ty też możesz!”

Autorka książki pisze:

„Trzeba tylko zrozumieć czym jest depresja, skąd się bierze i jaki jest jej mechanizm działania.
To właśnie zrozumiałam. Wymyśliłam narzędzia. Zastosowałam. Zwyciężyłam.
Ty też możesz.”

I podniosło się larum.  Że celebrytka udziela rad, że „haniebnie żeruje na ludzkiej tragedii”, że zarabia na „poradnikowych terapiach”, że „wymyśliła sposoby, żeby zmanipulować swoją podświadomość”, jak oburza się Wojciech Łazarowicz. A tu Autorka bezczelnie głosi z okładki – uśmiechnięta jakby nieświadoma polskiej tendencji do cierpiętnictwa – że sobie pomogła i że jest to kwestia pracy nad sobą. No, szlag trafia.

 

O tym larum (znaczącym) będzie poniżej.

Książek pani Pawlikowskiej – ani podróżniczych ani innych – nie czytuję, bo po przewertowaniu jednej stwierdziłam, że nie podoba mi się ich infantylność, płytkość i „pozytywny przekaz”, który odbieram jako fałsz. Zauważam medialny lans przez depresję (i przez aborcję, ale to dla koneserów) zgodny z naszym kulturowym wzorcem samo-określenia przez odstępstwa od normy.  Zgadzam się z krytykami, że łatwe, proste metody na poważną depresję to ściema. Ale uczciwie napiszę: mamy wolny rynek cudów i jego konsekwencje. Przecież z tego wolnego rynku korzystają także psycholodzy, psychoterapeuci i inni psycho-magowie zakładając gabinety i wciskając nam kity o zdeterminowaniu naszego życia przez a priori skazanych zbrodniarzy rodziców,  o wpływie przeszłych pokoleń na nasze decyzje tu-i-teraz czy też o domniemanych fikołkach „podświadomości”.  Z wolnego rynku korzystając, psycho wydają obficie księgi o sekretach, przyciąganiach, podświadomościach, ludzkiej toksyczności, wpływach kolejności urodzenia na losy, świeckim buddyzmie i fizyce kwantowej. Mądrości te nie są niczym więcej niż własnym życiowym doświadczeniem autorów i ich chęcią zarobku. Nie wiem jednak, dlaczego pani Pawlikowska nie miałaby  „żerować haniebnie” skoro inni też żerują i czemu właśnie jej jedynej odmówić trzeba chwalebnego autorstwa kolejnej „nowej metody”. Myślę, że gdyby księgę „Ty też możesz” napisał jakiś psycho-ekspert nie byłoby żadnego oburzenia.  Wolny rynek to broń obosieczna i skoro uznaliśmy jego priorytet nad człowiekiem- to nie bądźmy hipokrytami, drodzy państwo. Jak wszyscy mogą śpiewać to wszyscy.

 

Co więcej, Pawlikowska ośmiela się posłużyć cliche znanymi z nurtu pop-psychologii. Czyż porównanie mózgu do komputera nie jest zapożyczeniem z kognitywistyki, „ty też możesz” – banałem z rozwojowego biznesu pt. „bądź skuteczny i myśl pozytywnie”? A „podświadomość” – czyż nie wylazła nam z psychoanalizy? Książka Pawlikowskiej wydaje się karykaturą „eksperckich” poradników. I stąd oburzenie psycho.

Marta Głowacka,  z Laboratorium Psychoedukacji, robi taką woltę:

„Mamy wolność słowa, każdy może pisać i wydawać, co chce. Jeśli jednak dorośli ludzie wierzą, że jedna publikacja pozwoli im wyjść z depresji, to są po prostu nieodpowiedzialni.”
Tak jak nie ma w tej dyskusji zgody na wolny rynek (jest pozorna), tak samo nie ma zgody na wolny wybór jednostki, ponieważ warunkiem korzystania z wolności ma być jednostkowa, oceniana przez zewnętrznego eksperta „odpowiedzialność”.  To drugi motyw – po „wolnym rynku” – w larum dookoła Pawlikowskiej: „odpowiedzialność” („dorosłość” a także dalej: rozsądek, rozum).  Tadeusz Reimus, psychoterapeuta z Centrum Dobrej Terapii, po ojcowsku mówi nam:
„taka literatura powinna być rozpatrywana jako beletrystyka, a nie kliniczna terapia”.

Continue reading


Krzyk

beksinski-obrazy-90-0594Ludzie dotknięci analgezją nie odczuwają fizycznego bólu. Żyją krótko, na granicy przetrwania, pozbawieni ważnej, choć nieprzyjemnej informacji zwrotnej o zagrożeniu.

My też -jako zbiorowość- pozbawiamy się takiego mechanizmu, uciekając przed cierpieniem. Media, jak co roku jesienią, podjęły bohatersko temat depresji. Medonet wzrusza nas prostym zestawieniem. Abstrahując od manipulacji pojęciem „depresja” i  umedycznieniem smutku, uderza mnie – jako znaczący – sposób w jaki zostały zestawione statystyki.

Najpierw dostajemy oszacowaną liczbę ludności dotkniętych depresją (350 mln), także w ujęciu procentowym. Potem: roczne światowe ekonomiczne koszty depresji. Sytuacja w Polsce i rosnące statystyki samobójstw. No i dalej: tysiące lat produktywności utraconej (a to cios dla kraju na  drodze nieustannego rozwoju), potworne obciążenia ZUSu (co z naszymi emeryturami!?) i liczona w latach absencja (my tu zapieprzamy a oni…).

Całość mam wrażenie nastawiona na obraz: tak, depresja to straszna choroba, która wycofuje z rynku osoby w wieku produkcyjnym, obniża efektywność pracy i obciąża ZUS. Niszczy rozwój i strzelające w niebo wykresy. I ciągle za mało pomocy. Bo jakbyśmy zaczęli terapeutyzować się wszyscy to problem depresji zostałby rozwiązany… NFZ ciągle za mało wydaje na pomoc depresantom, sugeruje zestawienie.

Skąd ten alarm?

Ano stąd że depresja to bunt, to bezczelna ucieczka. Jak pokazuje zestawienie Medonetu czarno na białym, choć w podtekście: depresja to bunt przeciwko kulturze produktywności.

Z wypowiedzi psycholog Magdaleny Nowickiej (podkreślenia moje):

„Teorie socjobiologiczne zakładają, że depresja to forma reakcji adaptacyjnej, która nakazuje zwolnić, zawiesić życiową działalność po to, żeby organizm zregenerował siły, których mu zabrakło. Zaburzenia depresyjne są znakiem naszych czasów. Przez zawrotne tempo życia przestajemy dostrzegać rzeczy, które sprawiają nam radość. Funkcjonując w ciągłym pędzie nie możemy pozwolić sobie na dłuższy odpoczynek, bo sądzimy, że powinniśmy skupić się na karierze, zarobkach i konsumpcji. W pewnym momencie doprowadzamy do stanu, w którym nasz organizm odmawia posłuszeństwa i odczuwa potrzebę wytchnienia. Patrząc z tej perspektywy, coraz częściej narażamy się na wyczerpanie tych pokładów i nie zawsze potrafimy uporać się z pędem naszego świata.”

Już miałam nadzieję na jakieś konstruktywne wnioski w dyskursie publicznym. Na moment prawdy, odwagi. Ale nie. Jednostka w mediach nie tylko jest bezczelnym hamulcowym rozwoju i produktywności kraju, ciężkim kosztem obarczającym instytucje, ale i ciąży na niej odpowiedzialność za swoje własne dostosowanie do szaleństwa i za swój brak  produktywności. Wolny najmita zostaje obarczony odpowiedzialnością za samodzielny (samotny) i pozorny (bo wyboru de facto nie ma)  wybór złotego środka między fizjologią a bezwzględnymi wymaganiami Rynku. Tego złotego środka nie oferują jednostce ani instytucje ani eksperci. Ani też sam Rynek.

Z poziomu jednostki, a nawet lokalnego, nie rozwiąże się globalnych problemów. Jednak myśl, że „tempo życia”, „pęd” ani „konsumpcja” nie są żadnym wyborem jednostki a zostały narzucone przez jakąś Zewnętrzność nie postała w głowie miłej pani. Już trzydzieści lat temu Ulrich Beck (jak ten czas leci…) wieścił śmierć ahistorycznej i zamkniętej na zewnętrzne uwarunkowania psychologii. Tu się mylił, ludzka głupota jest bezdenna. Perspektywa psychologiczna – tak jakby człowiek był wykorzeniony ze społeczeństwa, polityki, ekonomii i dotyku ziemi – nie zmieniła się. Nadal w terapii klient urabiany jest w bieżącej narracji neoliberalnej służącej potrzebom Rynku i Systemu. Na przykład, w wypracowaniu o terapii psychodynamicznej czytam:

„W trakcie terapii pacjent staje się bardziej świadomy, że to on jest w większości autorem swojego życia, a nie okoliczności zewnętrzne. Jednak, żeby do tego doszło niezbędny jest czas.”

Dalej, jako pozytywne rezultaty terapii widnieje:

„redukcja uciążliwych objawów, przywrócenie zablokowanych form aktywności, uruchomienie adekwatnych, a co za tym idzie mniej destruktywnych adaptacji do zróżnicowanych sytuacji życiowych oraz realizacja zadań rozwojowych właściwych dla etapu życia pacjenta” .

Czytaj: elastyczność i iluzja samo-stanowienia. Depresja to obciążenie dla Systemu, trzeba więc ją zaetykietować („choroba”) i leczyć (łagodzić w imię produktywności). W gabinetach terapeutycznych cierpienie tu-i-teraz przekierowywane jest na przeszłość (rekonstrukcja „toksycznego dzieciństwa”). Lub też klienci przechodzą łagodne pranie mózgu (stąd: „niezbędny jest czas…”) w stronę „Ja jestem ok, ty jesteś ok i świat jest ok”, co jest oczywistą gównoprawdą. Tak jakby cierpienie klienta nie niosło ze sobą żadnych treści dotyczących rzeczywistości społecznej, kulturowej czy gospodarczej a było jedynie jakimś wyskokiem jednostkowej nieokiełznanej nieświadomości, błędem postrzegania czy wadą systemu nerwowego… Oczywiście, klienci zaakceptują takie przyczyny swojego stanu i z pewnością w jednostkowych przypadkach takie paradygmaty są przydatne. Któż nie chciałby mieć choć iluzji kontroli?

Trzydzieści lat temu  Ulrich Beck pisał (i tu się nie mylił) o tym, że współczesna jednostka w ramach swojej biografii i wobec rozpadu dotychczasowych więzi i narracji społecznych (w tym klas społecznych, rodziny nuklearnej, ścieżek rozwoju zawodowego) przejmuje na siebie ryzyko generowane przez współczesną cywilizację. Rynek najlepiej widziałby w nas jedynie samotne jednostki, nieskończenie mobilne i elastyczne oraz skłonne do wydania pieniędzy na produkowane bezwartościowe „dobra” kosztem – nieoszacowanym, ukrywanym- równowagi ekologicznej. I tak, jednostka boryka się z płynnym i oferującym bezsensowne zajęcia rynkiem pracy- a uczestnictwo w rynku pracy określa współcześnie jej tożsamość. Podejmuje ryzyko zdobycia wykształcenia, które nie gwarantuje żadnej ścieżki rozwoju zawodowego, ale jest wymagane przez instytucje. Codziennym pośpiechem i zmęczeniem próbuje także pogodzić rozrodczość i prawa kobiet z wymaganiami rynku.  W domach poszczególnych jednostek, wśród konfliktów (przerabianych na terapiach par) rodzą się nowe, płynne role kobiet i mężczyzn. Jednocześnie jednostka styka się ze schizofreniczną narracją twierdzącą, że świat jest stabilny, zarządzany, że postęp , że rozwój, że świetlana przyszłość, że natura, że oczywiste, że jest Ktoś Kto Wie (i kto każe jednostce wybierać). Jednostka nie ma jak ukryć się przed zagrożeniami ekologicznymi (promieniowanie, substancje niebezpieczne, niezdrowa żywność, hałas etc) – skażenie przyrody i zmiany klimatu są (i tylko one) naprawdę demokratyczne. Co więcej, jednostka – pozbawiona wiedzy specjalistycznej – jest skazana na zaufanie ekspertom i na akceptację narzuconych przez nich norm (czyli de facto-wyrażonej przez instytucje zgody na trucie). Niestety, wbrew temu, co głoszą zwolennicy tego Świetlanego Postępu i Nowego Pięknego Świata, jednostka nie jest w swoich wyborach wolna. Jest dogłębnie, od początku życia, od aspiracji po definicję sukcesu, sterowana przez instytucje i ekspertów i postawiona wobec głębokiej irracjonalności uspokajających narracji. Wobec zmian klimatycznych, ekologicznych zagrożeń, nadmiaru, sztuczności, pustki i narzuconej ścieżki życia pozostaje bezradna– nawet jeśli jest tej pustki i zmian świadoma.

Świadomość bezradności to piekło. Continue reading


To wilki

wilcze_kly[stan witryn na dzień: 24.03.2015]

Gdy czytam dzieła takie jak ten timu Górczyńska/Kołodziej to zbliżam się niebezpiecznie do szaleństwa. Pan Dawid Karol Kołodziej jest samozwańczym psychoterapeutą i kołczem (prowadzi Prywatny Gabinet Terapii Psychopedagogicznej i Psychoterapii), osobą ożywioną niezgłębionym pragnieniem ratowania ludzkości. W radach pisanych do abczdrowie.pl, występuje jako „zaufany  specjalista” i wyszukuje się jako „lekarz”. Jego udział jest rangowany w obszarach: „pedagog”, „konsultacje psychologiczne”, „wywiad psychoseksuologiczny” i „badanie psychiatryczne”. Jednym słowem: radośnie i w jednej osobie boskiej zastępuje wyszkolonych terapeutów, psychologów, seksuologów, neurologów, psychiatrów i lekarzy medycyny specjalności wszelakiej. Ta piękna humanistyczna działalność, wypływająca z braku uregulowań prawnych psycho-zawodów,  ma jeden zasadniczy feler: pan Kołodziej nie ma odpowiedniego wykształcenia ani wiedzy by to robić. Legitymuje się licencjatem z resocjalizacji/pedagogiki zrobionym w Wyższej Szkole Edukacji Zdrowotnej i Nauk Społecznych w Łodzi, mizernej prywatnej szkółce, jakich wiele teraz. Pisząc wprost: ten sympatyczny pan, interesujący się „fantazy i urodą”, sprzedający czułe „rozumienie człowieka”, daje rady dla użytkowników niebezpieczne lub bezwartościowe (tak, jest pani chora i musi iść do lekarza), nie mając pojęcia ani o psychopatologii ani o medycynie. Ani też o fantazyjnych podrygach swojego rozdętego do granic niemożliwości ego. Bowiem, jak sam pisze pompatycznie, pragnie POMAGAĆ (twierdząc tak, nie przeszedłby nawet rozmowy wstępnej na psychologię). Pomaga więc, prowadząc obok szerokiej działalności, „psychoblog społeczny”.  I pomaga, wyrzucając z niego domniemanych „hejterów” czyli osoby nie zgadzające się z jego prostym sposobem myślenia.  Pomaga, banując, blokując, grożąc i milcząc wobec krytycznych uwag co do jego publicznej działalności pseudo-psychologicznej. No, cóż, mamy wolność słowa, w której każdy „terapeuta” (ho, ho!) może zamknąć komuś gębę jednym telefonem do kolesia.

****

Ale dziś o głośnym już artykule popełnionym przez równie sympatyczną jak pan Dawid Aleksandrę Górczyńską, która – na blogu Dawida Kołodzieja- poucza „społeczeństwo,” czym jest depresja (podkreślenia moje, bo to mój blog). Pani Górczyńska jest studentką pedagogiki. Ze zdjęcia wnioskuję, że młodą dziewczyną, która dzieli się na społecznym psychoblogu pana Kołodzieja głębokimi refleksjami. O depresji pisze wzruszająco: „Choćbyś chciał niejednokrotnie nie jesteś w stanie opisać bólu, który w Tobie siedzi. On nie jest jak inne, nie obejmuje do końca Twojego ciała, masz wrażenie jakby siedział w Twojej głowie,  prawdopodobnie najgorszy jakiego jesteś w stanie doświadczyć. A to jeszcze nie wszystko, bo często w parze przyłączają się stany lękowe, jedno za drugim się nakręca, można by nazwać to błędnym kołem.” Tu uroniłam łzę i poczułam się fatalnie. Resztki rozsądku podpowiedziały, że w zasadzie nie wiadomo, o czym  czytam: melancholijce, chandrze, żałobie czy depresji endogennej.

„Chciałabym tu wspomnieć, że depresja łączy się ściśle ze stresem,  napięciem o którym wspomniałam powyżej” kontynuuje Autorka – „Ale jak to działa? Objawów jest tak naprawdę wiele, obejmują one większość układów, jak nie wszystkie. Częstym z nich jest problem z żołądkiem, lekarz może pomyśleć, że to wrzody.  Owszem, trzeba to sprawdzić poprzez badania, jeśli jednak one nic nie wykryją, możemy stwierdzić, że problem nie siedzi w naturze fizycznej.” Nie wiemy, jak działa (tj jak stres łączy się z „depresją”), bo Pani zamienia to na pytanie retoryczne. W każdym razie młode dziewczę z wiedzą uliczną objaśnia: lekarze to idioci, którzy na ból brzucha od razu wystawią diagnozę „wrzody” (które zresztą nie są wynikiem działania stresu a bakteryjki helicobacter pylori) a potem rozłożą szeroko ręce, nawet nie próbując leczyć pacjenta objawowo.

Ale ok, puszczam to płazem, faktycznie można odczuwać dolegliwości psychosomatyczne. Pani jednak wali mocnym prawym prostym, zastrzegając się, że to tylko taka prywata:

„Z pewnością, nikomu z takim problemem nie polecę od razu wizyty u psychiatry. Niestety jest to lekarz, i jak każdy z nich nastawiony on został przez tok swojej nauki do przepisywania ludziom różnego typu leków. Najlepiej jest zacząć od psychoterapii u terapeuty, który pomoże uzyskać pewną równowagę i odzyskać siły, często nawet odnaleźć razem z nami przyczynę tego stanu. Dodatkowo możemy się wylać, co niejednokrotnie przyprowadza ulgę.  Bardzo dobrze, jeśli sami nauczymy się radzić z tym co nas spotkało. Bo- i tu chciałabym to podkreślić: jeśli zaczniemy brać leki, które oczywiście mogą nam pomóc to niestety jest bardzo prawdopodobne, że  bez nich nie będziemy już w stanie normalnie funkcjonować, tym bardziej, gdy chodzi o leki psychoaktywne. Leczenie farmakologiczne w takich problemach to OSTATECZNOŚĆ.”

Niestety, wzdycham, psychiatra jest lekarzem. Nie da się ukryć. A w kategorycznej interpretacji pani Oli każdy lekarz medycyny to zły człowiek, który nie pomaga, nie dusi miłością i został wytresowany w przepisywaniu wstrętnych leków, które nie dadzą nam żyć. Fakt, że psychoterapia (czyli leczenie) powinno być np. w ramach NFZ, przepisane przez tego złego psychiatrę pani Oli umknął. Ale to nic, są przecież psychoterapeuci, którzy pomagają „odzyskać pewną równowagę” i gdzie „możemy się wylać” (tego boję się rozumieć, bo to czysta perwersja). Jak bardzo „pewną” – nie wiadomo, bo Pani, jak się wydaje, nie zapoznała się z metaanalizami skuteczności psychoterapii ani przeglądem jej skutków długofalowych, np. takimi

http://www.dailymail.co.uk/health/article-2828509/CBT-scam-waste-money-Popular-talking-therapy-not-long-term-solution-says-leading-psychologist.html

http://ebmh.bmj.com/content/8/3/75.full

http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/16266559

 

****

Autorka idzie o krok dalej i doradza zadufanie, co trzeba zrobić z chandro-depresją. I jest to rada genialna. Z pewnością zawstydzeni lekarze duszy i ciała posłuchają spuszczając głowy. A ludzie cierpiący na depresję ozdrowieją od razu.

„Na pewno najlepiej znaleźć coś co się lubi, wyjść do ludzi, nie zamykać się na siebie i swoją chorobę, to tylko ją pogłębi i wpadniemy w baaaardzo nieprzyjazne błędne koło, z którego niestety trudno wyjść. A wystarczy chcieć i nie siedzieć na czterech literach i użalać się tylko nad swoim życiem! To nic dobrego nie przyniesie a tylko zaszkodzi”.

Jestem pełna podziwu: po prostu trzeba powiedzieć człowiekowi, który fizycznie i psychicznie nie jest w stanie wstać z łóżka, żeby… wstał. Oto cud: wstań i idź, Pan Kołodziej cię wzywa, twoja wiara cię uleczyła… Nie siedź na dupie, bo wpadniesz w baaardzo nieprzyjazne koło.

****

Pojęcia nie mam, kto faktycznie ten genialny tekst napisał. Bo to poziom podstawówki czy gimnazjum reprezentowany przez osobę podającą się „studentkę” (czytaj:  ofiarę niżu demograficznego z pseudo-szkoły wyższej łaszącej się o każdego potrafiącego się podpisać krzyżykami ucznia.) Niektórych myślących ten tekst oburzył, że taki gniot, który depresantom może zaszkodzić (choćby odwodząc ich od wizyty u lekarza, demonizując leki czy wpędzając w poczucie winy, że ni huk nie mogą wstać z czterech liter) pojawia się w miejscu pt. „psychoblog społeczny”. Ja powiem złośliwie: jaka „psychologia i „społeczeństwo” takie i psycho-blogi… A rozkosznej, ośmieszającej materię, „pomocy psychologicznej” pana Kołodzieja, zapiekłego wroga psychologii i medycyny, dawno już powinna się przyjrzeć macierzysta uczelnia, izby lekarskie, portale prozdrowotne, PTP albo drugie PTP. (Ale jak wiemy, nie przyjrzą się). Bezradnym, zawstydzonym psychologom z powołaniem współczuję.

Podobnie jak tym, którzy – w naiwności swojej i bałaganie na rynku psycho-usług – takie porady czytają.

 

****

Wobec oburzenia komentatorów pan Dawid, właściciel bloga,  leci na skrzydłach wspomóc panią Olę i doradza jak Dobry Tatuś: „Warto odwiedzić kilku specjalistów i sprawdzić która metoda daje pozytywne efekty. Nie zawsze farmakoterapia jest wskazana i ja również utrzymuję się przy tym stwierdzeniu.” Pan Dawid zastępuje tutaj dumnie psychiatrów, bo to czy farmakoterapia jest wskazana w danym przypadku czy nie może tylko stwierdzić lekarz medycyny, psychiatra, a nie pan pedagog po licencjacie, ba! nawet nie psycholog po pięcioletnich studiach magisterskich. Świat nie zwariował do tego stopnia.

Z komentarzy słusznie oburzonych czytelników tej „pomocy” wyrzucono hejterów, zakrzyczano też Głos Rozsądku, że właśnie pierwszą wizytą przy zaburzeniach psychosomatycznych czy podejrzeniu depresji (podejrzeniu, nie diagnozie, bo tym się zajmują specjaliści a nie panie Aleksandry) powinna być wizyta u lekarza pierwszego kontaktu czy lekarza psychiatry. Oto pełna, wartościowa i zrównoważona wypowiedź tego hejtera bez serca , zapewne opłaconego przez złą Big Pharmę:

„Depresja nie wynika tylko ze stresu. Może być także depresją endogenną, związaną z degeneracją komórek nerwowych. I leczenie farmakologiczne jest tu PODSTAWĄ. Dopiero po wyprowadzeniu pacjenta lekami na względnie prostą drogę, wtedy możemy wprowadzać psychoterapię. Dlatego wizyta u psychiatry jest PIERWSZĄ, jaką powinno się odbyć, gdy ma się podejrzenie o depresję. Bez względu na to, czy jest to depresja reaktywna czy endogenna.

I nasuwa mi się jeszcze jedno. „A wystarczy chcieć i nie siedzieć na czterech literach i użalać się tylko nad swoim życiem!” Naprawdę? Czy zdania tego typu albo „Weź się w garść” „Weź się do roboty to Ci przejdzie” „Jesteś po prostu leniwy”, działają terapeutycznie i pomagają człowiekowi z depresją?

Przepraszam, ale ten artykuł zwyczajnie wprowadza w błąd ludzi, którzy mogą szukać realnej pomocy. Polecam się dokształcić albo nie pisać o tym, o czym się nie ma pojęcia. Ewentualnie się skonsultować.”

Continue reading


Inna perspektywa

img_1082[Tekst z dedykacją dla Mateusza D.]

Zdarzyło się kiedyś, podczas treningów asertywności, że dopadły mnie ogromne trudności. Przeżywałam je sobie cichutko, starałam się być i działać na tyle na ile mogłam w tamtym stanie psychicznym. Wewnętrzne rozedrganie nie zmieniło przecież nic w mojej ludzkiej substancji, nie pozbawiło mnie godności. Byłam jaka byłam, jaka w danym momencie mogłam być, jedyna możliwa. Jednak reakcja prowadzącego trening była z innej bajki. „Wiesz, co?” brzmiał przekaz „Idź się napraw. No, zrób coś ze sobą, do cholery. Idź po pomoc. Taka tutaj nie możesz być”. To była dla mnie jedna z bardziej przykrych sytuacji wykluczenia. Zapewne z podobną reakcją – wewnątrz i na zewnątrz – spotykają się ludzie w depresji. Wydają się przecież inni: obojętni, wadliwi, niezdolni do przeżywania „pozytywnych” emocji, nieproduktywni; na czole naklejono im – albo sami sobie nakleili – etykietkę choroby. Lub, co gorsze, „zawinionej choroby”, zgodnie ze współczesnym paradygmatem „cierpiący jest sobie sam winien”. Ludzie w depresji sami sobie sprowadzili na głowę kryzys („nie pracowali nad sobą”, „nie dbali o siebie”, „uciekali przed refleksją”), więc mają się naprawić, zrobić „coś ze swoim życiem”.

Nie promuję tu cierpiętnictwa ani nie odmawiam nikomu prawa do leczenia. Psychoterapia i farmakoterapia są dla ludzi. Ale gdzieś -mam wrażenie- ginie nam szacunek do samych  siebie, do swojego własnego ludzkiego sposobu przeżywania życia- w tym doświadczeń bolesnych, trudnych.

Poniżej fragmenty eseju Tomasza Stawiszyńskiego, autora, którego ostatnio wytrwale na blogu promuję, bo sądzę, że warto.

„[…] Podstawowe założenie, jakie stoi u podstaw zarówno medycznej, jak i religijnej postawy wobec symptomów jest identyczne: ma ich nie być.

Symptom domaga się albo modlitwy albo leczenia. Cierpimy zatem albo dlatego, że jesteśmy grzeszni, albo dlatego, że jesteśmy chorzy. To zaś, wedle Hillmana [ref. James Hillman „Re-Visioning Psychology”], bardzo ściśle łączy się z archetypową postawą wobec cierpienia, która dominuje w zachodniej kulturze już od ponad dwóch tysięcy lat. Wyraża ją obraz Chrystusa umierającego na krzyżu, a następnie – po trzech dniach- zmartwychwstającego w glorii i chwale zwycięzcy śmierci.

W micie chrześcijańskim cierpienie zostaje wpisane w specyficzną, zbawczą chronologię. W Piątek Chrystus umiera, ale w Niedzielę zmartwychwstaje. Jego piątkowe cierpienie zatem, wspomniane i rekapitulowane w Kościele katolickim podczas wielkopiątkowej liturgii, już w punkcie startu jest skierowane w stronę niedzielnego zmartwychwstania. Momenty ciemności, melancholii, poczucia opuszczenia, rozbicia, głębokiej rozpaczy nie są zatem traktowane jako niezależne przejawy życia psychicznego. Są to tylko etapy, przejściowe stacje – na drodze do religijnej lub medycznej, a w każdym razie społecznej rezurekcji. „Mamy tylko jeden model – pisze Hillman –zorientowany na światło w tunelu; jeden program, który prowadzi od Czwartku wieczorem do Niedzieli, kiedy to rodzi się nowy dzień, lepszy i piękniejszy niż to, co było wcześniej. Nie tylko rozmaite terapie mniej lub bardziej świadomie imitują ten program (na różne sposoby: od pozytywnego wsparcia po elektrowstrząsy), ale sama świadomość jednostki jest już w punkcie wyjścia ukształtowana przez chrześcijański mit. Każdy z nas zatem- ze względu na oddziaływanie tego mitu – nieświadomie wie już, czym jest depresja, i doświadcza jej zgodnie z obowiązującą formą. Depresja musi zatem przeżywana jako coś, co przychodzi z zewnątrz ( w ten sposób dokonuje się ukrzyżowanie) , i musi przynosić ze sobą cierpienie; ale pozostawanie w depresji musi być czymś negatywnym, ponieważ w alegorii chrześcijańskiej Piątek nigdy nie jest ważny per se – Niedziela bowiem, jako integralna część mitu, preegzystuje w nim od samego początku. Niezbywalną częścią każdej fantazji ukrzyżowania jest fantazja zmartwychwstania. Nasza postawa wobec depresji jest zatem a priori maniakalną obroną przed depresją”.

Czyli przed czym? Przed rzeczywistością psyche, w której nie istnieją stany mniej lub bardziej pożądane, ponieważ każdy stan otwiera jakąś przestrzeń doświadczenia. To tylko heroicznie zorientowane ego dzieli doświadczenia na te, które uzyskują jego autoryzację, i te, które kolidują z jego planami czy zamiarami. Continue reading


Smutek w płynności

Stany przygnębienia jako odpowiedź na współczesną kulturę pośpiechu, krótkotrwałe związki rozwiązki, pop-psychologiczne protezy „zrób sobie dobrze” i nasz lęk powszechny przed byciem porzuconym. Zygmunt Bauman, fragment książki „Życie na przemiał”:

„Związki zawarte w okamgnieniu, konsumowane pospiesznie i znikające na pierwsze  żądanie, mogą mieć swoje skutki uboczne, nie mniej bolesne niż skutki nieśmiałości, o których speed-dating pozwala zapomnieć. Widmo wysypiska śmieci czai się tuż za plecami. W końcu szybkość działania i dostęp do łatwych metod pozbywania się śmieci nie jest przywilejem tylko jednej strony. Możesz więc skończyć w sposób opisywany przez Oliviera Jamesa: zatruty „nieustannym poczuciem braku oparcia, pustki i osamotnienia przypominającym ból po śmierci ukochanej osoby”. Możesz „bez przerwy lękać się porzucenia przez bliskich i przyjaciół”. Zdiagnozowany w ten sposób stan wydaje się naturalną, logiczną i racjonalną konsekwencją życia, którego bieg znaczą błyskawicznie zawierane i zrywane związki, James dopatruje się jednak jego przyczyny w „depresji sytuacyjnej”, wymagającym leczenia schorzeniu o podłożu psychicznym bądź organicznym, i twierdzi, że „źródła problemu tkwią często we wczesnej fazie dzieciństwa” Continue reading


Epidemia depresji?

IMG_0317

Pytanie: kiedy cierpienie – będące mniej lub bardziej daleką odpowiedzią na świat zewnętrzny – staje się chorobą? Jak kreuje się (nie)chorobę? Czy można wykreować „epidemię”? „Epidemia depresji”, żyjąca własnym życiem, przywodzi mi na myśl „syndrom DDA”, „współuzależnienie” czy domniemaną potrzebę psychoterapii osób zdrowych. I baaaaardzo dalekie skojarzenie: niegdyś moja znajoma tropiła – w ramach praktyk studenckich w  Białowieży – kunę. Kuna nosiła nadajnik a młodzi biolodzy śledzili jej poczynania z radarkiem. Ustrojstwo się zepsuło. A przyjaciółka raportowała: radar pokazuje, że „kuna jest WSZĘDZIE…”. O depresji, która jak ta kuna jest wszędzie (diagnozowana), Jarosław Stukan, w wirtualnym nawiązaniu do wywiadu z dr Agnieszką Szaniawską-Bartnicką:

„Istnieje więc epidemia „depresji”, na której powstanie składa się bardzo wiele czynników. środowisko medyczne ma w tym duży udział od wielu lat siejąc propagandę prodepresyjną. Jednak nie chodzi w tym wszystkim tylko o zyski. Propaganda ta również wskazuje na wagę istnienia psychiatrii, przez wzgląd na wzrastającą każdego roku liczbę pacjentów. Poważny kryzys, z jakim boryka się ta specjalizacja od początku swojego istnienia, względem pozostałych specjalizacji medycznych, jak się wydaje, dopiero w ostatnich latach został rozwiązany. O ile nie jest inaczej, bo poważny kryzys może dopiero nadchodzić i jeśli tak się stanie, to będzie on spowodowany tym, że psychiatria oszukuje całą światową populację, wmawia ludziom zdrowym chorobę i czerpie z tego zyski. Continue reading


Dół

img_0471Mam doła. Siedzę w tym dole, popłakuję w nim, czarne myśli nawiedzają łeb mój głupi. Szara mgła wokół dołu, nic się chce, jakoś smutno-wściekle. Sny koszmarne, ciągle mnie ktoś goni, niszczy dom, nic z tego nie rozumiem. Ale to tylko jak uda się zasnąć, nie śpię za często, bo sąsiedzi ryczą po nocach, więc aż tak się nie męczę koszmarami. Zmęczenie. Nieprzyjemny strach przed kontaktami z ludźmi. Może tak nie ruszać się z łóżka? Boję się siebie. Co będzie jak nie pójdę do pracy, czy będzie jak w „Złotym pelikanie” Chwina? Trwa to dość długo, prawie wiek, kolejny tydzień.

Co robią świadome Polki w takich razach? Ano, idą do psycho-guru. Jakiegokolwiek. Continue reading


Terapia a la carte

Kiedy na psychoterapię? Psychoterapeuci wskazują na kryzysy, poczucie niskiej wartości, konflikty, powtarzające się raniące schematy, poczucie bezradności etc. W zasadzie nie ma zamkniętej listy wydarzeń lub uczuć, na której klient się odnajdzie i powie: Bingo! Czas na psychologa! To sprawa bardzo indywidualna.

Po drugie, to w ogóle źle postawiony problem.

W idealnym świecie powinno być tak: pacjent udaje się do lekarza pierwszego kontaktu lub psychiatry. Lekarz przeprowadzi testy i wywiad, postawi wstępną diagnozę. Wykluczy choroby somatyczne, niedobory witamin i mikroelementów. Skieruje na psychoterapię, zaleci inną formę pomocy psychologicznej lub przepisze leki. Wystawi zwolnienie przy niezdolności do pracy. Tego nie zrobi psychoterapeuta ani psycholog – oni nie są lekarzami. Continue reading


Jest super

Czasem słyszę: przesadzasz. Jasne, że tak. Przecież nie jest tak, i piszę to z całą odpowiedzialnością, że wszystkie terapie kończą się porażką a wszyscy psycholodzy tylko czyhają, żeby niewinnym cierpiącym zrobić krzywdę. Zapewne niekompetentnych, nieświadomych, oszołomów czy pełnych złej woli terapeutów jest mniejszość a „certyfikowana” psychoterapia jest wydolna. Mogę pójść jeszcze o krok dalej i obić świat różowym pluszem jak Dobry Pan Tomasza Piątka. I wśród róziowych baloników, niebieskich obłocków i białych aniołków, niosących pomoc na zawołanie i bez targowania się o pieniądze (dżentelmeni o brudach nie rozmawiają) mogę uznać, że system pomocy psychologicznej jest w naszym kraju idealny, rynek i kodeks etyczny regulują wszystkie potrzeby i wszyscy są szczęśliwi, a raczej ścięśliwi.

I wtedy, jak już popadam w zachwyt, wpadam w… g.wno. Zawsze kiedy patrzy się w górę, można na warszawskich ulicach wdepnąć. I chwała Bogu.

Oto historyjka:
2 lata chodzę na psychoterapię, mój psychoterapeuta bardzo mi pomógł, wyciągnął mnie z bardzo dużej depresji, praca z nim choć długa przynosiła efekty…niestety wczoraj popełnił samobójstwo…powiesił się…jestem zrozpaczona…człowiek, który odżegnał mnie od takich zamiarów, pomógł uwierzyć w życie, sam je sobie odebrał…nie wiem co robić…czy dalsza terapia…z innym terapeutą ma sens…czy wierzyć w terapię?, czy wierzyć, że życie ma sens? nie mogę się z tym pogodzić…i nie widzę sensu walki o siebie… Continue reading


Choroby somatyczne a zaburzenia psychiczne

Może zamiast psychoterapii wystarczy codziennie owsianka z orzechami, multiwitamina i regularne badania lekarskie? Brzmi absurdalnie, ale …

Za: Jarosław Stukan „Toksyczna psychologia i psychiatria. Depresja a samobójstwo„:

Obniżony nastrój towarzyszy wielu chorobom somatycznym. W bardzo poważnych stanach, chorobach terminalnych, przebiegających z silnym bólem, obniżony nastrój jest zupełnie naturalny (…). Za tymi poważnymi stanami kryją się jednak inne, lżejsze choroby, które również skutkują obniżeniem nastroju, jednak już nie z psychologicznych powodów, bo wiele z tych chorób występuje bez świadomości ich istnienia u pacjenta. Należy je wymienić, łącznie z innymi przyczynami generującymi obniżenie nastroju i skojarzone z nim objawy (Kaplan i Sadock, 1995):

  • farmakologiczne: kortykosteroidy, środki antykoncepcyjne, rezerpina, alfa-metylodopa, inhibitory cholinesterazy, zespół abstynencyjny po amfetaminie, cymetydyna, indometacyja, fenotiazyny, tal, rtęć, cykloseryna, winblastyna, winkrystyna,
  • infekcyjne: porażenie postępujące (kiła trzeciorzędowa), grypa, zespół nabytego braku odporności (AIDS), wirusowe zapalenie płuc, wirusowe zapalenie wątroby, mononukleoza zakaźna, gruźlica,
  • hormonalne: niedoczynność i nadczynność gruczołu tarczowego, nadczynność przytarczyc, zaburzenia hormonalne związane z miesiączkowaniem, okres poporodowy, choroba Cushinga (nadczynność kory nadnerczy), choroba Addisona (niedoczynność kory nadnerczy) Continue reading