O samobójstwie

surrealizmW naszej kulturze temat samobójstwa jest tabu i a taka śmierć – godna pogardy. Podkreślam: w naszej kulturze, bo są inne, gdzie śmierć samobójcza była honorowa, godna, w przeciwieństwie do śmierci naturalnej, czy z powodu choroby. Tak było w kulturze Japonii. Czy u Majów, gdzie najwyższe znaczenie przyznawano śmierci ofiarnej, samobójstwu, śmierci w walce lub w czasie porodu. Być może dlatego, by indywidualny lęk przed śmiercią nie hamował rozwoju wspólnoty.

We współczesnej kulturze europejskiej mamy okres wyparcia umierania i kompletny brak dyskusji na temat samobójstwa – chyba, że w atmosferze histerii. Choć przecież pragnienie śmierci, otarcia się o nią nie umarło, bo umrzeć nie może. Widoczne jest w modzie na sporty ekstremalne, dopalacze czy inne praktyki niszczące ciało i duszę. Tym większa chwała Jamesa Hillmana, który- w swojej głębokiej mądrości, niepokornie i dawno temu, bo aż w ubiegłym wieku – z tematem się zmierzył.

Kilka fragmentów z jego książki „Samobójstwo a przemiana psychiczna”. Być może skłonią kogoś do refleksji głębszej niż oficjalne „to jest ble i nawet o tym nie myśl!”. Dziś temat wokół samobójstwa, choć Hillman wypowiada się w swojej pracy na temat analizy i psychoterapii. Ale to na inne popołudnie.

Fragmenty. Podkreślenia moje.

O znaczeniu śmierci i fantazji samobójczych:

„Zastanawiając się, dlaczego każda analiza tak często i na różne sposoby mierzy się z problemem śmierci, zauważymy przede wszystkim, że śmierć następuje po to, by umożliwić przemianę. Kwiat więdnie, gdy rozwijają się owoce, wąż zrzuca skórę, a dorosły odrzuca to, co było dziecinne. Siła twórcza zabija, tworząc to, co nowe […]

Położenie kresu samemu sobie oznacza osiągnięcie własnego kresu, odnalezienie kresu lub granicy tego, czym się jest, aby osiągnąć to, czym się -jeszcze -nie jest. „To” zostaje zamienione na „tamto”; porzuca się jadą płaszczyznę, by przejść na inną. Samobójstwo jest próbą gwałtownego, dokonywanego przez śmierć, przejścia z jednej płaszczyzny na drugą […]

…fantazje samobójcze uwalniają od powszedniego i tradycyjnego patrzenia na rzeczy, umożliwiając spotkanie z rzeczywistością duszy.

O potrzebie śmierci jako przemiany

Różnorodność świata obrazów, poprzez które może się wyrażać śmierć, zdaje się nieograniczona. Każdy z nich ukazuje to, w jaki sposób nieświadomość odzwierciedla pojmowanie śmierci przez świadomość w całej skali – od słodkiej ucieczki do brutalnego morderstwa. Za każdym razem, kiedy takie obrazy przenikają do przeżycia i rozpoczyna się nowa faza cierpienia, następuje rezygnacja z cząstki życia i przechodzimy przez stratę, smutek i ból. Towarzyszą im samotność i izolacja. Za każdym razem coś się kończy.

Jeżeli przeżycie śmierci trzyma się obrazu suicydalnego, oznacza to, że „ja” pacjenta i wszystko to, co uważa on za „ja”, dobiegło końca. Cała sieć i struktura muszą się rozpaść, wszelkie związki i więzy zostają rozluźnione. „Ja” żąda całkowitego i bezwarunkowego uwolnienia. Budowane dotąd życie staje się klatką zobowiązań, którą trzeba rozbić; w wypadku mężczyzny odbywa się to często poprzez przemoc męskiej siły, w wypadku kobiet poprzez rozpłynięcie się w łagodnie gościnnym łonie natury, tak jak ma to miejsce podczas utonięcia, otrucia lub zaśnięcia. To, co nastąpi później nie jest rozpatrywane w kategoriach lepsze-gorsze; to co nastąpi później, będzie w każdym razie inne, całkowicie inne; „całkiem inne”. To, co nastąpi później nie ma znaczenia, gdyż odwodzi od doświadczenia śmierci i pozbawia je skuteczności.

A właśnie ta skuteczność jest ważna. To, kiedy i jak się pojawia, jest mniej ważne wobec kwestii, dlaczego się pojawia. Z tego, co na jej temat dowiadujemy się od samej psyche, wynika, że skuteczność doświadczenia śmierci polega na tym, by w krytycznym momencie spowodować radykalną przemianę. Jeśli w takiej chwili podniesiemy argument prewencji w imię zachowania życia, udaremnimy radykalną przemianę. Dogłębny kryzys jest doświadczeniem śmierci; nie można mieć jednego bez drugiego. Na tej podstawie wysuwamy przypuszczenie, że doświadczenie śmierci jest dla życia fizycznego nieodzowną koniecznością. To oznaczałoby jednak, że również kryzys suicydalny będący określoną formą doświadczenia śmierci musi być traktowany jako konieczny dla życia i duszy.

O przejawach potrzeby doświadczenia śmierci

Continue reading


Ten wstrętny, mały sabotażysta

 cb0fe9de002806cf476e260aZatajenie grzechu ciężkiego jest grzechem ciężkim, wtedy mówi się o świętokradczej spowiedzi. Świętokradcza spowiedź (zatajenie grzechów ciężkich) powoduje nie tylko konieczność wyznania tego grzechu i grzechu zatajenia. Spowiedź taka jest nieważna, a więc żaden grzech ciężki wypowiedziany podczas tamtej (tamtych) spowiedzi świętokradczej nie został Ci odpuszczony. Musisz wyznać wszystkie grzechy ciężkie od ostatniej dobrej spowiedzi. Każda komunia święta przyjęta po spowiedzi świętokradczej czyli (lub) w stanie grzechu ciężkiego jest grzechem ciężkim, z którego też trzeba się wyspowiadać.

Forum Katolik

 

Jeśli spowiadający się zwleka lub zapomniał grzechy, to kapłan może zadawać naprowadzające pytania.

Wikipedia

 

Zwrócił moją uwagę pewien forumowy post:

 

Witam. Od kilku miesięcy uczestniczę w terapii poznawczo-behawioralnej, ze względu na występowanie depresji z lękiem panicznym. Po kilku spotkaniach z terapeutą (dodam że nie biorę żadnych leków) lęk paniczny ustąpił. Czasem pojawia się złe samopoczucie, ale jestem w stanie przejść przez to znacznie lepiej niż przed terapią. Niestety terapia zaczyna mnie męczyć i stanęła jakby w miejscu. Wiem, że jeszcze nie wszystko przerobiłam tak jak należy i wiem też że to jeszcze nie czas aby przerwać ten proces, ale wielokrotnie w czasie terapii mam opór wobec terapeuty i nie daję rady, aby o wszystkim mówić. Z drugiej strony boję się, że to może spowolnić cały jej przebieg i nie doprowadzić do poznania całej prawdy o mnie, ale całkowite otwarcie się przed kimś jest dla mnie nie do przeskoczenia. Nie wiem co z tym zrobić, być może źle trafiłam z wyborem terapeuty, ale lękiem napawa mnie rozpoczynanie tego procesu z kimś innym i przechodzenie tego znowu od samego początku. Czy to zdarza się podczas terapii i należy nad tym pracować czy zmuszanie się nie ma sensu?

i fragment odpowiedzi eksperta od dusz:

Szanowna Pani,
…Tym co przychodzi z łatwością, w czym jest Pani mocna nie trzeba się raczej w psychoterapii zajmować. Gdy natomiast pojawia się w rozmowach trudność, silne napięcie wewnętrzne czy lęk, to jest to zwykle znak, że właśnie natknęła się Pani na coś co jest dla Pani rzeczywiście trudne. Jeśli trudne w relacji z terapeutą to może wskazuje to na jakieś trudności w normalnym życiu. Stąd warto rozważyć czy nie chciałaby Pani warto uczynić tych trudności tematem kolejnych spotkań. W końcu podjęła Pani psychoterapię nie dlatego, że wszystko przychodzi Pani z łatwością.

Popularny obraz „oporu w terapii” (tego „małego sabotażysty” :)) znajdziemy tutaj:

lub tutaj

a tutaj wypracowanie o bezczelnych, trudnych klientach.

***

W wypowiedzi Autorki uderzyło mnie zdanie „to może spowolnić cały jej przebieg i nie doprowadzić do poznania całej prawdy o mnie” jako charakterystyczne. Po pierwsze zdradza wielką naiwność, jeśli nie młodzieńczą głupotę piszącej osoby, która wierzy, że da się wszystko „przerobić tak jak należy”, „przebieg” ma być szybki i że ktokolwiek na świecie zada sobie trud „poznania całej prawdy ” o niej. Jakie to typowe!

Zadziwia mnie też głupota wiary, że da się żyć bez trudności (i sugestia, że psychoterapia je rozwiąże), ale płytkie psycho-slogany już mnie tak brzydzą, że nie będę ich komentować.

Nieprawdą bowiem jest, że przełom, rozwój czy refleksja dokonać się mogą skutecznie tylko w „mówieniu do terapeuty” i że to „mówienie” jest odzwierciedleniem „trudności w życiu”- bo rozmawia się w różny sposób z różnymi osobami w różnych pozycjach i rangach. To „trzeba mówić” jest jedynie założeniem, paradygmatem „terapii mówionej”- choć traktowane jak oczywistość. „Postęp w terapii” nie jest tożsamy z samo-rozwojem, mądrością czy rozszerzeniem duszy, jest technicznym pojęciem z podręczników psychoterapii. No i ile rzeczy dzieje się w milczeniu, w ciszy, w zaciszu! Działają obrazy, muzyka, cytaty, słowa (które uderzają jak obuchem), sny, historie zawarte w książkach czy filmach. „Działa” to, co „zrobi się”, „powie się”, „przeżyje przed sobą, a nie widownią. No i, proszę wybaczyć truizm: jest się ze sobą, „pracuje się nad sobą” czy obserwuje swoje wewnętrzne zmiany, kryzysy, progi, duszy poruszenia – całe życie. Cała w tym rozkosz życia właśnie.

Oczywistą przeszkodą, źródłem oporu, jest sztuczność „relacji terapeutycznej” sama w sobie: nierównowaga sił i auto-prezentacji, upokarzająca pozycja „pacjenta” jako „leczonego”, „zaburzonego”, z „trudnościami” i upokarzająca pozycja terapeuty, jako działającego dla bliżej nieokreślonego „dobra” – czasem wbrew swoim uczuciom (sławetna a nieistniejąca „neutralność światopoglądowa”). Oczywiste jest, że nie opowiada się nikomu niczego intymnego po pięciu godzinach jednostronnej, przypadkowej (nie)znajomości. Ba! pozostają sekrety, których nie wyjawia się nawet bliskim i to latami… Nie sprzyjają budowie zaufania ramy terapii – trudno zwierzać się na minuty, w wytyczonym dniu i godzinie. To, w jaki sposób terapeuci opowiadają o oporze („sabotażysta”) ma budzić poczucie winy klienta (nieuczciwość w relacji, oj ty brzydulku…) i poczucie zagrożenia (jak nie powiem wszystkiego, proces nie będzie przebiegał „prawidłowo”- jak w cytacie).  By pobudzić skłonność do mówienia „prawdy, całej prawdy i tylko prawdy” stosuje się delikatne naciski: płatności za godziny (im dłużej milczysz tym więcej cię to kosztuje), tykający zegar; propagandę, w której opór jest „sabotażystą” a sam klient -„trudny” (fuj!). Zauważono, że skłonność do znaczących zwierzeń pojawia się pod koniec sesji. Lacan stosował więc naciski mniej delikatne: by zbudować napięcie, że sesja się zaraz zakończy, przerywał ją w dowolnym momencie, nie pobierał opłat lub pobierał je bez ładu i składu. Stąd także technika „odsłaniania się”, gdy terapeuta rzuca jakiś kawałek „prywatny” (wymyślony lub przygotowany pod dany przypadek), by wymusić wzajemnością kolejne zeznania.

Z czym kojarzy mi się motyw „oporu” i jego „przełamywania” w narracji psychoterapeutycznej, tej namiastki sensu dla mas? Po pierwsze, z totalitaryzmem, gdzie prywatność, intymność czy indywidualność nie mają prawa zaistnieć. Po drugie, z mechanizmem sekty, gdzie… – jak wyżej. Po trzecie z gwałtem, bo pośpiechem gwałcona jest intymność, czystość. Po czwarte, ze społeczeństwem zbudowanym nie na namacalnym a na opowieści. I wreszcie, last but not least, z mechanizmem spowiedzi w Kościele Katolickim. Continue reading


Bumerang

salvadordaligalizamekpubolDlaczego właściwie napisałam cykl o „wewnętrznym dziecku”? Dlaczego widzę sens w krytyce takich i podobnych bajek?

Ano, przez bumerang…

Psychologia naukowa opisuje świat społeczny. Bardzo upraszczając sprawę: tworzy obraz  zewnętrzności za pomocą narzędzi statystycznych, obserwacji amerykańskich studentów, szczurów i małp. No, nie da się ukryć. Jej narracja nie odnosi się do poszczególnej jednostki a teoretycznego konstruktu pt. „człowiek”, i to z wybranej kultury i o określonej pozycji społecznej. To oczywiście wzbogaca nasze widzenie świata – ale nie nasze wnętrza.  Narracja ta, słownictwo, pojęcia i sposób widzenia, pomimo że kontrowersyjne i zmienne (bo oparte na metodzie naukowej czyli uporczywym kwestionowaniu) zostają narzucone jako „prawda”, rodzaj Wielkiej Narracji przez psycho, mających w kulturze niezasłużoną pozycję autorytetów i rzekomych znawców ludzkiej duszy. I dalej zostają przyjęte przez jednostkę jako narzędzie samo-opisu.

Proszę przyjrzeć się tej anonimowej forumowej wypowiedzi jako przykładowi :

 

„Ambiwertyk to ktoś, kto posiada zarówno cechy ekstrawertyka jak i introwertyka, ale zadne z nich u niego nie dominuja. Potrafi wychodzic do ludzi, byc towarzyskim, ale rowniez samotnosc nie stanowi dla niego problemu, daje pole do refleksji. Ciekawy artykuł znalazłam w Charakterach, ale nie daje się zlinkowac, forum wykrywa spam, szkoda.
W końcu mogę się gdzieś odnaleźć :)”

Psychoanaliza i jej podobne, w tym wizje psychoterapeutyczne (np. wewnętrzne dziecko, wewnętrzny krytyk, „traumy dzieciństwa”, DDA, nieświadome) podpowiada obrazy wymyślone przez (jakże często!) jednego człowieka, na podstawie kilku przypadków i bezpodstawnie zgeneralizowane. Narzuca się je pod groźbą „nieprzyjaznego zetykietowania” i wyzwania od „opornych” czy „niedojrzałych”. Nie ma ucieczki od takich Wielkich Narracji, bo cokolwiek „diagnozowany” zrobi jest to dowodem, że „opiniujący” ma rację (patrz: pojęcie oporu w terapii, wyparcia czy klasyczne chachmęcenie przy tzw. „kompleksie Edypa”). I znów zachodzi tu podobny proces jak przy psychologii- opis konstruktu pt. „człowiek” zbudowany przez postronnych na „przypadkach klinicznych” zostaje narzucony/przyjęty przez jednostkę jako język opisu jej własnego wnętrza. Ta przemoc domniemanej Wielkiej Narracji jest widoczna choćby w tym, że etykiety, z założenia neutralne (np. masochizm, narcyzm, kompleks, paranoja, projekcja), funkcjonują potocznie jako obelgi lub sposoby poniżania. To, moim zdaniem, zjawisko bardzo znaczące: jakby lud prosty naiwnie odsłaniał faktyczną przemoc, jaka się pod tym mechanizmem kryje.

Pop-psychologia? To intuicyjne majaki internetowych idiotów i skretyniałych dziennikarzyn. Biorą pełną garścią i bezkrytycznie z autorytetu psychologii; upraszczają refleksje/kontrowersje naukowe i traktują je jako narzędzie umoralniania, pouczania  – według kulturowych paradygmatów (np. skuteczność, dojrzałość, Ja, szczęście, rozwój). Mamy tu jasne zasady, prostackie schematy, determinizm, heurystyki. Nawet nie próbę neutralnego opisu zewnętrzności… Wręcz wykładnię moralności czy próbę wróżenia z fusów. Zakłada się, na przykład, (i słusznie) że dzieci nie należy bić. Ma to wynikać z autorytetu nauki/pseudonauki wskazującej na dzieciństwo jako okres wrażliwy a nie – proszę zauważyć! – z samej refleksji deontologicznej: powinności wobec bliźniego. Oto moralność musi zostać poparta nauką lub jej pozorami. Oto kolejny przykład, pierwszy z brzegu (a tego pełno): tutaj naukowym autorytetem buduje się czytelnikom „poczucie nieuchronności”, obraz  „natury” i określa ich człowieczeństwo [podkreślenia moje].

„Monogamia ma oczywiście bardzo wiele zalet, jest przyjemna i bezpieczna, nadaje też życiu sporo sensu. Ale nieuchronnie pojawia się problem zmęczenia drugim człowiekiem. […] Trzeba jednak pamiętać, że miłość z natury jest zmienna, a jej najbardziej stabilnym składnikiem jest zobowiązanie, a nie emocje, które przeżywamy – i w tym, między innymi, tkwi sekret długoletnich związków. Mało romantyczne, ale optymistyczne – bo emocje się zmieniają, zanikają, a zobowiązanie może być trwałe. To jest decyzja- mówi prof. Wojciszke – a potem stałe działanie na rzecz dobra związku, bardziej niż na rzecz dobra własnego. Zobowiązanie czyni nas ludźmi.”

I ciekawe, co na to rozwodnicy, nie-ludzie.

Zakłada się, że istnieje jeden możliwy opis, jeden wzorzec, którym człowiek adekwatnie (zgodnie z prawdą) opisze sam siebie. Że w ogóle taka prawda, taki wzorzec są możliwe i że jest taki język. Złudzenie to podtrzymuje kultura promująca racjonalizm (sławetna „odpowiedzialność za siebie”, samopoznanie,  funkcjonalny samorozwój, etc),  eksperckość  (zewnątrzsterowność, potrzeba oceny z zewnątrz), monoteizm (chrześcijaństwo). [nomen omen, piszę to a z radyjka wyje jakaś muza „jest jeden świat…”].

Bełkoczący opis świata (czytaj: odnoszący się do konstruktu, statystyki, bazujący na przypadkach czy intuicyjny) wraca jak bumerang i jest przyjmowany przez jednostki jako własny opis życia wewnętrznego.  Jest przyjmowany jako właściwa baza, oś, narracja subiektywnego wewnętrznego świata. Takie to proste, bo „wreszcie możemy się gdzieś odnaleźć!”. Kowalski kupuje oblicze statystycznego Kowalskiego. Pochylamy głowę przed opisami – nieadekwatnymi bo nie dotyczącymi nas, naszego wnętrza. Continue reading


Przepracować problem rodziców

152„Czcij ojca swego i matkę swoją” czyli… coś nam się po drodze zagubiło, twierdzi James Hillman. Żeby umieć zaśpiewać o świecie musimy znać odpowiednie słowa. Niewiele już ze słów pieśni nam zostało. Potężna Pieśń o Życiu zamieniona została na kwilenie, i to nie o tworzeniu, a o poczuciu krzywdy. Krzywda wyrządzona przez rodziców, krzywda wyrządzona przez dzieci (a także krzywda wyrządzona kobietom, krzywda wyrządzona mężczyznom). Las oskarżeń. Zło tu i teraz, nasze porażki mają pochodzić z błędu rodzicielskiego sprzed kilkudziesięciu lat (w niektórych absurdalnych bajkach- np. hellingerowskiej – nawet sprzed kilku pokoleń). Jasne, krzywda się zdarza, czasem prze-Ogromna, przesłaniająca pierwszy plan. Nie twierdzę, że nie należy odreagować emocji lub krzywdę przesłonić milczeniem. Ale niestety: w naszej pop-kulturze ci, co zostali skrzywdzeni nie znają i nie poznają innej opowieści o sobie; a ci, którzy nie zostali skrzywdzeni tkwią mimowolnie w dyskursie poczucia krzywdy. Nie mamy innej, alternatywnej narracji, niż  „to wszystko przez to,  że matka to nam zrobiła a ojciec tego nie zrobił” (lub odwrotnie). To nam układa (zawęża?) świat.  Narracja kulturowa: nasz Los zależy od (toksycznych!) postępków wszechmocnych rodziców nas zubaża. Ba! Im bardziej głowa siwa, tym mam większe wrażenie, że to w ogóle nie ta bajka.

Kolejny fragment rozdziału „Przodkowie” z  „Kodu Duszy”, w którym to rozdziale James Hillman – „duchowo”, ale ramię w ramię z psychologami naukowcami, o paradoksie!- polemizuje z obowiązującym i szkodliwym paradygmatem „wpływu rodziny pochodzenia”, cytując inne, zapomniane już narracje [podkreślenia moje]: Continue reading


Skok w świat

09_img_6446James Hillman pastwi się nad współczesnym „sofizmatem rodzicielskim”, winnym, jego zdaniem, postępującej katastrofie ekologicznej. Niestety, ludy nie wyznające religii „rodzice są winni” także potrafiły do wyczerpania korzystać z zasobów, więc nie jestem pewna na ile argumentacja Hillmana ma odzwierciedlenie w faktach. Jednak nie da się ukryć, odrzuciliśmy świat jako „wychowawcę”… Czyż nie wychowuje nas kultura pełna pustych słów, odcięta coraz bardziej od rzeczywistości ( i oczywistości) ziemi, nieba, wiatru i wody? Mylimy człowieczych rodziców i Rodziców. Ukonkretnienie chyba nie wychodzi nam na dobre, podobnie jak przyjęcie jako faktu – a nie obrazu – bełkotów psychoanalitycznych. Trudno się z Hillmanem tutaj nie zgodzić: z wykorzenionej z natury narracji krzywdy i winy nic dobrego  nie będzie.

Fragmenty rozdziału „Przodkowie” z książki „Kod Duszy”:

„Wiara w to, że rodzice od początku kształtują nasz świat, jest dla mnie jednym z klasycznych przykładów sofizmatów „konkretności nie na miejscu”. Termin ten zaczerpnąłem od angielskiego filozofa Alfreda Northa Witheheada. Błąd „konkretności nie na miejscu” polega na pomyleniu konkretów z abstrakcjami. W naszym przypadku kosmiczni, mityczni rodzice utożsamiani się błędnie z naszymi własnymi, osobowymi matkami i ojcami. W konsekwencji potężne formatywne moce i tajemnice przydawane takim abstrakcjom jak niebo i ziemia, Bóg Nieba i Bogini Ziemi (lub odwrotnie, jak w mitologii egipskiej), stają się konkretnymi matkami i ojcami, podczas gdy matki i ojcowie ulegają ubóstwieniu, powodując zamieszanie o kosmicznych wprost proporcjach. Continue reading


Ojciec

img_7730Staram się unikać tekstów okolicznościowych. Dziś zrobię wyjątek na okoliczność Dnia Ojca, cytując kilka fragmentów z „Kodu duszy” Jamesa Hillmana z utajoną dedykacją dla mojego Taty a jawną dla naburmuszonych Dorosłych Dzieci i ich Rodziców, skazanych przez ideały pop-psychologii na wieczne niespełnienie.

Jestem wdzięczna Losowi, że zderzyłam się w dziecięctwie z rodzicami o osobowościach mocnych, pełnokrwistych i wielowymiarowych. I wdzięczna Doli, że Ojciec był dla mnie bezkompromisowym – w sprawach zasadniczych – punktem odniesienia.

Dziwne, że przyszło mi żyć w kulturze bezpieczeństwa, w upadłym patriarchacie, dryfującym od ojcostwa ku tacierzyństwu-kolesiostwu; w narracji uparcie mylącej Przodków, Ojca, Matkę, i Dziecko z po ludzku niedoskonałymi ojcami, matkami i dziećmi. No i Super Tata stał się zamiennikiem Mamy. Coś się popsuło, prawda?

Poniżej głos Hillmana (fragmenty) o kulturowej obsesji „ojca nieobecnego” i „sofizmacie rodzicielskim” czyli naszej wierze w determinujący wpływ domu rodzinnego na nasze życie:

„Tato! Jesteś w domu? Nie. Tata poszedł na lunch. I powinien to zrobić. […] Jego zadanie znajduje się gdzie indziej […] ponieważ wartością fundamentalną, jaką wnosi on do rodziny, jest utrzymywanie związków i kontaktów z „gdzie indziej”.

*

Ojcowie od wieków byli nieobecni w domu: brali udział w kampaniach wojskowych; będąc żeglarzami wypływali na dalekie morza, skąd wracali czasami dopiero po paru latach; wędrowali, często zmieniali miejsce pobytu jako poganiacze bydła, podróżnicy, kupcy i handlarze, niewolnicy, piraci, misjonarze, robotnicy sezonowi. Kiedyś tydzień pracy miał 72 godziny. Termin „ojcostwo” bywał i bywa bardzo różnie pojmowany w różnych krajach, klasach społecznych, grupach zawodowych i epokach historycznych. To dopiero dziś nieobecność jest czymś zawstydzającym, uznawanym za naganne i karygodne zachowanie, a nawet takie, które ma charakter kryminogenny. Jako rodzaj zła społecznego, nieobecność ojca jest jednym z ulubionych „palących problemów”, nad którymi namiętnie debatuje się w naszej mającej na wszystko skuteczne remedium epoce, w tym historycznym okresie rozkwitu wszelkiego rodzaju terapii, poradnictwa i programów socjalnych, z których wszystkie starają się naprawić coś, czego nie rozumieją.”

*

„Dochodzę do przekonania, że to sofizmat rodzicielski jako taki stara się przywiązać ducha Ojca do fałszywego obrazu, w wyniku czego jego dajmon nabiera cech demona i energicznie protestuje przeciwko narzucaniu mu tych więzów, starając się zerwać krępujące go postronki. Tata został pochwycony niczym w pułapkę w sztucznym konstrukcie zwanym „ojcostwem w amerykańskim stylu”, stał się niewolnikiem moralnego przykazania, zgodnie z którym ma on być dobrym i miłym facetem, który lubi Disneyland, jedzenie dla dzieci, gadżety, różne opinie na różne tematy oraz dowcipy i żarty.

Ów mdły i uładzony model stanowi jawną zdradę wobec jego wewnętrznego, bezwzględnego anioła, obrazu tego wszystkiego, co nosi on w sercu, przebłysków wspomnień z dzieciństwa, które udało mu się zachować do chwili obecnej, tego, do czego posiadania ma on niezbywalne, przyrodzone prawo. […] Mężczyzna, który utracił swojego anioła, staje się osobnikiem demonicznym; a jego nieobecność, złość i kanapowy paraliż są symptomami, świadczącymi o rozterkach duszy poszukującej swojego utraconego powołania, głosu wzywającego ją do poszukiwania czegoś innego, czegoś poza tym, co „tu i teraz”. Oscylacja ojca między wściekłością a apatią, podobnie jak alergie i zaburzenia zachowania jego dzieci oraz depresje i pełne urazy rozżalenie jego żony, stanowi element pewnego ogólnego, wspólnego dla nich wszystkich schematu – jednak nie „systemu rodzinnego”, lecz systemu swoistej wypaczonej, rabunkowej ekonomii, który, zastępując pragnienie „czegoś poza tym” pragnieniem „więcej tego, co tu i teraz”, przyczynia się do zbiorowego znieczulenia i uniewrażliwienia wszystkich członków rodziny.”

*

„Celem rodzicielskiego wychowania nigdy i nigdzie nie było „szczęśliwe dziecko”. Pracowite, użyteczne dziecko; uległe, dające sobą kierować dziecko; zdrowe dziecko; posłuszne, zdyscyplinowane dziecko; dziecko, które wie jak unikać kłopotów i nie wpadać w tarapaty; bogobojne dziecko; zabawne dziecko – wszystkie te odmiany i warianty, owszem. Jednak sofizmat rodzicielski zastawił na rodziców także pułapkę w postaci obowiązku zapewnienia dziecku szczęścia, podobnie jak zaopatruje się w nowe buty i podręczniki szkolne czy organizuje wspólny wyjazd wakacyjny. Czy ci, którzy sami są nieszczęśliwi, mogą być dostarczycielami szczęścia dla innych? Pamiętajmy, że pojęcie szczęścia ma źródło w starożytnym greckim słowie eudaimonia, które znaczy dosłownie „dobry/zadowolony dajmon”; tak więc tylko dajmon, o którego się dba i który dostaje to, co mu się należy, może zaszczepić w duszy dziecka uczucie, które nazywamy szczęściem. Tak, chcę przez to powiedzieć, że „troska o duszę”, jak napisał Thomas Moore, może wyjść dziecku tylko na dobre.

Jeśli jednak w przypadku rodzica obowiązek stwarzania własnej duszy zostanie zastąpiony obowiązkiem stwarzania duszy swojego dziecka, wówczas rodzic zaniedbuje lub całkowicie uchyla się przed spełnieniem zadania powierzonego mu przez własnego żołędzia [dajmona, geniusza, swojej drogi-dopisek mój]. Rodzic czuje, że jego dziecko jest wyjątkowe i że wobec tego troska o nie, sprzyjanie pełnemu rozwojowi żołędzia w dziecku jest jego powołaniem [… Kiedy dziecko staje się substytutem naszego własnego dajmona, wówczas po jakimś czasie zaczynamy mieć mu to za złe i w konsekwencji żywić doń urazę, a nawet odczuwać wobec niego nienawiść, pomimo wszelkich wysiłków i dobrej woli z naszej strony oraz wysokich standardów etycznych, do jakich się zwykle stosujemy”.

*

„Kiedy twoje dziecko staje się powodem twojego życia, znaczy to, ze całkowicie wyrzekasz się niewidzialnego powodu, dla którego ty tu jesteś”.

*

„Każdy ojciec, który nie chce dosłyszeć słabego głosu swojego geniusza, odwraca się odeń i zamiast tego dokonuje jego transpozycji na małe dziecko, które spłodził, nie może następnie ścierpieć tego, co sam w sobie zaniedbał. Nie potrafi on tolerować idealizmu, który rodzi się w dziecku w tak naturalny i spontaniczny sposób, romantycznego entuzjazmu, poczucia sprawiedliwości, naiwnej uczciwości, wrażliwości na piękno, przywiązania do małych rzeczy i spraw, poszukiwania odpowiedzi na wielkie pytania. Wszystko to staje się nie do zniesienia dla mężczyzny, który zapomniał o swoim własnym dajmonie.

Zamiast uczyć się od dziecka, które jest żywym świadectwem i dowodem tego wszystkiego, co niewidzialne w naszym życiu, ojciec kapituluje przed dzieckiem, zaburza jego proces wzrastania w dół [do świata, do życia- przyp. mój], usadzając je prosto w świecie zabawek. Rezultat: zdominowana przez dziecko, pozbawiona ojca z prawdziwego zdarzenia kultura z dysfunkcyjnymi dziećmi terroryzującymi otoczenie swoimi plastikowymi pistoletami. Niczym wampiry, które tak bardzo je fascynują, dzieci w naszej kulturze – nad którymi albo się roztkliwiamy z powodu ich niewinności, albo je zaniedbujemy z powodu kłopotów, jakich nam one przysparzają – wysysają całą krew z życia dorosłych”.

Continue reading


Inna perspektywa

img_1082[Tekst z dedykacją dla Mateusza D.]

Zdarzyło się kiedyś, podczas treningów asertywności, że dopadły mnie ogromne trudności. Przeżywałam je sobie cichutko, starałam się być i działać na tyle na ile mogłam w tamtym stanie psychicznym. Wewnętrzne rozedrganie nie zmieniło przecież nic w mojej ludzkiej substancji, nie pozbawiło mnie godności. Byłam jaka byłam, jaka w danym momencie mogłam być, jedyna możliwa. Jednak reakcja prowadzącego trening była z innej bajki. „Wiesz, co?” brzmiał przekaz „Idź się napraw. No, zrób coś ze sobą, do cholery. Idź po pomoc. Taka tutaj nie możesz być”. To była dla mnie jedna z bardziej przykrych sytuacji wykluczenia. Zapewne z podobną reakcją – wewnątrz i na zewnątrz – spotykają się ludzie w depresji. Wydają się przecież inni: obojętni, wadliwi, niezdolni do przeżywania „pozytywnych” emocji, nieproduktywni; na czole naklejono im – albo sami sobie nakleili – etykietkę choroby. Lub, co gorsze, „zawinionej choroby”, zgodnie ze współczesnym paradygmatem „cierpiący jest sobie sam winien”. Ludzie w depresji sami sobie sprowadzili na głowę kryzys („nie pracowali nad sobą”, „nie dbali o siebie”, „uciekali przed refleksją”), więc mają się naprawić, zrobić „coś ze swoim życiem”.

Nie promuję tu cierpiętnictwa ani nie odmawiam nikomu prawa do leczenia. Psychoterapia i farmakoterapia są dla ludzi. Ale gdzieś -mam wrażenie- ginie nam szacunek do samych  siebie, do swojego własnego ludzkiego sposobu przeżywania życia- w tym doświadczeń bolesnych, trudnych.

Poniżej fragmenty eseju Tomasza Stawiszyńskiego, autora, którego ostatnio wytrwale na blogu promuję, bo sądzę, że warto.

„[…] Podstawowe założenie, jakie stoi u podstaw zarówno medycznej, jak i religijnej postawy wobec symptomów jest identyczne: ma ich nie być.

Symptom domaga się albo modlitwy albo leczenia. Cierpimy zatem albo dlatego, że jesteśmy grzeszni, albo dlatego, że jesteśmy chorzy. To zaś, wedle Hillmana [ref. James Hillman „Re-Visioning Psychology”], bardzo ściśle łączy się z archetypową postawą wobec cierpienia, która dominuje w zachodniej kulturze już od ponad dwóch tysięcy lat. Wyraża ją obraz Chrystusa umierającego na krzyżu, a następnie – po trzech dniach- zmartwychwstającego w glorii i chwale zwycięzcy śmierci.

W micie chrześcijańskim cierpienie zostaje wpisane w specyficzną, zbawczą chronologię. W Piątek Chrystus umiera, ale w Niedzielę zmartwychwstaje. Jego piątkowe cierpienie zatem, wspomniane i rekapitulowane w Kościele katolickim podczas wielkopiątkowej liturgii, już w punkcie startu jest skierowane w stronę niedzielnego zmartwychwstania. Momenty ciemności, melancholii, poczucia opuszczenia, rozbicia, głębokiej rozpaczy nie są zatem traktowane jako niezależne przejawy życia psychicznego. Są to tylko etapy, przejściowe stacje – na drodze do religijnej lub medycznej, a w każdym razie społecznej rezurekcji. „Mamy tylko jeden model – pisze Hillman –zorientowany na światło w tunelu; jeden program, który prowadzi od Czwartku wieczorem do Niedzieli, kiedy to rodzi się nowy dzień, lepszy i piękniejszy niż to, co było wcześniej. Nie tylko rozmaite terapie mniej lub bardziej świadomie imitują ten program (na różne sposoby: od pozytywnego wsparcia po elektrowstrząsy), ale sama świadomość jednostki jest już w punkcie wyjścia ukształtowana przez chrześcijański mit. Każdy z nas zatem- ze względu na oddziaływanie tego mitu – nieświadomie wie już, czym jest depresja, i doświadcza jej zgodnie z obowiązującą formą. Depresja musi zatem przeżywana jako coś, co przychodzi z zewnątrz ( w ten sposób dokonuje się ukrzyżowanie) , i musi przynosić ze sobą cierpienie; ale pozostawanie w depresji musi być czymś negatywnym, ponieważ w alegorii chrześcijańskiej Piątek nigdy nie jest ważny per se – Niedziela bowiem, jako integralna część mitu, preegzystuje w nim od samego początku. Niezbywalną częścią każdej fantazji ukrzyżowania jest fantazja zmartwychwstania. Nasza postawa wobec depresji jest zatem a priori maniakalną obroną przed depresją”.

Czyli przed czym? Przed rzeczywistością psyche, w której nie istnieją stany mniej lub bardziej pożądane, ponieważ każdy stan otwiera jakąś przestrzeń doświadczenia. To tylko heroicznie zorientowane ego dzieli doświadczenia na te, które uzyskują jego autoryzację, i te, które kolidują z jego planami czy zamiarami. Continue reading


Cep w klatce

img_7927Tomasza Stawiszyńskiego ceniłam za felietony w Newsweeku. Krytyczny, rozsądny, gorzki, czasem przewrotny głos o pop-kulturze, papkowatej pop-psychologii, o oszustwie psychoterapii. „Dusza, empatia i realizm” jak pisze o swojej (a raczej Jamesa Hillmana) alternatywnej wizji. Choć nie ze wszystkim się zgadzam (np. nie mam uwielbienia do psychologii głębi, psychologii procesu, słowa „dusza” i cierpiętnictwa) i kiedyś się z panem Stawiszyńskim trochę poboksuję, dziś zamieszczę fragmenty jego książki „Potyczki z Freudem”, pod którymi (fragmentami, nie potyczkami) podpisuję się całym sercem.

I robię to z ciężką osobistą myślą, że inspirują mnie coraz to młodsi mężczyźni…

****
„Chodzi o to, że (ten) freudowski schemat- tak silnie zakorzeniony we współczesnej psychologii i kulturze- to w istocie konstrukcja przypominająca budową cep. A cep-jak to cep- budowę ma więcej niż prostą.

Cep mówi: jesteś wypadkową tego, co spotkało cię w dzieciństwie. Jesteś wypadkową okoliczności, których już nic już nigdy nie będzie w stanie zmienić, bo nic już nigdy nie będzie w stanie zmienić przeszłości.

Cep mówi: jesteś efektem. Continue reading