Klatka dosłowności

9d0152ff-74c4-4b30-9fb3-7721e795c400Gdy zaczęłam czytać artykuł „Dorosłe dzieci pozywają rodziców. Powód? Złe dzieciństwo” nastawiłam się na to, że przeczytam historię osób głęboko zaburzonych, niezdolnych do społecznego funkcjonowania, które – maltretowane przez rodziców, gwałcone i przykute do kaloryfera lub trzymane w ziemiankach pośród szczurów – nie nabyły umiejętności samodzielnego życia i proszą państwo polskie o wsparcie. Tymczasem przeczytałam o ludziach wykształconych, mających dobrą pracę, funkcjonujących społecznie, którzy upatrują przyczyn swoich życiowych niepowodzeń w dysfunkcyjnych (jak to się ładnie mówi) domach pochodzenia. Bohaterzy artykułu: pan koło trzydziestki, wykształcony pracownik korporacji (informatyka, finanse), borykający się z problemami zdrowotnymi – jego rodzice mieli zaniedbywać jego zdrowie i higienę;  miła pani po trzydziestce – wykształcona, pracująca, która założyła rodzinę i której rodzice kazali pracować w polu, wiedli do dentysty na wyrwanie zębów i zaniedbywali kwestie higieny. Oraz miła pani po czterdziestce, córka alkoholiczki, która ma za sobą dwa rozwody i nadal uważa – mimo terapii – że matka miała moc „zniszczenia jej życia”. Osoby te rozważają pozwanie swoich rodziców za „złe dzieciństwo”. Jak twierdzi adwokat pozwanych, trzydziestolatek za poduszczeniem swojego psychologa złożył nawet pozew przeciwko swoim rodzicom, lecz nie wpłacił opłat sądowych.

Nie twierdzę oczywiście, że nie jest krzywdą nieleczenie zębów czy bicie. Według naszych współczesnych norm (higiena, ochrona zdrowia, miłość rodzicielska) cytowane domy były wychowawczo niewydolne a dorośli niezdolni do pełnej opieki nad dzieckiem.  Nie będę też ważyć życia wiejskiego dzieciaka w Polsce lat 80′ czy 90′ a – powiedzmy – życia wiejskich dzieci w Laosie podczas wojny wietnamskiej czy dzieciaków z warszawskich podwórek w 1940 roku, bo jasne jest, że  „złe dzieciństwo” to model umowny, relatywny.

Chodzi o to, że  opowiadamy o sobie nieodpowiednią bajkę a ona wiedzie nas na manowce. Nie da się bowiem żyć teraźniejszością ani budować przyszłości, bazując na przeszłości, której – z natury rzeczy – nijak nie można zmienić.

Problemem jest dosłowność, usztywnienie.

Bohaterzy artykułu uwikłani są w narrację terapeutyczną pt.„to wina twoich rodziców”. Zakłada ona, że rodzice absolutnie zobowiązani są do bycia „wystarczająco dobrymi” rodzicami (widać to w cytowanej wypowiedzi: „Emilia kilka lat chodziła na terapię, zdaje więc sobie sprawę, że zachowanie matki wynikało z tego, że nie radziła sobie z własnymi emocjami. „Ale nic mnie to nie obchodzi – mówi. – My byliśmy dziećmi, które nic nie rozumiały, a ona, jak to matka, była dla nas całym światem.”). Dorosły jest w tej opowieści jedynie wypadkową, rezultatem oddziaływań rodziców (nadal Emilia: „przez swoją głupotę i niedojrzałość zniszczyła nam życie”). Jesteś cepem, trafnie pisał za Hillmanem o tej narracji Tomasz Stawiszyński. Jeśli nie wiedzie ci się w życiu lub czujesz się nieszczęśliwy, przyczyn tego stanu rzeczy poszukaj w dzieciństwie, głoszą w mediach eksperci. I oto jesteśmy skazani, bo zawsze tam coś przykrego znajdziemy, choćby dlatego, że jako dzieci byliśmy słabsi, zależni i nie rozumiejący mechanizmów życia. Ale narracja terapeutów to Dobra Nowina, daje również nadzieję: jeśli dokopiesz się do „zamrożonych” uczuć z dzieciństwa, „przepracujesz” je i zrzucisz na rodziców ogrom twojego wstydu i poczucia winy – będziesz lekki i szczęśliwy (patrz: Alice Miller, John Bradshaw i wielu innych). Jeśli nawiążesz z obcą osobą (terapeutą) więź idealną (czytaj: korekcyjną, leczącą), taką jak powinna być z idealnymi rodzicami, zbawisz się ku szczęściu. Continue reading


Wewnętrzne dzieci (1)-Konkret

b-sd39_149Czy wiedzą Państwo, że jak ktoś wygląda młodo w „późnej starości” to ma w sobie „dziecko wykorzystane” a jak ktoś dba o wygląd – jest dzieckiem uwiedzionym? Wszystkie te zadbane, wyfiukowane laski na rozsłonecznionych ulicach to chodzący rezultat uwiedzenia. Serio. Ja o tym nie wiedziałam, ale poszerzyłam swoje wąskie horyzonty dzięki artykułowi Jarosława Jagieły pt „Nasze wewnętrzne dzieci”. Horoskop artykuł ukazał się w Charakterach, poważnym piśmie pół-naukowym jak stwierdziła to ongiś pani Aulagnier.

Podparciem dla śmiałych tez Autora są: bezcenne myśli Berta Hellingera, Johna Bradshawa i „Kubuś Puchatek”.

Opisać nasze wewnętrzne życie można dowolnie, bo przestrzeń to nieograniczona. Mogą w nas mieszkać stwory wszelakie, nosorożce, koale i ameby, możemy mieć w głowie stosunek ze słoniem/słonicą, bogiem/diabłem albo gadać w nieistniejącym hotelu Dolphin z Człowiekiem-Owcą. Mogą być też i dzieci, jeśli ktoś ma taką wolę. Wewnętrznych figur używa się w procesie terapii (POP, Gestalt) i jeśli komuś to w gabinecie pomaga – ja nie mam nic przeciwko temu.

Koncepcja wewnętrznego dziecka odnosi do analizy transakcyjnej czy terapeutycznych technik Johna Bradshawa, ale swobodnie funkcjonuje także w pop-kulturze a tym samym kształtuje naszą narrację o świecie i nas samych. Definicja Autora: „Wewnętrzne dzieci to bogactwo naszych uczuć, zarówno tych pierwotnych, wspólnych wszystkim ludziom (np. radość, gniew, smutek, strach, wstręt, zaskoczenie), jak i wtórnych, będących konsekwencją procesów socjalizacji i wychowania (np. wstyd, konsternacja, zakłopotanie). Zadbane „wewnętrzne dziecko” ma być źródłem dorosłej spontaniczności, miłości, kreatywności, odwagi do wolności-od-kultury. Dziecko jest w tej narracji uosobieniem „prawdziwego Ja”, „autentyczności” (bo jedynie uczucia są poza Systemem, są nasze własne). Autentyczność – po zdrowiu – to top wartość klasy średniej. Nomen omen: wewnętrzne dziecko się „uzdrawia”.

 

Jeden szkopuł (jest ich więcej, ale to już na kolejny wpis). „Dziecko” z psychoterapeutycznych fantazji nie ma nic wspólnego z realnym dzieciństwem. Żadne dziecko nie jest zdolne do prawdziwej miłości – jako zależne od opiekuna. Jeśli przejawia spontaniczność to ograniczoną, bo jest chronione przed konsekwencjami owej przez dorosłych. Jeśli tworzy, to dzięki logistyce zapewnianej przez dorosłych. W realu nie ma „dziecka” – są dziewczynki i chłopcy ze swoim genetycznym programem rozwoju. Proszę zauważyć, że gdy Bradshaw pisze o wewnętrznym domu – jest to dom wyimaginowany przez dorosłego. „Wewnętrzne dziecko” jest figurą rekonstruowaną i okiełznaną przez osobę dorosłą, obrazem retrospektywnym, budowanym tu-i-teraz na zbiorze uznanych przez kulturę cech.

Jednak gdy metaforę-protezę-obraz usiłuje się wpisać w konkret robi się straszno-śmiesznie. Jarosław Jagieła próbuje dokonać niemożliwego: opisać drogę życiową w kilku schematach. Po czym poznać „typ” dziecka wewnętrznego (czyli naszych domniemanych deficytów w dzieciństwie?). Miedzy innymi po postawie i wyglądzie zewnętrznym („bioskrypt”). Wystarczy spojrzeć i już wiadomo, z jakim dorosłym dzieckiem gadamy i jakie kto miał problemy za młodu. Proste jak klasyfikacja pana Lombroso a z opisu owych „bioskryptów” wieje grozą:

„Głowa w charakterystyczny sposób „oddziela się” od korpusu, gdyż główny obszar napięć leży u podstawy czaszki (w psychoterapii bioenergetycznej nazwa się to „stryczek”).

„Maskowata z reguły twarz nie wyraża emocji, oczy są bez wyrazu, puste, nieobecne lub zalęknione.

„Stawy kończyn (szczególnie kolana) sprawiają wrażenie zablokowanych.”

„Wydaje się, że oczy wyrażają błaganie, a usta pragnienie.”

„Zazwyczaj mruży oczy, a jego wzrok wyraża ukrytą złość lub cierpienie.”

„Owłosienie ciała jest większe niż przeciętne (choć nie bardzo wiadomo dlaczego)”.

„Widać pewną niedojrzałość w sylwetce, przede wszystkim w umięśnieniu rąk i nóg, które czasem wyglądają na zbyt słabe, aby utrzymać górną część ciała”. [sic!]

Rany boskie.

Opisy zewnętrznych przejawów istnienia dzieci wewnętrznych (prawda, jak ładnie mi wyszło?) są tak rozmyte, że nie wiadomo o co chodzi lub wiadomo, że chodzi o wszystko. Na przykład:

„Jego oczy błyszczą, skóra ma ładną barwę, ruchy są żywe, gestykulacja wyraźna i duża.”

„Ciało takiego człowieka jest mało elastyczne, bez „napędu”, sprawia wrażenie nieruchomego”.

„Co ciekawe, może on wyglądać młodo (choć nie jest to regułą) nawet do późnej starości – jakby chciał pozostać wiecznym dzieckiem.”

Continue reading


Przepracować problem rodziców

152„Czcij ojca swego i matkę swoją” czyli… coś nam się po drodze zagubiło, twierdzi James Hillman. Żeby umieć zaśpiewać o świecie musimy znać odpowiednie słowa. Niewiele już ze słów pieśni nam zostało. Potężna Pieśń o Życiu zamieniona została na kwilenie, i to nie o tworzeniu, a o poczuciu krzywdy. Krzywda wyrządzona przez rodziców, krzywda wyrządzona przez dzieci (a także krzywda wyrządzona kobietom, krzywda wyrządzona mężczyznom). Las oskarżeń. Zło tu i teraz, nasze porażki mają pochodzić z błędu rodzicielskiego sprzed kilkudziesięciu lat (w niektórych absurdalnych bajkach- np. hellingerowskiej – nawet sprzed kilku pokoleń). Jasne, krzywda się zdarza, czasem prze-Ogromna, przesłaniająca pierwszy plan. Nie twierdzę, że nie należy odreagować emocji lub krzywdę przesłonić milczeniem. Ale niestety: w naszej pop-kulturze ci, co zostali skrzywdzeni nie znają i nie poznają innej opowieści o sobie; a ci, którzy nie zostali skrzywdzeni tkwią mimowolnie w dyskursie poczucia krzywdy. Nie mamy innej, alternatywnej narracji, niż  „to wszystko przez to,  że matka to nam zrobiła a ojciec tego nie zrobił” (lub odwrotnie). To nam układa (zawęża?) świat.  Narracja kulturowa: nasz Los zależy od (toksycznych!) postępków wszechmocnych rodziców nas zubaża. Ba! Im bardziej głowa siwa, tym mam większe wrażenie, że to w ogóle nie ta bajka.

Kolejny fragment rozdziału „Przodkowie” z  „Kodu Duszy”, w którym to rozdziale James Hillman – „duchowo”, ale ramię w ramię z psychologami naukowcami, o paradoksie!- polemizuje z obowiązującym i szkodliwym paradygmatem „wpływu rodziny pochodzenia”, cytując inne, zapomniane już narracje [podkreślenia moje]: Continue reading


Skok w świat

09_img_6446James Hillman pastwi się nad współczesnym „sofizmatem rodzicielskim”, winnym, jego zdaniem, postępującej katastrofie ekologicznej. Niestety, ludy nie wyznające religii „rodzice są winni” także potrafiły do wyczerpania korzystać z zasobów, więc nie jestem pewna na ile argumentacja Hillmana ma odzwierciedlenie w faktach. Jednak nie da się ukryć, odrzuciliśmy świat jako „wychowawcę”… Czyż nie wychowuje nas kultura pełna pustych słów, odcięta coraz bardziej od rzeczywistości ( i oczywistości) ziemi, nieba, wiatru i wody? Mylimy człowieczych rodziców i Rodziców. Ukonkretnienie chyba nie wychodzi nam na dobre, podobnie jak przyjęcie jako faktu – a nie obrazu – bełkotów psychoanalitycznych. Trudno się z Hillmanem tutaj nie zgodzić: z wykorzenionej z natury narracji krzywdy i winy nic dobrego  nie będzie.

Fragmenty rozdziału „Przodkowie” z książki „Kod Duszy”:

„Wiara w to, że rodzice od początku kształtują nasz świat, jest dla mnie jednym z klasycznych przykładów sofizmatów „konkretności nie na miejscu”. Termin ten zaczerpnąłem od angielskiego filozofa Alfreda Northa Witheheada. Błąd „konkretności nie na miejscu” polega na pomyleniu konkretów z abstrakcjami. W naszym przypadku kosmiczni, mityczni rodzice utożsamiani się błędnie z naszymi własnymi, osobowymi matkami i ojcami. W konsekwencji potężne formatywne moce i tajemnice przydawane takim abstrakcjom jak niebo i ziemia, Bóg Nieba i Bogini Ziemi (lub odwrotnie, jak w mitologii egipskiej), stają się konkretnymi matkami i ojcami, podczas gdy matki i ojcowie ulegają ubóstwieniu, powodując zamieszanie o kosmicznych wprost proporcjach. Continue reading


Matka na uwięzi

img_2198Zwrócił moją uwagę wywiad z psychoterapeutką Olgą Kersten-Matwin  „Uwolnić matkę” oraz komentarze do niego. W wywiadzie padają ważne słowa, które wzbudziły oburzenie ideologów spod znaku „kształtują nas rodzice”:

„Powiem pani, że mam dość słuchania o toksycznych rodzicach i o tym, co zrobić, by się z tych „toksycznych” kontaktów uwolnić. Takie podejście wyrządza krzywdę naszym relacjom z matkami i ojcami. Ludzie szukają winnych swoich porażek – niepowodzeń, zachowań, a nawet kompleksów – na zewnątrz. W ten sposób zwalniają się z obowiązku zajęcia się sobą i własnym życiem… przeciwstawiam się temu wpędzaniu matek w poczucie winy. Lubimy się w ten sposób usprawiedliwiać, powiedzieć na przykład: „Byłam zdominowana przez matkę, a teraz boję się szefa”, „Ona mnie krytykowała, więc to jej wina, że nie wierzę we własne możliwości”, „Całe życie buntowałam się przeciwko matce, teraz nie radzę sobie w związkach z innymi ludźmi”. Nie zdajemy sobie sprawy, że przerzucenie na innych odpowiedzialności za to, jakie jesteśmy, sprawia, że stoimy w miejscu i się nie rozwijamy. Ale obwiniamy, bo nie umiemy inaczej albo jest nam tak wygodniej.” Continue reading


Rodzice w terapii

011Pop-psychologiczny mit rodziny jest jak miecz obosieczny. Nasza rodzina pochodzenia musi być „wystarczająco dobra”, żebyśmy nie zwariowali, mieli „dobry obraz siebie”, „zdrowe związki”, umieli „stawiać granice”, no i nie zostali Hitlerami (patrz Alice Miller). Wszystkie klęski życiowe mają ponoć źródło w pielęgnowanym w naszej nieświadomości „obrazie rodziców”, w nieuświadamianych błędnych „schematach poznawczych”, które nabyliśmy od „toksycznych rodziców”  a „ciało pamięta” wszystkie świństwa jakie nam zrobiono („Nie bądź bezpieczny, Ciało pamięta”). Co oczywiście jest półprawdą, ponieważ na naszą osobowość i działanie wpływa cała masa czynników i nie stwierdzono jednoznacznego związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy „niewystarczająco dobrym domem” a dalszym życiem delikwenta. Za to dzisiejsi super-uświadomieni rodzice starają się bardzo, aż tak bardzo, że dzieci mieć nie chcą (i ja ich doskonale rozumiem). A dorosłe dzieci w gabinetach budują w sobie trwałą tożsamość skrzywdzonego po to, żeby „żyć lepiej”. W tym kontekście perspektywa „przepracowania relacji z rodzicami” to obietnica wiecznego szczęścia i przyszłego braku problemów. Któż by się na to nie nabrał? Continue reading


Rodzice-źródło naszych kłopotów?

img_1077Czyli parafraza freudowskiego „Kultura jako źródło cierpień”. Tym, którzy uwierzyli fałszywym prorokom, że nie można dobrze żyć, gdy „mamusia była toksyczna” i czują się wyjątkowi, bo rodzice zgotowali im TAKI straszny los, dedykuję kolejny fragment książki Psychologia jako religia:

„[…] Antyrodzinne skutki selfizmu są potęgowane przez dominujące teoretyczne nastawienie przeciw rodzicom. Nastawienie to pojawiło się z chwilą, kiedy Freud wystąpił z koncepcją kompleksu Edypa1): że silna nienawiść między synem a ojcem, po raz pierwszy ujawniająca się w wieku około czterech lat, jest podstawowym i uniwersalnym doświadczeniem, jeśli chodzi o kształtowanie się osobowości mężczyzny. Nie bardzo wiadomo, co ojciec zrobił, by zasłużyć sobie na tę nienawiść. Pewnie chodzi o to, że poślubił matkę dziecka i że jest wielki. Edypalna wrogość może zostać zneutralizowana na różne sposoby, na przykład poprzez strach. Jednak u wielu osób, jak się zakłada, pozostaje aktywna przez całe życie, a ponadto zawsze może ponownie się ujawnić. Zarówno we freudowskiej, jak i w selfistycznej terapii, nie ma odpowiedniego nacisku na miłość ojca, choć przejawy takiej miłości są powszechne. Continue reading


Wyśniło się do dna

I zamiast mówić cokolwiek, zamiast złorzeczyć i przeklinać, pomyślisz, że wszystko, co oglądały twoje oczy, i wszystko, czego dotykały twoje ręce, dawno już rozsypało się w proch. Patrzeć będziesz przed siebie tępym, nieruchomym spojrzeniem, nie słysząc już wody ani wiatru, który targać będzie twoje zlepione włosy.
Paweł Huelle „Weiser Dawidek”

Dziś będzie o wspomnieniach z dzieciństwa. Czy mojego? Nie, ja nic nie opowiem o czasach „Solidarności” i Trzech Krzyżach, o coniedzielnych, rytualnych i przewidywalnych bitwach z zomowcami pod oknami mojego domu, ani o smrodzie gazu łzawiącego i krwi na drzwiach. Continue reading


Nie bądź dziecinny

Jednym z elementów klimatu poznawczego, jakim oddychamy, jest przekonanie o potężnym, wręcz deterministycznym wpływie doświadczeń wczesnodziecięcych i dziecięcych na nasze dorosłe życie. Doświadczenia dzieciństwa mają być – od „odkryć” psychoanalizy – przyczyną chorób i zaburzeń psychicznych a tropienie wczesnodziecięcych traum (np. sceny pierwotnej) -zadaniem psychoanalityka. Pop-psychologiczny nurt karmi nas do dziś wizją „bagażu dzieciństwa”, „toksycznych rodziców”, „nieświadomych scenariuszy”, „wypartych wspomnień” etc, z czym musimy się uporać, żeby osiągnąć szczęście osoby dojrzałej o zastygłej osobowości. Przekaz w skrócie jest taki: jeśli się nam nie powodzi w życiu, jest to wina naszych rodziców a osoby zaburzone psychicznie miały z pewnością ciężkie dzieciństwo. Prawda, o ile jest człowiekowi dostępna, jest zupełnie inna i bardziej złożona: Continue reading


Kolorowe Klocki

Czytuję Zwierciadło, owszem. Ironicznie powiem, że to doskonałe źródło inspiracji do psycho-kit. Tym razem znalazłam w tym czasopiśmie tak rzadki tam głos rozsądku: nie nadużywaj (cierpliwości) psychologa dziecięcego!

To nadużywanie mnie nie dziwi. Od stu lat psycholodzy i pedagodzy nauczają masy jak dziecko wychowywać: karmić czy nie karmić na żądanie, przytulać nie przytulać, reagować nie reagować, gdy płacze, rozwiązywać nie rozwiązywać dziecięce problemy, stawiać nie stawiać granic etc. Odpowiedzi- w zależności od opcji ideologicznej- są oczywiście różne. Continue reading