Konfesja pod lupą

img_3350Zaznaczę od razu: nie jest celem tego tekstu podważanie czyjejś narracji. Bajki (nudne) o swoich sukcesach, rozwojach, zwłaszcza w stanie 40+, opowiadają sobie wszyscy, którzy tego szczęśliwego wieku dożyli. Ja czasem też. Z tego opowiadania (jakby w kościelnym języku powiedzieć: „świadectwa”), zaczerpniętego z Mętnego Lustra, wyłuskałam jednak kilka typowych dla pop-psychologii konstruktów. Sam artykuł jest przykładem modnej, ekshibicjonistycznej konfesji. Opiera się na mitach kulturowego, miłościwie nam panującego narcyzmu. Mnie kulturowy narcyzm/ekspresyjny indywidualizm osobiście mierzi, ale z drugiej strony: jest fascynującym, opisywalnym zjawiskiem i zdaję sobie sprawę z tego, że uczestnikom takiej narracji daje poczucie stabilności, sensu, uczestnictwa- jak niegdyś religia.

Warto jednak sobie uświadamiać, że jest to tylko opowieść i że możliwe są inne.

Kilka wątków z materii:

 

Mit braku wpływu czynników zewnętrznych

„Powodów do bycia szczęśliwą lub nieszczęśliwą upatruję w sobie, w swoim widzeniu i interpretowaniu świata, a nie w czynnikach zewnętrznych”

Współczesna narracja ignoruje istnienie opresji zewnętrznej. Może dlatego, że owa opresja nie jest namacalna. Czymże są „prawa rynku”, „bank”, „bezrobocie”, „terroryzm”, „wojna hybrydowa”, „państwo”? Kogo uderzyć? Niemodne jest więc pisanie o buncie zewnętrznym, zresztą już dawno urynkowionym czy upolitycznionym… Opresja z zewnątrz zmienia się na wewnętrzną: naszym wrogiem stały się „demony wewnętrzne”, „brak rozwoju”, „swoje (w domyśle – błędne) interpretacje”. Samo-opresja pięknie współbrzmi z procesami auto-ekspresji. Im więcej „demonów wewnętrznych”, tym więcej bohaterstwa w „pracy nad sobą” i tym większa koncentracja jednostki na sobie. No, i tym bardziej jest o czym pisać.

„Nie w czynnikach zewnętrznych” to mantra współczesności i niewielu ośmieli się powiedzieć inaczej. Może przez tę mantrę nie jesteśmy w stanie skonfrontować się z otaczającą rzeczywistością? Z bezsensem, z zanikiem sacrum, z bezrobociem, z agresją, z zaczynającą się właśnie wojną, z bezczelnością politykierów, z manipulacją mendiów, z poprawnością polityczną, z niszczeniem Ziemi, z procesami akulturacji i masowym światowym przesiedlaniem taniej siły roboczej… Tytani próbują rozwiązać lokalnie globalne problemy – co oczywiście jest skazane na porażkę – lub też zamknąć się przed cierpieniem „w swoim widzeniu”. „Swoje widzenie” wypiera istnienie „rzeczywistości uzgodnionej”, intersubiektywnie komunikowalnej i przeżywanej, a co za tym idzie: wspólnego działania i protestu. Żyjemy w indywidualnych i grupowych narracjach, w wielkiej wieży Babel, skłóceni między sobą, nadający inne znaczenia słowom. System umacnia ten stan kłamstwem: „poczucie szczęścia jest kwestią twojego spojrzenia”. Daje też technologiczną możliwość odseparowania się od innych narracji, z których część zostaje napiętnowana i usuwana dla podtrzymania iluzji pięknego świata (hejt). Uważam, że taki mit czyni nas de facto bezbronnymi wobec świata. I budzi – w złej a niezawinionej sytuacji ekonomicznej, rodzinnej, społecznej czy też w depresji – samotnie przeżywane poczucie winy za „błędne widzenie i interpretację „.

Continue reading


Cudne manowce

liniowy1„Żałosne”, pomyślałam przelatując wzrokiem zwierciadlany tekst pt. Ludzie odporni na zmianę. Na czym polega „pseudorozwój?” . Żałosne, bo artykuł używa głosu kogoś, kto mówi jak żyć, by przekazać, że dorosły człowiek nie potrzebuje nikogo, kto mówi jak żyć. Żałosne jest również to, że rozszerza się nam definicję zdrowia. Freud pisał, że zdrowy człowiek zdolny jest do pracy i miłości, co brzmi teraz: zdrowy człowiek jest w stanie nawiązać i podtrzymać więzi w tym „więź terapeutyczną”. Tak, posłuszne dziecko epoki nie zrywa więzi terapeutycznych i pokornie ssie krowę-terapię, by się „zmienić”.

Właśnie: „zmienić”! Jest w tym tekście coś jeszcze bardziej żałosnego: użycie magicznego pojęcia „rozwoju”. W rzeczywistości trudno bowiem nie dostrzec zjawiska uzależnienia od „terapii”, klęski współczesnej narcystycznej koncepcji „rozwoju osobistego” czy zignorować obecność na rynku cudów wszelkiej maści terapeutów i szarlatanów. Więc -aby wyjść z twarzą- psychobiznesmeni odwracają kota ogonem: gdy terapia nie działa, to trzeba terapeutyzować się jeszcze dogłębniej, bo obok terapii mamy „pseudoterapie”, zamiast zmian mamy „pseudozmianę” a zamiast „szczerej pracy nad sobą” pokazuje gębę „nieszczera praca nad sobą”. Rozwój pozostaje wartością niepodważalną. Ale jeśli jest on mało rozwojowy- to znaczy, że jest to „pseudorozwój”. Proste.

Oczywiście, od psycholożki Moniki Jędrowskiej nie wymagam, żeby krytycznie odniosła się do koncepcji „rozwoju”, która stanowi podstawę jej zawodu. Żeby porzuciła wyuczone myślenie schematami – które to schematy sprzedaje czytelnikom, jakby ci nie mieli własnych głów. Nie jestem (no, jawnie, bo skrycie tak) aż taką sadystką. Ale nieśmiało zauważam – bo co ja tam przy takich mądrych „psycholożkach” wiem –  że w takiej koncepcji (rozwój to czy pseudorozwój, pal licho) zamiast życia mamy pseudo-życie. Całe obszary przeszłych doświadczeń, fantazji, fałszywych ścieżek, pomyłek, głupoty, snów wstydliwych i nieracjonalnych poczynań mają przecież zostać zanegowane w procesie „zmiany” i zaetykietowane jako „nierozwojowe”/”nieadekwatne”. Bohaterką zwierciadlanego tekstu jest niejaka Magda, która „nigdy tak naprawdę nie pracowała nad sobą, chociaż spędziła siedem lat z przekonaniem, że nieustannie się zmienia.” W oczach psychoterapeutki Magda zmarnowała siedem lat na: roczną grupę terapeutyczną, szkołę kołczingu, zajęcia jogi, air jogi, trening interpersonalny, pracę z ciałem Lowena, warsztaty oddychania. Teraz „pracuje” w indywidualnej terapii. Nie wiadomo jednak, na ile zmiana wypracowywana w tej kolejnej, jedynie słusznej i a priori skutecznej terapii okaże się trwała. Może kogoś rozczaruję, ale napiszę wprost z doświadczeń głowy siwej: za każdym „rozwojem”, rozszerzeniem percepcji, za każdym progiem idzie kolejne ograniczenie, kolejny ból. Za jedną siną dalą – druga dal; za jednym mocnym chłodem – drugi chłód…  Tak wygląda życie. Nie ma wiecznej stabilizacji, nawet po skutecznej, certyfikowanej terapii – czyli tego mirażu, jaki obiecują psychobiznesmeni. To szkodliwe kłamstwo.

Jasne jest, że zmiana wpisuje się w ludzkie życie.  Co żywe, zmienia się; a zmienia się, bo żyje. Nihil novi, czystej wody banał. Koło Fortuny, karty Tarota – takimi obrazami kiedyś o tym opowiadano. Dziś „zmiana” oznacza nielogicznie „rozwój” a narracja „skutecznego rozwoju” jaśnie panuje ku naszemu utrapieniu.

Przyznam, że jak słyszę słowo „rozwój” robi mi się z lekka niedobrze, podobnie jak przy słowie „szczęście”. Od razu kojarzy mi się ze „zrównoważonym rozwojem”, czyli kapitalistyczną iluzją, że można zjeść ciasteczko i mieć ciasteczko. Z tabelkami – bo jakoś ten rozwój trzeba zanotować, uwiecznić. Z pojęciem zmiany linearnej, niecyklicznej. Z trendem – idącym zawsze w tym samym kierunku, ku wyżynom. Co za tym idzie: kojarzy się z bombastycznymi, fallicznymi wykresami, bo on musi sterczeć wysoko, a im wyżej tym lepiej. Z potrzebą osiągnięć, z wyrzynaniem konkurencji, która się gorzej „rozwija”. Oczywiście, skutecznym i racjonalnym wyrzynaniem.

Obok kapitalistycznej konkurencji i prymitywnego darwinizmu mam jeszcze drugie skojarzenie z „rozwojem”. Jest nią narracja judeo-chrześcijańska, popłuczyny starszych cywilizacji.  Jesteśmy zanurzeni w bajce (bez względu na to czy ktoś się z nią utożsamia czy nie), w której protagonistami jest Ktoś-kto-Wie i mały, zły człowiek, który wiedzieć nie może. Chrześcijaństwo podsuwa nam obraz grzesznego człowieka, skażonego u narodzin – jego uchybienia muszą zostać odkupione, jego grzechy wymazane przez Kogoś Wyżej. W tej narracji jest ktoś potężny, a przy tym mściwy i zazdrosny.  Ktoś z zewnątrz, kto przekazuje przez czarno odziane sługi, co jest złe i którego postać powstrzymuje przed grzechem. Więc sami, ową wielką figurę naśladując,  surowo oceniamy się i powstrzymujemy się od grzeszenia, zwyczajowo przynajmniej w pewnych okresach (Adwent). Żadnego podświadomego samo-oszustwa, za to całkiem uświadomione poczucie winy i skruszona minka by wyprzedzić cios (Tato, nie bij!). Stawka jest wysoka. Ktoś bowiem trzyma wyświechtany kajet, gdzie zapisuje i ocenia wszystkie nasze dzienne sprawy i maluczkie poczynania. Bóg chrześcijański każdego z nas oddzielnie osądzi i ukarze, ale też „kocha”, jak twierdzą specjaliści. Oto właściwe źródło rozkoszy: oceniający Bóg swego Syna posłał na śmierć… dla mnie, dla ciebie. Miłość czy nienawiść – to w każdym przypadku oznacza zainteresowanie Kogoś Potężnego takimi stworkami jak my. Strasznie jesteśmy ważni, czyż to nie łechce ego bełkoczącej pół-małpy? Łechce, ale i podtrzymuje narcystyczne przewrażliwienie, ból nękacza i nieodporność na cudzą opinię.  Musimy się zmieniać (czyt. ulepszać), bo tacy jacy się rodzimy – nadzy, zakrwawieni i bezbronni- do żadnego raju nie wejdziemy. No way. Daleko jesteśmy już od opowieści, która każe noworodka położyć na łonie Matki Ziemi.

Narracja chrześcijańska popełniła też i inny grzech wobec człowieczeństwa. Oddzieliła sacrum od profanum a sacrum sparametryzowała i wysiudała poza ludzki, namacalny świat. Stworzyła wizję bóstwa, które nie uznaje całości naszego ludzkiego doświadczenia. I tak, świętym bywa rozłożenie rąk w błogosławieństwie. Rozłożenie nóg w akcie seksualnym już święte być nie może. Nie ma niczego świętego w ptasim gównie (a jaka to cudowna praca jelit!), symbolicznie święta bywa za to spieczona mąka. Człowiek umiera, zwierzę zdycha zaledwie. Dostaliśmy też opowieść o życiu- projekcie: człowiek ma się stawać samoświadomy i „lepszy” w oczach Kogoś. I to widać w narracji o „rozwoju”: nie akceptuje się w niej oczywistych zjawisk (lęku, zastoju, zacofania, braku postępów, cykliczności) a czas dany nam na ziemi wykorzystany być powinien na zaprojektowanie siebie według powszechnie akceptowanych parametrów (patrz: pewność siebie, moda, „relacje”, sukces zawodowy, „uduchowienie” etc). Jesteśmy niewolnikami swojego własnego (tj. budowanego własnymi rękoma) projektu, swojej własnej klatki. Continue reading


Duchowość, Prawdziwe Ja… whatever

imagesGdy otrzymałam ten link od Czytelnika (pozdrawiam i kajam się, że tak długo komentarz się pisał) pomyślałam z zachwytem koprofaga nad kawałkiem wiecie-Państwo-czego „jaki piękny, wręcz doskonały, produkt masowej kultury indywidualizmu. Jaka cudowna ilustracja narcystycznego wątku naszych czasów, jaka perełeczka!:)”. Link odnosi do oferty „eksperta”, piszącego się Bogu-Sław, który porzucił życie korporacyjne na rzecz poszukiwań duchowych a po doznaniu oświecenia zaczął udzielać duchowego wsparcia maluczkim, którzy chcą odnaleźć swoje szczęście a raczej, jak pisze z rzygliwą, teatralną emfazą Autor: Szczęście.

Oferta i sama postać pana Bogu-Sława – wbrew pozorom luzackiej ekscentryczności i uduchowienia – wydaje mi się banalna i wpisuje się doskonale we współczesne miałkie prądy kulturowe. Bałdzo amełykańskie płądy: mamy tu american dream w postaci „prawdziwego sukcesu”, pustosłowne „prawdziwe Ja”,  Juniwers, njuejdż, to wredne unieszczęśliwiające ego, beeds-flowers-freedom-happiness…

I amełykański sukces: sprzedać totalne NIC za kupę całkiem realnej forsy.

Oferta nadana językiem cudownym, pełnym zapachów i podtekstów. A tam, gdzie nijak nie rozumiem, bo to język zbyt wonny i pusty, zaznaczam (lekceważąco, bo bezradnie) „whatever„. Przecież nie można zawężać sobie bramy poznania do jakichś tam znaczeń…

Kilka tagów, cytatów z książki Małgorzaty Jacyno, choć każde zdanie z podlinkowanej strony zasługiwałoby na pełny komentarz.

 

Prawdziwe Ja

W życiorysie pana Bogu-Sława czytamy:„Tam [na Hawajach] zaczęła się podróż do swojego wnętrza. Poprzez liczne Medytacje i pracę nad sobą, odpuszczałem warstwy obaw, ego oraz iluzje w których żyłem. Jednocześnie coraz bardziej poznawałem Prawdziwego Siebie.”

To Prawdziwe Ja (whatever) to przebój ostatnich czasów (wcześniej, zdaje się, była „dusza”). Jakże fajnie wpisuje się w świat sztuczności i reklamy. Nie jako odskocznia, ale „idealny produkt”. Jak w reklamie, która w życiu nie przedstawi prawdziwej (niedoskonałej) szynki i prawdziwego (jełczejącego mimo konserwantów) majonezu. Reklama pokazuje samą „szynkowość”, „majonezowość”, nasze wyobrażenie o „prawdziwości”. Symulakra udają – symulakrami będąc – „prawdziwość”, są destylatem prawdziwości, który poraża sztucznością. Podobnie jest z Prawdziwym Ja –  to „obiekt prawdziwy”, co nie znaczy idealny a będący raczej zbiorem naszych wyobrażeń, jak Ja powinno wyglądać.

Problem w tym, że samo pojęcie Ja jest dość iluzoryczne. Dziś – zgodnie z panującym sposobem opisu świata jako zdecentralizowanego, demokratycznego, pluralistycznego, płynnego, bez władzy zwierzchniej – w narracji psychoterapeutycznej mówi się raczej o tłumie wewnętrznych postaci (mindellowska POP)  a neurobiolodzy opisują mózg jako zbiór niezależnie od siebie działających ośrodków. Oczywiście owa iluzja jednego ośrodka wewnętrznej władzy jest jak najbardziej potrzebna, bo inaczej stalibyśmy się płynni jak schizofrenicy. Poczucie Ja przemienia się w naszym sztucznym świecie w Prawdziwe Ja, które ma być esencją, Graalem, czymś innym  niż wszystkie (nasze, bliskie) maski, jakie zakładamy wobec Innego. Ja jednak uważam, ze wszystkie nasze maski, Cienie i demony są jak najbardziej prawdziwą odpowiedzią na środowisko i nasze narracje. Jedyne, co możemy zrobić, to zmienić lajfstajl (co w zasadzie robi miły pan Bogu-Slaw) – nasze wewnętrzne postacie pójdą za nami wszędzie.

Oprócz „prawdziwości”, która zastyga w sztuczność, odnajdujemy w portrecie Autora pokłosie romantycznych idei szczęśliwego dzikusa (prawda, że pan Bogu-Sław na łonie natury wygląda na szczęśliwego?), naszych współczesnych fantazmatów „dobre bo naturalne” , tęsknot za „naturalnym , prostym życiem”, które tak naprawdę okazują się być jeszcze jedną maską, jeszcze jednym przebraniem, jeszcze jednym stylem życia do wyboru. A wybór siebie to dziś mus. Stoimy w samotności naszej dręczeni przymusem wyboru (nęka nas wizja „przegranego życia”, „życia bez rozwijających nas doświadczeń”). Zadręczeni przymusem samo-sterowania, samo-przedsiębiorczości, brania siebie i swoich spraw w swoje ręce, przymusem „rozwoju osobistego” (whatever), szukamy Prawdziwego Ja, gdyż wydaje się nam, że ktoś na zewnątrz nas steruje, przymusza, ogranicza, przytłacza, zamyka cudowny świat doświadczeń będących dziś najwyższą wartością. Niestety nie, jest jeszcze gorzej: sami się przymuszamy do wyboru, sami jesteśmy swoimi zarządzającymi, sami walimy się po głowie batem, gdy ciągle nie natrafiamy na nasze, te Prawdziwe, lajfstajl i twarz.

Racjonalizacja „sztuki życia”

W sytuacji przymusu wolności  przedmiotem wyboru  jest „dobre samopoczucie” (w wersji pana Bogu-Sława „Życie Lekkie, Przyjemne i pełne Pasji”). Życie jawi się jako projekt, zewnętrzna rzecz do obróbki. Rozwój- owo poszukiwanie „Prawdziwego Ja” – ma służyć szczęściu tu-i -teraz, najlepiej natychmiast. Sztuka życia została zracjonalizowana, życie podzielone na „obszary nad którymi się pracuje”. Pracuje się racjonalnie, skutecznymi terapiami, zorganizowanymi warsztatami, codzienną medytacją, najlepiej przy wsparciu eksperta.  Pod falbankami, koralikami i kadzidełkami ukrywa się cel czysto utylitarny i jednostkowy: „praca nad sobą” czy „duchowość” (whatever) mają nam służyć w drobnych aspektach codziennego życia. Continue reading


Naqoyqatsi

naqoyqatsiZłośliwa recenzja Jasia Kapeli książki pana Albińskiego Jak czuć się dobrze, gdy cię wywalą, bo że to się stanie, to pewne  dała mi asumpt do przemyśleń na temat intymnego związku (no dobra, perwersyjnej kopulacji) pomiędzy psychologią, państwem a kapitałem. W tytule książki mamy dwie strony: „czuć się dobrze” oraz „wywalą cię i to pewne”, scentrowane wokół wspólnego środka, naszego axis mundi: PRACY, który to środek organizuje nasze postrzeganie siebie i otoczenia. Wytresowani jesteśmy w odnoszeniu siebie do ideału produktywności. Bezrobotny, niepracujący/a, szukający pracy, wypalony zawodowo, pracujący na własny rachunek, na umowie, w pracy-misji, w pracy-pasji, w korporacji tej czy innej – to nas określa, więc i frustruje.

„Zdolność do pracy i miłości” – takie freudowskie motto pewnie wszyscy słyszeli w psychoterapeutycznym gabinecie. To definicja Zdrowia, Rzeczy świętej. Ten, kto jest niezdolny do pracy (lub/i miłości) powinien się „leczyć”, „pracować nad sobą”, wrócić do społeczeństwa i produktywności. Kto odmawia, jest „nieuleczalnie chorym”, buntownikiem, leserem, świnią żyjącą z cudzego trudu. Padają pytania: czy życie osoby chorej psychicznie ma sens? Czy taka aktywność jak siedzenie i patrzenie bezmyślnie w dal ma sens? Czy jeśli ktoś żyje z pomocy społecznej (czyli naszej) całe życie to tak -bezczelnie- może? Niegdyś ideałem była płodność (te wszystkie Wielkie Matki i Wielkie Penisy w kulturowych wariacjach wszelakich), potem zbawienie duszy (wiemy, kiedy) a potem: produktywność. I  grzech główny: nieprzystosowanie.

I tu wkracza na scenę nauka nowa, psychologia. Jej ścieżki pilnie trzymają się liberalizmu i kapitalizmu, gdy próbuje -od jakiegoś wieku- stawić czoła prostemu wyzwaniu: jak właściwie dostosować materiał ludzki do potrzeb Systemu, jak z człowieka wycisnąć najwięcej dla korporacji, państwa, życia społecznego. Psychologia, projekt polityczny i naukowy, dała narzędzia pomiaru różnic indywidualnych, dane zagregowała w nowe pojęcia i umożliwiła obiektywne racjonalne zarządzanie ludzkim subiektywnym światem. W obowiązującym dziś dyskursie neoliberalnym człowieczeństwo się mierzy, przedstawia na skali i zmienia, manipulując parametrami. A czy psychologia to pseudonauka, pytają niektórzy? – nie, metody statystyczne są naukowe, tylko pojecie człowieczeństwa jakby sfiksowało. Continue reading


Dzieci lepszego Boga

img_1700Akademia MAM przemyca pop-psychologiczne bzdurki w sosie ‚chrześcijańskim” czyli jedynie etycznym, jedynie słusznym, wyższym i obowiązującym. Ostatnio tak reklamuje seans o bogactwie: „Biedę i bogactwo mamy… w głowie. A potem w kieszeni a także w sercu. To układ zamknięty. Rządzą nami PRZEKONANIA które wcale nie są nasze choć oddalibyśmy za nie życie. Jak zobaczyć to czego nie widać… czyli PODświadomość? Jak się wyzbyć „prawd” nieprawdziwych …”

Oraz zaprasza na spotkanie z miłym młodym człowiekiem, ekspertem od źródlanie czystego chrześcijańskiego biznesu, autorem strony o rozwoju osobistym, z której kilka cytatów poniżej.  Bo żeby nie było, że czepiam się tylko azjatyckich kadzidełek, dziś o chrześcijańskiej drodze rozwoju i pomnażaniu… No, pomnażaniu.

Już na początku lektury czuję, że nie będzie łatwo:

„…większość najwybitniejszych idei została stworzona, gdy ich twórcy mieli 25-40 lat. Potem większość twórców leci z szablonu. Nie sam też wymyśliłem co należy robić w obliczu śmierci, lecz nauczyłem się tego od prawników i od pewnego 30-latka: Jezusa Chrystusa.” Continue reading


DIY

img_7968Psychoterapeuta Bogusław Włodawiec opublikował listę porad praktycznych dla osób przygotowujących się do terapii. Niestety, zrobił unik przed tematem obowiązującego pacjenta riserczu i kastingu (żeby nie natrafić  na wariata lub kłamczuszka). Omija też starannie fakt, że osoby poszkodowane w terapii nie otrzymają żadnego wsparcia, ani prawnego ani psychologicznego. Oraz to, że ból i zaangażowanie w terapię mogą być tak duże, że klient straci poczucie rzeczywistości, zdolność do pracy, zniszczy sobie relacje z bliskimi czy uzależni się od terapii. AD1)

Reasumując przekaz Autora: jeśli klient wytyczy sobie realny cel, niewiele będzie wymagać od terapeuty, nie będzie nalegać na określenie czasu trwania „leczenia”, zgodzi się na ból wspomnień, gadanie o dzieciństwie i behawioralne eksperymenty, poczyta podsunięte lektury, spisze przemyślenia i listy donikąd, to zwiększy prawdopodobieństwo osiągnięcia swojego celu w terapii. Psychoterapeuta pisze to „ze swojego doświadczenia”, nie cytując żadnych dowodów na to, że faktycznie takie zachowania mają wpływ (i jak duży) na trwałą korzyść z terapii. Szkoda.

Na pierwszy rzut oka, artykuł wydaje się logiczny: nie ma co oczekiwać cudu w gabinecie bez zaangażowania własnego.  Na drugi rzut oka: ugruntowuje obowiązujący, politycznie poprawny obraz terapii. A ten obraz wzbudza wśród klientów głębokie oczekiwanie… cudu właśnie. Continue reading


Pomyłka Orwella

12Orwell się pomylił pisząc Folwark Zwierzęcy. Na folwarku brakuje psycho-kaowca. Jest co prawda kruk Mojżesz, ale to inny ciężar gatunkowy.

Nie ma na folwarku nikogo, kto – bazując na autorytecie psychologicznego autorytetu- opowiadałby owcom takie bajki:
(fragmenty artykułów:  portal www.zwierciadlo.pl)
………………
Badania przeprowadzone w Brigham Young University pokazały, że pracownicy, którzy wierzą w sukces oraz w jego głębszy sens nazywany misją, są bardziej skuteczni, wydajni i osiągają swoje cele… Okazuje się, że gdy wiara w misję firmy bądź marki jest silna, lepsze są wyniki finansowe. … Jeśli wierzymy, że to co robimy jest dobre, mamy najlepszą motywację do pracy. Ludzie potrzebują idei. … Najlepszym kapitałem jest wierzący w misję pracownik.

lub też, gdy nie masz szans na urlop: Continue reading


Niewolnik

img_1189Losowi dziękuję, że są tacy dobrzy ludzie na świecie, którzy za innych odwalą brudną robotę. Wpis coacha Przemysłowa Bajno uchronił mnie przed niezjadliwą lekturą podręczników samorozwoju. Bo, faktycznie, po przejrzeniu kilku stwierdziłam, że wszystkie mówią o tym samym.

http://przemyslawbajno.pl/2012/10/tresc-wiekszosci-ksiazek-o-samorozwoju-czesc-1/
http://przemyslawbajno.pl/2012/10/tresc-wiekszosci-ksiazek-o-samorozwoju-czesc-2/
A mówią takie mądrości:
1. Ty tworzysz swoje życie
2. To Ty sprawiasz, że czujesz się tak jak się czujesz!
3. Żyj tu i teraz
4. Bądź wdzięczny za to co masz
5. Odnajdź swoją misję życiową
6. Udawaj dopóki to się nie stanie twoim życiem Continue reading


Uwodzenie bezwstydem

022Krytyka Polityczna na swoich łamach zamieściła wywiad z Tomaszem Sową, trenerem NLP i NLS. Motywem przewodnim wywiadu jest wstyd („Wszyscy się wstydzą”), NLP, neurolingwistyczne uwodzenie NLSeduction oraz „rozwój duchowy”. Krytyce Politycznej wiele można zarzucić: krótkowzroczność polityczną i społeczną, rozdęty intelektualizm, naiwne ideologizowanie czy śmieszne w XXI wieku odwołania do psychoanalizy. Krytyka rzadko spadała jednak do poziomu brukowca. Na portalu, obok promocji NLP, mości się dział pt. Nauka oraz artykuły o równouprawnieniu, co nadaje całości rys komiczny. Odwołania, nawet ironiczne, do ludzkiego cynizmu na portalu z ambicjami cynizm nobilituje a ambicje ośmiesza. Ale nie powiem Krytyce: wstyd. Powiem: uwolnijcie się od wstydu, przekroczcie ograniczenia na drodze nieskończonego rozwoju! Krytyka zbliżyła się (wreszcie!) do ludu, do plebejskiego poziomu łóżkowego. Uśmiałam się, chcę więcej takich „ciekawych osób”, może coś o zaginaniu łyżeczek, rozmiarach członka, no i gdzie horoskop codzienny?!!

Ale Krytyka niech się sama o swój image martwi, skoro – jak guru NLP głoszą- „nie ma błędów są tylko doświadczenia”. Mnie zafascynowały życiowe mądrości, nomen omen, Tomasza Sowy. Continue reading


Asertywność nie działa

019W prywatnej nomenklaturze nazywam asertywność sztucznością i odmianą współczesnego chamstwa. Rymuje się z ideałem „autentyczności” i emocjoholizmem, z przekonaniem, że człowiek- nawet działając sam- ma zawsze rację a jego „autentyczność” jest moralnie słuszna bo „jego”. Ale że teraz manipulacja, pewność siebie, wysilane „bycie sobą” i osiaganie swoich celów bez względu na społeczne koszty są na topie jako rozwiązanie wszystkich naszych bolączek, robię bohaterski rachunek sumienia wg listy z Mętnego Lustra.
Wychodzi fatalnie.

Continue reading