O współczesnej rodzinie

modliszkiDziś cytat z „Kultury indywidualizmu” Małgorzaty Jacyno. A w tle:  przepychanki wokół „konwencji o przeciwdziałaniu przemocy”, lotne brygady pożytecznych idiotów szczutych na rodziców płaczących maluchów, bajki dla dzieci o psychopatycznym ojcu, „społeczne kampanie” z hasłami nie podzielanymi przez połowę społeczeństwa, totalitarne pomysły na niszczenie zaufania i codzienne, stałe doniesienia o porażkach opieki społecznej w walce z faktyczną krzywdą i biedą. Czy zwariowaliśmy już wszyscy? Jasne, można się z moją rezerwą nie zgadzać, ale prośbę mam:  by cofnąć się o krok i spojrzeć na nasze wspólne szaleństwo, nasz spocony wspólny koszmar powszedni, chłodnym okiem socjologii.

„Zarówno żywione przez purytan oczekiwanie, że rodzina będzie azylem, jak i romantyczne nadzieje związane z możliwością osobistego rozwoju, stały się źródłem instrumentalizacji rodziny przez jednostki. Odtąd rodzina będzie „prześwietlana” właśnie bez względu na te roszczenia uprawomocnione zresztą przez nową dyscyplinę, tj psychologię. Tak oto przez poszukiwanie azylu, ale i przez „poszukiwanie miłości” i pragnienie „porozumienia dusz” wkrada się do rodziny proces racjonalizacji. Paradoksalnie więc triumf miłości romantycznej bezpośrednio przyczynił się do podkopania trwałości więzi rodzinnych. Relacje między członkami rodziny przestają być bowiem oczywiste i samozrozumiałe. Oczywiste i samozrozumiałe stają się przede wszystkim jedynie pragnienia jaźni. Jaźń nie może już bezwarunkowo poddać się dyscyplinie rodziny. Dyscyplinuje ją najpierw psyche-ologia, która każe jaźni dochować najpierw wierności sobie samej.

Zracjonalizowanie życia rodzinnego wiąże się także z upadkiem „domeny kobiety” (Ch. Lasch  Haven in a Heartless World, 1979, R. Bellah Habits of the Heart. Individualism and Commitment in American Life 1985). Dom przestaje być królestwem kobiety, nie dlatego jednak, że ów anioł pocieszyciel coraz częściej decyduje się na pracę zawodową. Największe znaczenie dla tej abdykacji ma sprzymierzenie się ze specjalistami, którzy wspierają kobietę naukowymi poradami w zakresie wychowania dzieci, gotowania i prowadzenia domu. Wyemancypowana i uwolniona spod władzy męża kobieta popada, według Lascha, w nową zależność – zależność od ekspertów. Stało się tak dlatego, że to, co było wcześniej elementem potocznej wiedzy i przekazywanej tradycji, zostaje sproblematyzowane i jest już obiektem racjonalizacji. Upadek „królestwa” kobiety prowadzi ostatecznie do profesjonalizacji roli matki. Bycie matką, podobnie jak inne role w świecie, wymaga „kwalifikacji”. Wychowanie dzieci przestaje być kwestią „instynktu macierzyńskiego”. Profesjonalizacja ról rodzicielskich wpisuje się zatem wyraźnie w logikę procesu racjonalizacji. Continue reading


Matka na uwięzi

img_2198Zwrócił moją uwagę wywiad z psychoterapeutką Olgą Kersten-Matwin  „Uwolnić matkę” oraz komentarze do niego. W wywiadzie padają ważne słowa, które wzbudziły oburzenie ideologów spod znaku „kształtują nas rodzice”:

„Powiem pani, że mam dość słuchania o toksycznych rodzicach i o tym, co zrobić, by się z tych „toksycznych” kontaktów uwolnić. Takie podejście wyrządza krzywdę naszym relacjom z matkami i ojcami. Ludzie szukają winnych swoich porażek – niepowodzeń, zachowań, a nawet kompleksów – na zewnątrz. W ten sposób zwalniają się z obowiązku zajęcia się sobą i własnym życiem… przeciwstawiam się temu wpędzaniu matek w poczucie winy. Lubimy się w ten sposób usprawiedliwiać, powiedzieć na przykład: „Byłam zdominowana przez matkę, a teraz boję się szefa”, „Ona mnie krytykowała, więc to jej wina, że nie wierzę we własne możliwości”, „Całe życie buntowałam się przeciwko matce, teraz nie radzę sobie w związkach z innymi ludźmi”. Nie zdajemy sobie sprawy, że przerzucenie na innych odpowiedzialności za to, jakie jesteśmy, sprawia, że stoimy w miejscu i się nie rozwijamy. Ale obwiniamy, bo nie umiemy inaczej albo jest nam tak wygodniej.” Continue reading


Uroboros na miarę naszych czasów

Wyciągnęłam z przepastnych archiwów stary tekst o historycznym i społecznym rozwoju psychoterapii w Polsce. A zadałam sobie tyle trudu (mam kosmiczny bałagan w notatkach) dlatego, że niektórzy zarzucają mi, że przesadzam z tym „systemem nacisku o twarzy miłego terapeuty”, z tą psychologią-religią, psychoterapią-protezą; że sama mam „coś nie przerobionego” i że myślę paranoicznie. Ba! dostałam nawet kiedyś błyskotliwą diagnozę schizofrenii! To, co u siebie dostrzegam to raczej objawy postępującej sklerozy a nie choroby psychicznej, która dałaby mi szansę na rentę i wyjście z matriksa. Helas.

uroborosCzuję się jednak wyalienowana, głosząc poglądy inne od poglądów entuzjastów rozwoju osobistego. A że jestem zerem-anonimowym laikiem, więc posłużę się słowami autorytetu uznawanego przez entuzjastów, Wojciecha Eichelbergera. Wywiad po tytułem ” Modny czubek świata” ukazał się -że tak powiem- w organie pana E.

Do rzeczy: początki psychoterapii w Polsce Wojciech Eichelberger wytycza na lata siedemdziesiąte. Ab ovo oznacza „od Rasztowa psychiatry Andrzeja Malewskiego”: „Ideolodzy PRL-u przymykali nań oczy, bo mówiono im, że chodzi o przygotowywanie ludzi do pracy w kolektywie (psychoterapia odbywała się w grupach). Wśród studentów psychologii Rasztów był otoczony nimbem elitarności, tajemniczości”. Dzisiaj wspomniany Rasztów budzi uśmiech politowania (tak dziwnie reagowały moje terapeutki, eleganckim kaszelkiem jakby?). Nauczona złym doświadczeniem omijam pogrążonych w psychoanalitycznych fantazjach wychowanków Rasztowa szerokim łukiem. Doprawdy, „nimb tajemniczości” i chwała pionierstwa nie zastąpią dziś naukowej wiedzy ani zwykłej ludzkiej empatii. Sic transit gloria mundi. Continue reading


Rodzice w terapii

011Pop-psychologiczny mit rodziny jest jak miecz obosieczny. Nasza rodzina pochodzenia musi być „wystarczająco dobra”, żebyśmy nie zwariowali, mieli „dobry obraz siebie”, „zdrowe związki”, umieli „stawiać granice”, no i nie zostali Hitlerami (patrz Alice Miller). Wszystkie klęski życiowe mają ponoć źródło w pielęgnowanym w naszej nieświadomości „obrazie rodziców”, w nieuświadamianych błędnych „schematach poznawczych”, które nabyliśmy od „toksycznych rodziców”  a „ciało pamięta” wszystkie świństwa jakie nam zrobiono („Nie bądź bezpieczny, Ciało pamięta”). Co oczywiście jest półprawdą, ponieważ na naszą osobowość i działanie wpływa cała masa czynników i nie stwierdzono jednoznacznego związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy „niewystarczająco dobrym domem” a dalszym życiem delikwenta. Za to dzisiejsi super-uświadomieni rodzice starają się bardzo, aż tak bardzo, że dzieci mieć nie chcą (i ja ich doskonale rozumiem). A dorosłe dzieci w gabinetach budują w sobie trwałą tożsamość skrzywdzonego po to, żeby „żyć lepiej”. W tym kontekście perspektywa „przepracowania relacji z rodzicami” to obietnica wiecznego szczęścia i przyszłego braku problemów. Któż by się na to nie nabrał? Continue reading


Rodzice-źródło naszych kłopotów?

img_1077Czyli parafraza freudowskiego „Kultura jako źródło cierpień”. Tym, którzy uwierzyli fałszywym prorokom, że nie można dobrze żyć, gdy „mamusia była toksyczna” i czują się wyjątkowi, bo rodzice zgotowali im TAKI straszny los, dedykuję kolejny fragment książki Psychologia jako religia:

„[…] Antyrodzinne skutki selfizmu są potęgowane przez dominujące teoretyczne nastawienie przeciw rodzicom. Nastawienie to pojawiło się z chwilą, kiedy Freud wystąpił z koncepcją kompleksu Edypa1): że silna nienawiść między synem a ojcem, po raz pierwszy ujawniająca się w wieku około czterech lat, jest podstawowym i uniwersalnym doświadczeniem, jeśli chodzi o kształtowanie się osobowości mężczyzny. Nie bardzo wiadomo, co ojciec zrobił, by zasłużyć sobie na tę nienawiść. Pewnie chodzi o to, że poślubił matkę dziecka i że jest wielki. Edypalna wrogość może zostać zneutralizowana na różne sposoby, na przykład poprzez strach. Jednak u wielu osób, jak się zakłada, pozostaje aktywna przez całe życie, a ponadto zawsze może ponownie się ujawnić. Zarówno we freudowskiej, jak i w selfistycznej terapii, nie ma odpowiedniego nacisku na miłość ojca, choć przejawy takiej miłości są powszechne. Continue reading


Nie bądź dziecinny

Jednym z elementów klimatu poznawczego, jakim oddychamy, jest przekonanie o potężnym, wręcz deterministycznym wpływie doświadczeń wczesnodziecięcych i dziecięcych na nasze dorosłe życie. Doświadczenia dzieciństwa mają być – od „odkryć” psychoanalizy – przyczyną chorób i zaburzeń psychicznych a tropienie wczesnodziecięcych traum (np. sceny pierwotnej) -zadaniem psychoanalityka. Pop-psychologiczny nurt karmi nas do dziś wizją „bagażu dzieciństwa”, „toksycznych rodziców”, „nieświadomych scenariuszy”, „wypartych wspomnień” etc, z czym musimy się uporać, żeby osiągnąć szczęście osoby dojrzałej o zastygłej osobowości. Przekaz w skrócie jest taki: jeśli się nam nie powodzi w życiu, jest to wina naszych rodziców a osoby zaburzone psychicznie miały z pewnością ciężkie dzieciństwo. Prawda, o ile jest człowiekowi dostępna, jest zupełnie inna i bardziej złożona: Continue reading


Kolorowe Klocki

Czytuję Zwierciadło, owszem. Ironicznie powiem, że to doskonałe źródło inspiracji do psycho-kit. Tym razem znalazłam w tym czasopiśmie tak rzadki tam głos rozsądku: nie nadużywaj (cierpliwości) psychologa dziecięcego!

To nadużywanie mnie nie dziwi. Od stu lat psycholodzy i pedagodzy nauczają masy jak dziecko wychowywać: karmić czy nie karmić na żądanie, przytulać nie przytulać, reagować nie reagować, gdy płacze, rozwiązywać nie rozwiązywać dziecięce problemy, stawiać nie stawiać granic etc. Odpowiedzi- w zależności od opcji ideologicznej- są oczywiście różne. Continue reading