Bezmiłość dojrzała

Pop-psychologiczny ideał „miłości dojrzałej” przypomina mi opis „czystej relacji” A. Giddensa. W skrócie: w „czystą relację” wchodzi się dla własnego zysku (cokolwiek by to nie było) i opuszcza ją, gdy przestaje dostarczać satysfakcji. To przeniesienie modelu konsumpcji. Lecz nie tylko. Mamy w nim ludzi-zabawki, którzy w zalewającym ich „płynnym świecie” drżą by nie zostać ludźmi-odpadami. Im bardziej drżą, tym bardziej są samotni, bo tym ostrożniej kalkulują w tej płynności ryzyko miłosnego zaangażowania oraz relacyjny rachunek zysków i strat. A pop-psychologiczne zalecenia, jak osiągnąć „dojrzałą miłość”, mam wrażenie, paradoksalnie gdzieś gubią miłość po drodze i stają się parawanem, wymówką na wypadek niepowodzenia w intymnej relacji. Podtrzymują i odzwierciedlają jednocześnie „płynność” tego świata, niestabilność współczesnych relacji.

Wizja związków (i nie tylko związków) sprzedawana przez psycho-guru bazuje na obserwacji ludzi nie radzących sobie (okresowo) z rzeczywistością, czyli klientów gabinetów terapeutycznych. Pewnie dlatego taki prosty, taki dziwny ten obraz: zdrada w nim „konstruktywna”, kobiety wiecznie uciśnione, wszyscy uzależnieni od „toksycznych związków” czy pozbawieni poczucia wartości a rozwiązłość czy poliamoria w niej normą. Faktycznie, „miłość jako potęga chorobotwórcza”. Przyjrzyjmy się takiemu oto złudzeniu klinicysty: z wypowiedzi psycholożki Katarzyny Miller wynika, że 2-3% związków jest „naprawdę szczęśliwych”. No i ta definicja Naprawdę Szczęścia: „Jest niewielki procent par, które są pogodne, lubią się, nie marudzą i cieszą się z tego, co mają”. Dziwna w tej prostej definicji nieznośna lekkość bytu, która, unosząc, oddala nas od człowieczeństwa. Z pewnością wobec majestatu Życia obejmującego cierpienie, choroby, śmierć, różnorodność i głęboką tajemnicę człowieczeństwa „pogoda” jest właściwą postawą. Zwłaszcza wobec zdrady, pogrzebów i w rodzinach alkoholików.

Uogólnień z własnych obserwacji wyprowadzać nie można, moje spostrzeżenia są zupełnie inne niż pani Miller. Prędzej już z upraszczających rzeczywistość statystyk rozwodów  i puli singli (1. 2.) . Może to i dobrze, że trwałych związków mało, bowiem dowiaduję się dalej od tej miłej psycholożki, że „rodzina jest źródłem całej patologii”. To, że ludzie sobie bliscy z większym prawdopodobieństwem się poranią jest oczywiste, ale aż przyczyna „całej patologii”? Więc w sumie przestaję się dziwić że pop-psychologiczna wizja „dojrzałej miłości” związkom nie sprzyja. Widać, nie angażując się w trwałe związki a „kochając siebie” czy turlając się niezobowiązująco z jednego obcego łóżka do drugiego likwidujemy korzenie patologii, co jest niezwykle cenne. „Na szczęście ta nasza głupia cywilizacja przynajmniej wymyśliła psychoterapeutów”, czytam wywiad dalej. Na szczęście. Więc, jeśli masz jakieś durne potrzeby kochania i bycia kochaną/ym, zapłać za sesję a mamusia psycholożka cię przytuli do obfitej piersi i nauczy jak komunikować najtwojsze potrzeby. Choć niechętnie, bo jak przyznaje, wolałaby zajmować się ogrodem.

A jakie to rady daje się współczesnym poszukiwaczom miłości? Są to niewątpliwie dobre rady dla osób o chorobliwie zaburzonej samoocenie i z uporem wchodzących w patologiczne układy. Jednak aplikowane osobom normalnie funkcjonującym czynią z nich istoty oschłe, egoistyczne i nieczułe. A więc myślę: używać po krytycznym oglądzie. Tych zaleceń jest mnóstwo, sprowadzić je można do kilku często powtarzających się punktów, wirujących wokół potrzeby kontroli (możesz mieć wpływ na czyjąś miłość) i egocentryzmu (ta bliskość trochę przereklamowana, będę z kimś tylko na chwilę ale ze sobą całe życie…).

Po pierwsze: pokochaj siebie.

Kochaj bliźniego jak siebie samego– zaczyna się współcześnie od siebie samego i… na tym kończy. Współczesny ideał miłości ma się opierać na tym, że najpierw „rozwijamy” siebie, koncentrujemy się na swoich potrzebach, „przerabiamy” dzieciństwo” żeby się nam nie odbijało czkawką i projekcjami. Jeśli cierpisz z tęsknoty za miłością drugiego człowieka i jesteś samotny – to dlatego, że się nie kochasz sam, powiedzą pop-psycholodzy.1) Pracuj nad sobą, zakorkuj sam swoją pustkę, utul się samokołysanką, stań się emocjonalnie niezależny i nie mów, że kogoś potrzebujesz, bo to (ponoć) oznaka niedojrzałości. Zrób z siebie pełnię, która nikogo nie potrzebuje. Kup sobie (psychiczny… a zresztą jaki chcesz) wibrator i dmuchaną lalę. No i dopiero wtedy poszukaj kogoś podobnego, żeby stworzyć z nim „świadomy związek” dwojga onanistów.

Wiliam Kirk Kilpatrick, amerykański profesor psychologii, celnie, jak mi się zdaje, krytykuje taką postawę: „Miłość, jeśli oznacza ona stawanie się kimś, kto jest emocjonalnie ponad tym wszystkim, w rzeczywistości nie jest miłością, lecz schlebianiem sobie. I nie jest ona komplementem dla osoby, którą kochamy. Kto chce być kochany w sposób całkowicie bezinteresowny? Kto chce być przedmiotem miłości, która nie chce ani nie potrzebuje niczego, co moglibyśmy dać w zamian? Chcielibyśmy czuć, że jesteśmy potrzebni, a nie tylko korzystać z czyjegoś miłosierdzia. […] Faktem jest, że jesteśmy naprawdę w potrzebie, naprawdę potrzebujemy uzupełnienia.”

Dziś to nawet wstyd się przyznać… Przyznanie, że potrzebuje się kogoś innego, bliskiego, jest powodem do wstydu,  przyznaniem się do słabości. Jednak czy nie ma w tym „pokochaj się sam” czegoś żałosnego: pokochaj się sam, bo ani rodzice cię nie kochali ani nikt inny nie przystanie na swojej drodze, aby cię pokochać…? Czy źródłem tego zalecenia nie jest aby rozpacz?

Po drugie: nie oddawaj ani piędzi pola swojej wolności ani godności.

Twój rozwój, twoje ego, twoja twarz są najważniejsze. Łykając ideały psychoterapeutów, zbudowane na obserwacji zaburzeń, zaindukowano nam obsesyjny strach przed stałością, zaangażowaniem, zobowiązaniem, czyli „wchłonięciem”, „uwikłaniem”, „uzależnieniem”, „nudą”. To prawda: im bardziej jesteśmy psychicznie niezależni, tym mniej zaangażowani w związek i przez to w relacji silniejsi. Zawsze pierwsi możemy dumnie wyjść trzaskając drzwiami i zniszczenie My będzie nas bolało mniej. Albo wcale, tak jak przebojowych narcyzów: oni nie odczuwają smutku i lansują takie zachowania jako normę (prawda, że kusi szarego człowieka  smutku-nie-odczuwanie?). Ale czy to jest jeszcze związek czy walka kruchego ego o terytorium?  Zabawa „mam swoje zabawki, ty masz swoje” jest ciągle zabawą, nawet dla każdego „rozwojową”, ale już nie we dwoje. Czasem tylko dziecko (dorosłe też) patrzy na takie zabawy stojąc miedzy rodzicami, przerażone, że świat to lotne piaski.
Pisze (dla zaawansowanych) Thomas Merton: „Nie znajdziemy nigdy szczęścia, szukając go wyłącznie dla siebie. Jeśliby miało być pomniejszone przez dzielenie go z innymi, to nie byłoby dość wielkie, aby nas móc nasycić. W zadowoleniu własnego „ja” mieści się chwilowe i fałszywe szczęście, ale ono zawsze prowadzi do cierpienia, ponieważ wyniszcza i zacieśnia ducha. Prawdziwe szczęście znajduje się jedynie w niesamolubnej miłości, takiej, która wzrasta w udzielania się innym… W bezinteresownym wysiłku najpełniej też rozwijamy nasze zdolności istnienia i działania”.

Po trzecie: bez dojrzałości nic ze związku nie będzie.

Statystyki pokazują, że im później zawarty związek, tym bardziej trwały. Przyczyną takiego stanu rzeczy może być wzajemna akceptacja, brak poczucia atrakcyjności lub też realne poczucie, że jesteśmy krusi i potrzebujemy siebie nawzajem, żeby się w życiu podtrzymać.

Pojęcie dojrzałości daje nam pewne złudzenie stabilności: wydaje się, że jak już wejdziemy na poziom „dojrzały” to będzie zawsze pięknie. Tymczasem tak nie jest: nie ma jednego Ja i ciągle poszukujemy równowagi wobec zmieniającej się rzeczywistości. Nie znam nikogo, kto stale występowałby w masce Dorosłego. Zdaję sobie sprawę, że w związku odgrywam różne zmienne role: bywam Dzieckiem Rozbawionym i Marudnym, Zbuntowanym Nastolatkiem, Matką, Ojcem, Siostrą, Zimną Suką, Logistykiem czy Wioskowym Filozofem (to, ubolewamy, nader często). Bywam Uwięzioną Księżniczką a mój mężczyzna Księciem ze Bajki. Z pewnością byłam (jestem) infantylna i nie miałam „niczego przerobionego”, gdy poznałam mojego partnera mając naście lat. Teraz – kilka dekad, tysiąc kłótni, fochów i rozmów później – nadal pytamy, czy kiedyś będziemy dorośli? Może po dziewięćdziesiątce? Obawiam się, że po osiągnięciu mitycznej dojrzałości (o ile) nie będzie już czasu na miłość a czas na wieczne lulu. Nic nie stoi na przeszkodzie by „dojrzewać” nieco wcześniej. I razem.

Po czwarte, miłość jest do nauczenia.

Z pewnością wymaga pewnego poziomu samoświadomości. Ale wieje już tutaj przekonaniem całkowicie nierealnym i będącym źródłem frustracji, że nasze życie zależy od nas całkowicie i że we wszystkim mamy wybór. Podprogowy przekaz brzmi: jeśli jesteś sam, widać za mało pracujesz, nie nauczyłeś się i nie dorosłeś do ideału (i pracuj płacąc spółce psychobiznes). Ale to nieprawda. Związków nie tworzą żadne ideały, ale żywi, jak najbardziej błądzący ludzie. Tu nie mam argumentów. Wystarczy się rozejrzeć.

****

Mam wrażenie, że owa pop-psychologiczna „miłość”, w której taki nacisk na bezkompromisowość, niezależność i egoizm żadną miłością ani dojrzałością nie jest. Jest za to pewną manipulacją językiem, pojęciami. Z pouczeń psycholożki Katarzyny Miller: „Grzeczne dziewczynki wynoszą z domu mnóstwo błędnych przekonań. Na przykład: „Żeby się z nim puknąć, muszę go kochać”. A więc dobra matka mówi: „Próbuj, sprawdzaj, co lubisz. Chcesz się puknąć z tym chłopakiem, to się puknij, chcesz z tamtym, to też”. Nie ma w tym egoizmie i wypróbowywaniu nowej rzeczy pt. „chłopak” ani intymności ani namiętności ani zaangażowania, czyli naukowo frywolną rzecz ujmując, czynników miłości opisanych przez Sternberga. Nie ma w tym ukierunkowania, by drugiego człowieka nie używać do swoich celów i używaniem nie naruszyć jego godności. Nie ma w tym „pukaniu” nic do podziału, niczego nie przybywa ubywając ani nie ma żadnego dbania o czyjeś dobro oprócz swojego.

Nie wyrzucałabym na śmietnik historii ani społecznych ról ani poświęcenia ani siły woli, zaangażowania. Ani księżniczek (dziś zołziałych i niedorżniętych) i rycerzy (dziś niedocenionych), ani intymności (ech, ta moda na molestowanie innych swoim życiem seksualnym), ani też tęsknoty za romantyczną bliskością i stałością, tak wykpiwanych przez panią Miller. Cytując Majewską: „Nie wyrzuca się na śmietnik snów i wzruszeń”. Cyniczne wyśmiewanie ludzkich potrzeb, tęsknot i marzeń – cóż, nie chcę być Kasandrą – zwiastuje zmierzch cywilizacji.

Tak długo jak płaczemy nad Butterfly Lovers, wzruszamy się pięknem emocji zaklętych w muzyce, tak długo jak w rzadkich porywach wychodzimy ponad swoje rozdęte a przewrażliwione ego, by stworzyć z kimś innym nową trwałą jakość, to życie- samo w sobie pozbawione sensu, losowe – nabiera wartości. Wymiarów na nasze śmiesznie małe człowieczeństwo.

 

Ad1. Pożądanie, potrzeba jako źródło frustracji? Własna „droga ku oświeceniu” z nieludzkim, bo biernym współczuciem wobec innych? Ideał wręcz boskiej obojętności? Związki współczesnej pop-psychologii z filozofią buddyzmu są ogromne, warto się kiedyś tematowi przyjrzeć.

Źródła

http://milosc-mlodziezy.eprace.edu.pl/272,Trojczynnikowa_koncepcja_milosci_R._Sternberga.html
Trójczynnikowa koncepcja miłości R. Sternberga

Wiliam Kirk Kilpatrick, Psychologiczne uwiedzenie, W drodze, Poznań 2007

Thomas Merton, Nikt nie jest samotna wyspą, Znak 1960

http://www.psychologia.net.pl/artykul.php?level=659
Dominika Ochnik, Tożsamość społeczna singli

http://kobieta.interia.pl/kuchnia/przekaski/news-od-milosci-toksycznej-do-milosci-dojrzalej,nId,413546

http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,4102  Joanna Szumowska, Rzecz o ryzyku, racjonalności i emocjach

Dodaj komentarz