Cudne manowce

„Żałosne”, pomyślałam przelatując wzrokiem zwierciadlany tekst pt. „Ludzie odporni na zmianę. Na czym polega „pseudorozwój?” . Żałosne, bo artykuł używa głosu kogoś, kto mówi jak żyć, by przekazać, że dorosły człowiek nie potrzebuje nikogo, kto mówi jak żyć. Żałosne jest również to, że rozszerza się nam definicję zdrowia. Freud pisał, że zdrowy człowiek zdolny jest do pracy i miłości, co brzmi teraz: zdrowy człowiek jest w stanie nawiązać i podtrzymać więzi w tym „więź terapeutyczną”. Tak, posłuszne dziecko epoki nie zrywa więzi terapeutycznych i pokornie ssie krowę-terapię, by się „zmienić”.

Właśnie: „zmienić”! Jest w tym tekście coś jeszcze bardziej żałosnego: użycie magicznego pojęcia „rozwoju”. W rzeczywistości trudno bowiem nie dostrzec zjawiska uzależnienia od „terapii”, klęski współczesnej narcystycznej koncepcji „rozwoju osobistego” czy zignorować obecność na rynku cudów wszelkiej maści terapeutów i szarlatanów. Więc -aby wyjść z twarzą- psychobiznesmeni odwracają kota ogonem: gdy terapia nie działa, to trzeba terapeutyzować się jeszcze dogłębniej, bo obok terapii mamy „pseudoterapie”, zamiast zmian mamy „pseudozmianę” a zamiast „szczerej pracy nad sobą” pokazuje gębę „nieszczera praca nad sobą”. Rozwój pozostaje wartością niepodważalną. Ale jeśli jest on mało rozwojowy- to znaczy, że jest to „pseudorozwój”. Proste.

Oczywiście, od psycholożki Moniki Jędrowskiej nie wymagam, żeby krytycznie odniosła się do koncepcji „rozwoju”, która stanowi podstawę jej zawodu. Żeby porzuciła wyuczone myślenie schematami – które to schematy sprzedaje czytelnikom, jakby ci nie mieli własnych głów. Nie jestem (no, jawnie, bo skrycie tak) aż taką sadystką. Ale nieśmiało zauważam – bo co ja tam przy takich mądrych „psycholożkach” wiem –  że w takiej koncepcji (rozwój to czy pseudorozwój, pal licho) zamiast życia mamy pseudo-życie. Całe obszary przeszłych doświadczeń, fantazji, fałszywych ścieżek, pomyłek, głupoty, snów wstydliwych i nieracjonalnych poczynań mają przecież zostać zanegowane w procesie „zmiany” i zaetykietowane jako „nierozwojowe”/”nieadekwatne”. Bohaterką zwierciadlanego tekstu jest niejaka Magda, która „nigdy tak naprawdę nie pracowała nad sobą, chociaż spędziła siedem lat z przekonaniem, że nieustannie się zmienia.” W oczach psychoterapeutki Magda zmarnowała siedem lat na: roczną grupę terapeutyczną, szkołę kołczingu, zajęcia jogi, air jogi, trening interpersonalny, pracę z ciałem Lowena, warsztaty oddychania. Teraz „pracuje” w indywidualnej terapii. Nie wiadomo jednak, na ile zmiana wypracowywana w tej kolejnej, jedynie słusznej i a priori skutecznej terapii okaże się trwała. Może kogoś rozczaruję, ale napiszę wprost z doświadczeń głowy siwej: za każdym „rozwojem”, rozszerzeniem percepcji, za każdym progiem idzie kolejne ograniczenie, kolejny ból. Za jedną siną dalą – druga dal; za jednym mocnym chłodem – drugi chłód…  Tak wygląda życie. Nie ma wiecznej stabilizacji, nawet po skutecznej, certyfikowanej terapii – czyli tego mirażu, jaki obiecują psychobiznesmeni. To szkodliwe kłamstwo.

Jasne jest, że zmiana wpisuje się w ludzkie życie.  Co żywe, zmienia się; a zmienia się, bo żyje. Nihil novi, czystej wody banał. Koło Fortuny, karty Tarota – takimi obrazami kiedyś o tym opowiadano. Dziś „zmiana” oznacza nielogicznie „rozwój” a narracja „skutecznego rozwoju” jaśnie panuje ku naszemu utrapieniu.

Przyznam, że jak słyszę słowo „rozwój” robi mi się z lekka niedobrze, podobnie jak przy słowie „szczęście”. Od razu kojarzy mi się ze „zrównoważonym rozwojem”, czyli kapitalistyczną iluzją, że można zjeść ciasteczko i mieć ciasteczko. Z tabelkami – bo jakoś ten rozwój trzeba zanotować, uwiecznić. Z pojęciem zmiany linearnej, niecyklicznej. Z trendem – idącym zawsze w tym samym kierunku, ku wyżynom. Co za tym idzie: kojarzy się z bombastycznymi, fallicznymi wykresami, bo on musi sterczeć wysoko, a im wyżej tym lepiej. Z potrzebą osiągnięć, z wyrzynaniem konkurencji, która się gorzej „rozwija”. Oczywiście, skutecznym i racjonalnym wyrzynaniem.

Obok kapitalistycznej konkurencji i prymitywnego darwinizmu mam jeszcze drugie skojarzenie z „rozwojem”. Jest nią narracja judeo-chrześcijańska, popłuczyny starszych cywilizacji.  Jesteśmy zanurzeni w bajce (bez względu na to czy ktoś się z nią utożsamia czy nie), w której protagonistami jest Ktoś-kto-Wie i mały, zły człowiek, który wiedzieć nie może. Chrześcijaństwo podsuwa nam obraz grzesznego człowieka, skażonego u narodzin – jego uchybienia muszą zostać odkupione, jego grzechy wymazane przez Kogoś Wyżej. W tej narracji jest ktoś potężny, a przy tym mściwy i zazdrosny.  Ktoś z zewnątrz, kto przekazuje przez czarno odziane sługi, co jest złe i którego postać powstrzymuje przed grzechem. Więc sami, ową wielką figurę naśladując,  surowo oceniamy się i powstrzymujemy się od grzeszenia, zwyczajowo przynajmniej w pewnych okresach (Adwent). Żadnego podświadomego samo-oszustwa, za to całkiem uświadomione poczucie winy i skruszona minka by wyprzedzić cios (Tato, nie bij!). Stawka jest wysoka. Ktoś bowiem trzyma wyświechtany kajet, gdzie zapisuje i ocenia wszystkie nasze dzienne sprawy i maluczkie poczynania. Bóg chrześcijański każdego z nas oddzielnie osądzi i ukarze, ale też „kocha”, jak twierdzą specjaliści. Oto właściwe źródło rozkoszy: oceniający Bóg swego Syna posłał na śmierć… dla mnie, dla ciebie. Miłość czy nienawiść – to w każdym przypadku oznacza zainteresowanie Kogoś Potężnego takimi stworkami jak my. Strasznie jesteśmy ważni, czyż to nie łechce ego bełkoczącej pół-małpy? Łechce, ale i podtrzymuje narcystyczne przewrażliwienie, ból nękacza i nieodporność na cudzą opinię.  Musimy się zmieniać (czyt. ulepszać), bo tacy jacy się rodzimy – nadzy, zakrwawieni i bezbronni- do żadnego raju nie wejdziemy. No way. Daleko jesteśmy już od opowieści, która każe noworodka położyć na łonie Matki Ziemi.

Narracja chrześcijańska popełniła też i inny grzech wobec człowieczeństwa. Oddzieliła sacrum od profanum a sacrum sparametryzowała i wysiudała poza ludzki, namacalny świat. Stworzyła wizję bóstwa, które nie uznaje całości naszego ludzkiego doświadczenia. I tak, świętym bywa rozłożenie rąk w błogosławieństwie. Rozłożenie nóg w akcie seksualnym już święte być nie może. Nie ma niczego świętego w ptasim gównie (a jaka to cudowna praca jelit!), symbolicznie święta bywa za to spieczona mąka. Człowiek umiera, zwierzę zdycha zaledwie. Dostaliśmy też opowieść o życiu- projekcie: człowiek ma się stawać samoświadomy i „lepszy” w oczach Kogoś. I to widać w narracji o „rozwoju”: nie akceptuje się w niej oczywistych zjawisk (lęku, zastoju, zacofania, braku postępów, cykliczności) a czas dany nam na ziemi wykorzystany być powinien na zaprojektowanie siebie według powszechnie akceptowanych parametrów (patrz: pewność siebie, moda, „relacje”, sukces zawodowy, „uduchowienie” etc). Jesteśmy niewolnikami swojego własnego (tj. budowanego własnymi rękoma) projektu, swojej własnej klatki.

Trudno ukryć paralelę między chrześcijańską koncepcją świata a opowieścią o leczeniu duszy (psychoterapią). W obu obrazach jest ktoś, kto grzeszy i nie wie (pacjent). Jest Bóg: Ktoś-Kto-Wie (przynajmniej, jak się zmieniać) i Mówi jak Żyć (przykazanie rozwoju, parametry zdrowia), jest nieakceptacja tego, co jest – czyli odcięcie ludzkiego doświadczenia (nie-rozwój, zastój, nieskuteczność, „zmianoodporność”, nieracjonalne, nieprzystosowanie, ból, agresja). Jest ocena zewnętrzna (zdrowe/niezdrowe). Jest i spowiedź (jednostronne wyznania), grzechów odpuszczenie (neutralność terapeuty) i wizja raju (szczęście, zdrowie, równowaga etc, etc).

Narracja zawierająca elementy linearnego rozwoju, postać Tego-Który-Wie-i-Ocenia, sparametryzowanego dobra czy narcystycznej więc i niepewnej samooceny leży u podstawy naszej bajki o „rozwoju osobistym”. „Nie rozwijam się, działam nieadekwatnie-inaczej niż wszyscy, jestem dzieckiem, zbaw mnie” – to mówimy (takimi czy innymi słowy) do terapeuty-Boga. Zastój, nie-rozwój, pozory rozwoju są dziś powodem do wstydu niczym grzech a takie eksperckie artykuły jak cytowany mają ten wstyd pogłębić.

Dlaczego tak bardzo nie lubimy „nie-rozwoju”? Może przeraża „marnowanie czasu”? Czas, choć boski ponoć, jest nam dany – według chrześcijańskiej bajki- w jednym, jedynym i to małym kawałku. Drugiego nie będzie, jak nauczają na katechezach. Żadnej, tfu, tfu! drugiej szansy, żadnej reinkarnacji, żadnego bociana przynoszącego tę samą ludzką duszę kolejnej matce. Nie mamy czasu. Stąd nacisk na skuteczność i zniecierpliwienie „dreptaniem w miejscu” czy za długim procesem zmian – bo kiedyż to szczęście obiecane – nad grobem dopiero? Bohaterka artykułu, Magda, długo szuka – w sobie, na zewnątrz – zanim znajduje nitkę do swojej prawdy. I to też nie wiadomo, dokąd ją ta nitka poprowadzi. Komentuje psycholożka: Magda jest „zmianoodporna”, oszukuje samą siebie. Ja powiedziałabym: nie, po prostu idzie- świadomie, nieświadomie – swoją drogą. Samo-oszustwo jest też jej własną maską. A dokąd ta droga zaprowadzi, będzie mogła ocenić dopiero w momencie śmierci, i to cicho, subiektywnie.

***

Kiedyś ktoś mnie zapytał: co zamiast psychoterapii? Ano nic zamiast psychoterapii nam się nie pojawi, dopóki będziemy rzucani na kolana przez „psycholożki” (figury władzy, to nic osobistego), głoszące smutną wizję świata zafiksowaną na „rozwoju”. Dopóki będziemy wszyscy bredzić o tym, że jesteśmy grzeszni, wadliwi i ktoś z zewnątrz nas musi podnieść. Że jest Ktoś-kto Wie – ekspert, kapłan, który powie nam jak żyć. Dopóki będziemy myśleć narcystycznie, że jesteśmy tak ważni dla Kogoś, że temu komuś aż chce się nas karać czy wysłuchiwać naszych stękań i popierdywań.  Zachwyt „rozwojem osobistym” wyjdzie nam bokiem, jak sądzę, z nastaniem innej kulturowej narracji o życiu, człowieku. Nie wiem, czy dożyję, ale warto podważać zastaną opowieść, uświadamiać sobie wrzepione w kulturę bajki, tu i teraz, dla własnej wolności.

Obecna narracja skutecznej zmiany i wiecznego rozwoju nie obejmuje całości człowieczeństwa. Tak jakbyśmy bali się przyznać, że w życiu chodzi się i ciemnymi dolinami i jasnymi wierchami. Często się stoi lub wraca po własnych śladach. Wszystko ludzkie. Mozolne, długie, czasem kończy się nad przepaścią, czasem wiedzie w niewłaściwym kierunku lub do kolejnych progów, do kolejnego bólu. Prowadzi – być może – do tego samego punktu wyjścia. Ja chwalę więc cudne manowce i Życie, w którym mieści się wszystko, nawet życie – w cudzych, głupiutkich choć eksperckich oczach – marnowane.

Bardzo Dalekie Inspiracje

„Bogowie i ich ludy. Religie pogańskie a procesy tworzenia się tożsamości kulturowej, etnicznej, plemiennej i narodowej w średniowieczu”. pod ref. Leszka Pawła Słupeckiego, Chronicon Wrocław 2008

Dodaj komentarz