DIY

Psychoterapeuta Bogusław Włodawiec opublikował listę porad praktycznych dla osób przygotowujących się do terapii. Niestety, zrobił unik przed tematem obowiązującego pacjenta riserczu i kastingu (żeby nie natrafić  na wariata lub kłamczuszka). Omija też starannie fakt, że osoby poszkodowane w terapii nie otrzymają żadnego wsparcia, ani prawnego ani psychologicznego. Oraz to, że ból i zaangażowanie w terapię mogą być tak duże, że klient straci poczucie rzeczywistości, zdolność do pracy, zniszczy sobie relacje z bliskimi czy uzależni się od terapii. AD1)

Reasumując przekaz Autora: jeśli klient wytyczy sobie realny cel, niewiele będzie wymagać od terapeuty, nie będzie nalegać na określenie czasu trwania „leczenia”, zgodzi się na ból wspomnień, gadanie o dzieciństwie i behawioralne eksperymenty, poczyta podsunięte lektury, spisze przemyślenia i listy donikąd, to zwiększy prawdopodobieństwo osiągnięcia swojego celu w terapii. Psychoterapeuta pisze to „ze swojego doświadczenia”, nie cytując żadnych dowodów na to, że faktycznie takie zachowania mają wpływ (i jak duży) na trwałą korzyść z terapii. Szkoda.

Na pierwszy rzut oka, artykuł wydaje się logiczny: nie ma co oczekiwać cudu w gabinecie bez zaangażowania własnego.  Na drugi rzut oka: ugruntowuje obowiązujący, politycznie poprawny obraz terapii. A ten obraz wzbudza wśród klientów głębokie oczekiwanie… cudu właśnie.

Religia

Podglebiem poprawnie politycznego obrazu terapii jest nierealna koncepcja człowieczeństwa. Człowiek zdrowy jest szczęśliwy („dobre samopoczucie”). Kto nie czuje się dobrze, powinien udać się na „leczenie” AD2). „Dyskomfort”, czyli w nowomowie ból, jest ble, chyba że prowadzi do „wyzdrowienia”. Wejście w „trudne tematy” to jedyna droga do dobrego samopoczucia. Terapeuci wiedzą, co robią. Mamy wpływ na własny los i jeśli zmienimy swoje myślenie będziemy czuć się dobrze.  Oto cud. Amen.

Kryterium „dobrego samopoczucia” jako wyznacznik psychicznego zdrowia poraża absurdem.

Autor nie wychodzi poza swoją religię „wpływu dzieciństwa” („Zastanów się zatem, jakie wydarzenia z Twojego dzieciństwa Cię ukształtowały”). W świetle empirycznej psychologii to religia wręcz śmieszna. I rodząca śmieszne oddziaływania magiczne: wierzymy w fałszywą przyczynę (matka rozwiodła się z ojcem) obecnego stanu (jakoś tak smutno), aplikujemy sobie działania magiczne (opłacona rozmowa z miłym panem) w oczekiwaniu na magiczny rezultat („poczucie że jest lepiej”). Na owo „poczucie” wpływa multum czynników, z pewnością nie rozwód rodziców sprzed czterdziestu lat. Ale faktycznie, widzimy w co wierzymy a wiara może czynić cuda. I na naszej wierze w jednoprzyczynowość i w człowieka-maszynę; na naszej własnej nadziei, na oczekiwaniu cudu ten biznes się opiera.

Praca

Mowa jest o „zwiększeniu prawdopodobieństwa odniesienia sukcesu w ramach terapii”. Oznacza to faktycznie: „zwiększenie prawdopodobieństwa tego, że sukces  pojawi się w czasie trwania terapii i zostanie jej przypisany”.  Nie sposób przecież dowieść w przypadku Jana Kowalskiego na ile „sukces” jest rezultatem oddziaływań terapeuty, świadomej pracy klienta, zbiegu okoliczności czy nieświadomej siły naprawczej jego psyche.

Mimo wszystko klient ma „pracować nad sobą”. Użycie słowa „praca” sugeruje, że to celowe, świadome działanie z nastawieniem na rezultat. Niestety, proces psychicznej zmiany czy dochodzenia do równowagi odbywa się w dużej mierze poza świadomością i wolą. Nie można zażądać od swojego mózgu wyciszenia pourazowego stresu. Nie można postanowić: „teraz będę ekstrawertykiem”. „Teraz napiszę pięć listów a za szóstym już będę czuć się lepiej”. To jak w analizie snów: sny odzwierciedlają (załóżmy) pewien proces psychicznych zmian, ale nie da się wyśnić na siłę pożądanych obrazów. Można tylko ten proces sobie uświadomić i obserwować go. Co więcej- choć to herezja, wiem- niektórzy nic nie robią i wracają do „dobrego samopoczucia” (regresja do średniej). Psyche naprawia się sama, często długo, jak rana, której zabliźniania nie można przyspieszyć siłą woli – jedynie stworzyć dobre warunki i czekać. Aktywność, oczywiście, jak słusznie pisze Autor, wspiera zmiany – ale przed tą aktywnością musi pojawić się choć chęć, nadzieja, poczucie wpływu, ciekawość, czyli pewna psychiczna postawa .

Prostą konsekwencją błędnej koncepcji „świadomej pracy nad sobą” jest oskarżenie, że jeśli terapia się nie powiodła, to z winy klienta: nie „pracował” wystarczająco dobrze, nie chciał „wyzdrowieć”. Konsekwencją jest także poczucie winy klienta w przypadku porażki (czytaj: braku dobrego samopoczucia). Odbiciem tej koncepcji jest także brak prawa chroniącego klienta w terapii (jeśli ma problem to jego problem) jak i obecność na rynku pseudo-terapeutów. Pod adresem klientów pada również zarzut nieuczciwości i nieszczerości. Bogusław Włodawiec cytuje przykład pacjentki, która dopiero po dwóch latach terapii decyduje się mówić o swoich najboleśniejszych wspomnieniach. Ja w takim przypadku raczej zapytałabym o pracę terapeuty, który nie zbudował relacji zaufania ani nie zadał właściwych, naprowadzających pytań… na przeszło stu sesjach.

 Pośpiech

– Co przeraża cię najbardziej w czystości?
– Pośpiech.
Umberto Eco „Imię Róży”

Czasem pytam znane mi osoby, czemu kupują terapię, choć przecież samodzielne przedzieranie się przez kryzysy daje o wiele większą satysfakcję. Moje interlokutorki to osoby atrakcyjne, odnoszące sukcesy, zamożne, inteligentne i zdrowe jak konie (takie jakie najmilej się w gabinetach wita). Dostaję odpowiedź: żeby było szybciej.  Słowo klucz to „czas”: ma być szybciej czyli profesjonalnie. Pośpiesznie uciec od brudu, niedoskonałości ciała i chaosu w duszy. Kwestia pośpiechu pojawia się też w radach pana Włodawca: klient ma być od razu gotowy do działania i „otwarcia się”, inaczej zapłaci frycowe za dłuższe siedzenie w gabinecie. Zamiast szacunku dla całego świętego procesu radzenia sobie z cierpieniem jest produkcyjna taśma wiodąca do „dobrego samopoczucia”.

Inna magia

A na koniec przypadek z książki Manfreda Lutza: „Pewnego dnia przyszła do de Shazera pacjentka, oznajmiając, że ma problem, który jest dla niej tak przykry, iż nie wyjawi mu go pod żadnym pozorem. W normalnym przypadku byłby to zapewne koniec terapii.[…] U Steva de Shazera było inaczej. Przyjmował wszystkich pacjentów, także tych tak zwanych niezmotywowanych. Wychodził z założenia, że jeśli przyszli do niego to znaczy, że mieli z pewnością jakąś sprawę. Odkrycie, jak można pomóc w nawet najbardziej skomplikowanych kwestiach, nie należy przecież do zadań pacjenta – jest to z pewnością wyzwanie dla profesjonalnego terapeuty. Zadanie w tym przypadku było jasno postawione- znaleźć rozwiązanie, nie znając problemu”. De Shazer poprosił o określenie stopnia nasilenia problemu na skali od zera do dziesięciu i zadawał pytania. Zadaniem pacjentki było odpowiadanie na zadane pytania… w myślach, bez wypowiadania odpowiedzi na głos. De Shazer pytał o stany, gdy czuła się na „więcej niż dwa” (na dwa określiła klientka swój stan przy rozpoczęciu terapii) a także o to „co nie powinno się zmienić w jej życiu i zachowaniu” oraz „jak pozna, że w jej życiu nastąpił cud”. „Odbył z pacjentką kolejne dwie lub trzy sesje terapeutyczne, podczas których stawiał jeszcze inne pytania, każdorazowo odpowiedź padała tylko w myśli pacjentki. Nie wypowiadała ona na głos żadnego słowa, wszystkie odpowiedzi zachowywała dla siebie. Robiła wielkie postępy i współpracowała z terapeutą, przepełniona kolosalną motywacją. Ostatecznie doszła na skali do punktu osiem. Wtedy oznajmiła, że czuje się już wystarczająco dobrze i chce zakończyć leczenie. […] De Shazer nigdy nie dowiedział się, o jaki problem właściwie chodziło, mimo to udało mu się we współpracy z pacjentką skutecznie go rozwiązać.”.

Cóż, wielką zagadką jest ludzki umysł :).

*

Wracając do artykułu: skoro lista must do taka długa to nasuwa mi się pytanie: po co  jeszcze terapeuta, Króliku? Popłacz nad „trupami z szafy” na własnej kanapie, zadaj sobie trudne pytania, których boisz się zadać i posłusznie poczytaj lektury z Charakterów. Po prostu:  do it yourself.

****

AD1: Gwoli ścisłości: Autor podaje przykład nieudanych oddziaływań terapeutycznych: przypadek p. Włodzimierza, odsuniętego przez matkę i przekonanego o tym, że kobiety będą go odrzucać. Klient, wytresowany przez terapeutę, wchodzi w relacje i sam odrzuca, sam rani. Czy to „sukces nadmiaru”  czy próba ukarania matki i wejścia w rolę porzucającego – pojęcia nie mam. Jednak widzę wyraźnie, że choroba będąca rzekomo rezultatem wydarzeń z dzieciństwa zmieniła się w chorobę postterapeutyczną a pan Włodzimierz jest tak samo daleko od stworzenia intymnej relacji jak był przed terapią.

AD2. Tu miał być cytat z „Zimy żal” Przybory, o tym, że „choć tycia radość z życia, żal mi życia …”, ale prawem skojarzeń będzie fragment ze schorowanej Agnieszki Osieckiej. Bo można i tak, alternatywnie do pop-psychologicznych „tryndów”:

Ten kamień, który w sercu noszę,
pozostaw mi, Panie.
Nie daj, by czas
jak lekarz - morderca
spłynął na moje posłanie
i... kamień z serca!

Ocal mnie
od chirurgów zdolnych
sióstr mądrych,
pierwszej pomocy...
Daj,
bym jak konik polny
z bólu dźwięczała wśród nocy.[...]

Nie pozwól z gorączki tej powstać.
Nie kuruj zapomnieniem.
Chcę czyjąś jeziorną postać
na pustej przechować scenie.

 [...]

 

Źródło

Manfred Lutz, Szaleństwo! Leczymy nie tych, których trzeba, W drodze 2010

Dodaj komentarz