Duchowość, Prawdziwe Ja… whatever

Gdy otrzymałam ten link od Czytelnika (pozdrawiam i kajam się, że tak długo komentarz się pisał) pomyślałam z zachwytem koprofaga nad kawałkiem wiecie-Państwo-czego „jaki piękny, wręcz doskonały, produkt masowej kultury indywidualizmu. Jaka cudowna ilustracja narcystycznego wątku naszych czasów, jaka perełeczka!:)”. Link odnosi do oferty „eksperta”, piszącego się Bogu-Sław, który porzucił życie korporacyjne na rzecz poszukiwań duchowych a po doznaniu oświecenia zaczął udzielać duchowego wsparcia maluczkim, którzy chcą odnaleźć swoje szczęście a raczej, jak pisze z rzygliwą, teatralną emfazą Autor: Szczęście.

Oferta i sama postać pana Bogu-Sława – wbrew pozorom luzackiej ekscentryczności i uduchowienia – wydaje mi się banalna i wpisuje się doskonale we współczesne miałkie prądy kulturowe. Bałdzo amełykańskie płądy: mamy tu american dream w postaci „prawdziwego sukcesu”, pustosłowne „prawdziwe Ja”,  Juniwers, njuejdż, to wredne unieszczęśliwiające ego, beeds-flowers-freedom-happiness…

I amełykański sukces: sprzedać totalne NIC za kupę całkiem realnej forsy.

Oferta nadana językiem cudownym, pełnym zapachów i podtekstów. A tam, gdzie nijak nie rozumiem, bo to język zbyt wonny i pusty, zaznaczam (lekceważąco, bo bezradnie) „whatever„. Przecież nie można zawężać sobie bramy poznania do jakichś tam znaczeń…

Kilka tagów, cytatów z książki Małgorzaty Jacyno, choć każde zdanie z podlinkowanej strony zasługiwałoby na pełny komentarz.

 

Prawdziwe Ja

W życiorysie pana Bogu-Sława czytamy:„Tam [na Hawajach] zaczęła się podróż do swojego wnętrza. Poprzez liczne Medytacje i pracę nad sobą, odpuszczałem warstwy obaw, ego oraz iluzje w których żyłem. Jednocześnie coraz bardziej poznawałem Prawdziwego Siebie.”

To Prawdziwe Ja (whatever) to przebój ostatnich czasów (wcześniej, zdaje się, była „dusza”). Jakże fajnie wpisuje się w świat sztuczności i reklamy. Nie jako odskocznia, ale „idealny produkt”. Jak w reklamie, która w życiu nie przedstawi prawdziwej (niedoskonałej) szynki i prawdziwego (jełczejącego mimo konserwantów) majonezu. Reklama pokazuje samą „szynkowość”, „majonezowość”, nasze wyobrażenie o „prawdziwości”. Symulakra udają – symulakrami będąc – „prawdziwość”, są destylatem prawdziwości, który poraża sztucznością. Podobnie jest z Prawdziwym Ja –  to „obiekt prawdziwy”, co nie znaczy idealny a będący raczej zbiorem naszych wyobrażeń, jak Ja powinno wyglądać.

Problem w tym, że samo pojęcie Ja jest dość iluzoryczne. Dziś – zgodnie z panującym sposobem opisu świata jako zdecentralizowanego, demokratycznego, pluralistycznego, płynnego, bez władzy zwierzchniej – w narracji psychoterapeutycznej mówi się raczej o tłumie wewnętrznych postaci (mindellowska POP)  a neurobiolodzy opisują mózg jako zbiór niezależnie od siebie działających ośrodków. Oczywiście owa iluzja jednego ośrodka wewnętrznej władzy jest jak najbardziej potrzebna, bo inaczej stalibyśmy się płynni jak schizofrenicy. Poczucie Ja przemienia się w naszym sztucznym świecie w Prawdziwe Ja, które ma być esencją, Graalem, czymś innym  niż wszystkie (nasze, bliskie) maski, jakie zakładamy wobec Innego. Ja jednak uważam, ze wszystkie nasze maski, Cienie i demony są jak najbardziej prawdziwą odpowiedzią na środowisko i nasze narracje. Jedyne, co możemy zrobić, to zmienić lajfstajl (co w zasadzie robi miły pan Bogu-Slaw) – nasze wewnętrzne postacie pójdą za nami wszędzie.

Oprócz „prawdziwości”, która zastyga w sztuczność, odnajdujemy w portrecie Autora pokłosie romantycznych idei szczęśliwego dzikusa (prawda, że pan Bogu-Sław na łonie natury wygląda na szczęśliwego?), naszych współczesnych fantazmatów „dobre bo naturalne” , tęsknot za „naturalnym , prostym życiem”, które tak naprawdę okazują się być jeszcze jedną maską, jeszcze jednym przebraniem, jeszcze jednym stylem życia do wyboru. A wybór siebie to dziś mus. Stoimy w samotności naszej dręczeni przymusem wyboru (nęka nas wizja „przegranego życia”, „życia bez rozwijających nas doświadczeń”). Zadręczeni przymusem samo-sterowania, samo-przedsiębiorczości, brania siebie i swoich spraw w swoje ręce, przymusem „rozwoju osobistego” (whatever), szukamy Prawdziwego Ja, gdyż wydaje się nam, że ktoś na zewnątrz nas steruje, przymusza, ogranicza, przytłacza, zamyka cudowny świat doświadczeń będących dziś najwyższą wartością. Niestety nie, jest jeszcze gorzej: sami się przymuszamy do wyboru, sami jesteśmy swoimi zarządzającymi, sami walimy się po głowie batem, gdy ciągle nie natrafiamy na nasze, te Prawdziwe, lajfstajl i twarz.

Racjonalizacja „sztuki życia”

W sytuacji przymusu wolności  przedmiotem wyboru  jest „dobre samopoczucie” (w wersji pana Bogu-Sława „Życie Lekkie, Przyjemne i pełne Pasji”). Życie jawi się jako projekt, zewnętrzna rzecz do obróbki. Rozwój- owo poszukiwanie „Prawdziwego Ja” – ma służyć szczęściu tu-i -teraz, najlepiej natychmiast. Sztuka życia została zracjonalizowana, życie podzielone na „obszary nad którymi się pracuje”. Pracuje się racjonalnie, skutecznymi terapiami, zorganizowanymi warsztatami, codzienną medytacją, najlepiej przy wsparciu eksperta.  Pod falbankami, koralikami i kadzidełkami ukrywa się cel czysto utylitarny i jednostkowy: „praca nad sobą” czy „duchowość” (whatever) mają nam służyć w drobnych aspektach codziennego życia. Bogu-Sław, łaską obdarzony, zapewnia, że jego sesje duchowego wsparcia (whatever) służą:

„Poprawie relacji z rodziną

Poprawie relacji z bliskimi

Poprawie relacji w związkach

Polepszeniu sytuacji w pracy

Odkryciu swoich pasji i talentów

Poprawie finansów

Poprawie zdrowia”

Inaczej mówiąc, gdy kupisz sobie „wsparcie duchowe” (whatever), jak rozpoznasz to, co kupiłeś?  Żona wyprowadzi się do kochanka i przestanie gdakać nad głową, dostaniesz awans a w związku z tym symboliczną podwyżkę, w rzadkich wolnych chwilach zaczniesz uprawiać geranium i mniej będą cię piekły hemoroidy… Cud, prawdziwy cud!

Pisze Małgorzata Jacyno: „Doświadczenie religijne powiązane zostaje z pragmatycznym motywem. Zwłaszcza w panteistycznych i pop-panteistycznych nurtach religijności fizyczne zdrowie, sukces finansowy, zadowolenie z życia seksualnego i optymizm traktowane są jako oznaka „poczucia łączności z Wszechświatem”. Brak tego poczucia zdaje się awansować do roli podstawowej współczesnej formy alienacji i prowadzić ma do porażki we wszystkich sferach życia„ … „W mistycyzmie często poszukuje się inspiracji do budowania nowych technik adaptacji do warunków czy też nowych technik umożliwiających czy ułatwiających przebrnięcie przez życie”.

Przez tremendum et fascinans do łatwych wypróżnień.

Głód doświadczeń

Dlaczego tak bardzo musimy dbać o „Prawdziwe Ja” (whatever) i otwierać się na Juniwers (whatever)? „Jaźń jest zmysłem doświadczania. Zatem „zawężenie świadomości” to wymagający naprawy defekt organu, za pomocą którego doświadcza się świata i siebie. Nie szukamy już doświadczeń ale Doświadczenia„.  Nie podniecają nas -jak niegdyś w dzieciństwie- zielone, na wpół zgniłe kubańskie pomarańcze. Te emocje zniszczył zalew pomarańczy dostępnych nie tylko od święta. Szukamy Doświadczenia Pomarańczowości. Sami z pomarańczy musimy stworzyć sobie Rozkosz Pomarańczowości, wylizać ową Pomarańczowość (stąd popularność mindfulness, ale to inny wątek). Co ciekawe, owo otwarcie się na Pomarańczowość nie jest skokiem ku boskości, ku sacrum obwarowanym tabu, ku milczeniu, ale ku umiejętności „cieszenia się życiem” w życiu zagonionym, kapitalistycznie bezwzględnym, czyli – w zasadzie – ku produktywności (dobry niewolnik to zadowolony niewolnik).

Co więcej: „przekonanie, że współczesna kultura promuje po prostu hedonizm, niczym nieograniczoną „pogoń za nowymi wrażeniami” i wciąż wydłuża listę możliwych przyjemności indywidualnie tj. chaotycznie wybieranych, co prowadzi do „postmodernistycznego” rozpadu świata, staje się wątpliwe. Głód doświadczenia daje się bowiem zaspokoić jedynie przez trenowanie siebie – psyche i ciała- do przyjmowania doświadczeń. Poszukiwanie i doświadczanie przyjemności w coraz większym stopniu staje się zracjonalizowane. Źródło przyjemności nie tkwi bowiem w obiekcie, ale w zdolności odczuwania przyjemności, czyli kwalifikacji jednostki do odbierania wrażeń”. Należy więc pracować nad kwalifikacjami, ot co.

Ciekawa jest ta nasza fantazja „Doświadczenia”- tego pragnie niezdolny do przeżywania świata, wyjałowiony narcyz.

 

Intuicja

odmienia się przez przypadki w opowieści pana Bogu-Sława. „Wyraźniejsza intuicja” (whatever) znajduje się na liście benefitów z duchowego wsparcia, jakie oferuje. Jego credo: „Chodzi przede wszystkim o POKOCHANIE I AKCEPTACJĘ SIEBIE, PRZY RÓWNOCZESNYM ZAUFANIU I SŁUCHANIU SWOJEJ INTUICJI. A WSZYSTKO TO W HARMONIJNYM POŁĄCZENIU Z WYŻSZĄ SIŁĄ. W KAŻDEJ CHWILI. TU i TERAZ”.[pisownia oryginalna]

Poszerzona świadomość (whatever) jest w rzeczywistości jeszcze jedną techniką (racjonalnego) rozwiązywania problemów: „Kosmiczna jaźń, „holistyczna jaźń” i „wewnętrzne dziecko” to kategorie, które należą do słownika ekspresyjnego indywidualizmu wywodzącego się z tradycji romantycznej… Angażowanie „twórczej jaźni” do realizacji określonych celów (na przykład podejmowania decyzji w pracy czy prowadzenie interesów) pokazuje, że rzeczywiście na gruncie psychoterapii kosmiczny porządek i codzienne sprawy mogą stanowić jedność.” Wśród technik zarządzania: „kreatywność”, „twórcze rozwiązywanie problemów”, wizualizacje, afirmacje, odwołania do szaleństwa, „podświadomość”. Znamy, prawda?

Oto kolejne odwołanie do paradygmatów naturalistyczno- oświeceniowych, ciągle żywych: rób zgodnie ze swoimi pragnieniami, ze swoją naturą (whatever) a będzie cacy. Ja mam wątpliwości: odrzucamy w ten sposób możliwość kształcenia się i zdobywania nowych umiejętności (uczenie się to w tej koncepcji jedynie przypominanie sobie i rozszerzanie jaźni (whatever)) czy zakładamy nierealnie, że nie ma konfliktu między samorealizacją jednostki a wymaganiem wspólnoty. Jest.

Duchowość czyli religia bez wymagań

Duchowość (whatever) rozumiem jako umasowioną, urynkowioną religię. Religia o wydestylowanej „prawdziwości”, tak jak ‚”szynkowość” w reklamie szynki. To mistycyzm na zawołanie i na sprzedaż. Popłuczyny ezoteryzmu i romantycznej idei samospełnienia sprzedane w roli „poprawiacza jakości życia”. Jawi się jako proces nadawania sensu: „Namiastka poczucia sensu gwarantować ma to, że mistyczna, buddyjska, niekonwencjonalna, alternatywna, ezoteryczna czy antyscjentystyczna tradycja pozwala nieco oszlifować, zneutralizować czy zeufemizować jawnie utylitarny motyw, jaki kryje się za zracjonalizowaną „sztuką życia”. Kto nie czyta „duchowych książek” czy nie „rozwija się duchowo” (whatever) ten trąba a jego domniemany sukces życiowy jest sukcesem „toksycznym”, nawet jeśli nauczy się tańczyć na rzęsach. Z drugiej strony „uduchowienia” ma znajdować się materializm i pustka egzystencjalna, jak w nauczaniu Kościoła: albo chrześcijaństwo albo nihilizm. Nic pomiędzy, jakbyśmy zapomnieli o cnocie umiarkowania.

Toksyczny a prawdziwy sukces

Dla miłego pana Bogu-Sława sukcesem nie była praca w korporacji. To był przykład „toksycznego sukcesu” „niezrównoważonego rozwoju”, „nieharmonijnego życia”: „Mimo, że cała działalność medialno-biznesowa była pełna sukcesów, to nie dawała mi prawdziwego Szczęścia. Czułem w środku, że musi być coś więcej… ?”

„Brak zainteresowania dla spraw duchowych traktowany jest w poradnikach autoterapii jako jeden z symptomów „toksycznego sukcesu”, czyli nieprawdziwego sukcesu, którego cena jest charakterystyczna dla „nowej klasy średniej” formą „zubożenia” osoby przez monotonię i niezróżnicowanie doświadczenia.”

Toksyczny sukces to slogan lat 60. Co zabawne, ten nowy „prawdziwy sukces” nie wiąże się z podważeniem porządku społeczno-ekonomicznego. Nie kwestionuje się nieetycznego zarabiania pieniędzy, które pozostają nadal ważne jako oznaka statusu czy uśmiechu Juniwers. „Prawdziwy sukces” wydaje się na pierwszy rzut oka (patrz zdjęcia pana Bogu-Sława Przed i Po) zaprzeczeniem „toksycznego sukcesu”, podpowiedzi diabła. Tak jednak nie jest: jest przesunięciem akcentów, zmianą narracji w stronę „świadomego zarządzania sobą”, „poczucia siebie”. Struktury korporacyjnej przemocy od tego się nie zmieniają, jedynie jednostki produkują o sobie nowe iluzje, umożliwiające im dalszy wyścig szczurów. Tę wizję „prawdziwego sukcesu” wykorzystują korporacje, zmuszające pracowników do szkoleń miękkich, czytania Lao Tsy, „kreatywnego zarządzania”, aktywności sportowej czy „rodzinnej integracji”, które mają dać Doświadczenie. Bo czy niewolnik nie może „się realizować” w ramach korporacyjnych celów?

Narcystyczna narracja

pana Bogu-Sława zaczyna się od cudownych narodzin; dzieciństwa, w którym nasz bohater poczuł Duchowość a kończy się na Oświeceniu. Siddhartha Gautama czy Jezus z Nazaretu byliby zadziwieni taką autopromocją, sami nie mają lepszej.

I tak, Prawdziwe Ja, psyche, zostają zaczarowane w odróżnieniu od odczarowanego świata. Klękamy nie przed naszą projekcją- Bogiem, nawet nie przed wspólnotowym wyśnionym archetypem a przed swoim „Prawdziwym”, czytaj „Boskim Ja”.

Oczywiście, można stworzyć epopeję na temat swojego tyłka. Ale kunszt nie przesłoni smutnego faktu, że to tylko tyłek.

Wyobrażenie, że człowiek – jak to różne religie przedstawiają – został stworzony we współdziałaniu Dobrego Boga i Złego Boga jakoś w „duchowości” zanika. A na plan pierwszy wychodzi dojmująca  – nie da się ukryć – samotność. Pisze Bogu-Sław: ” To co przekazuję i Energia jaką dzielę się z ludźmi, ma na celu Wsparcie moich Sióstr i Braci: Chodzi o to by każdy SAM w SOBIE odnalazł Radość, Szczęście i Miłość. Chodzi o to by każdy SAM w SOBIE czuł Wyższą Siłę. Chodzi o to BY SAMEMU ODNALEŹĆ W SOBIE PRAWDZIWĄ WIELKĄ MOC I POZWOLIĆ TEJ MOCY SIĘ PROWADZIĆ!” [podkreślenia moje]

Nawet nie ma Mai (nieistnienia nie ma…), nikt i nic nie kusi.

„Za wszystkim bowiem ostatecznie stoi ten sam projekt ludzkiej osoby jako jednostki autonomicznej, odpowiedzialnej i samowystarczalnej„– pisze za Nikolasem Rose Małgorzata Jacyno. „Solidarność i wspólnota to zaledwie tło politycznych i psychoterapeutycznych apeli i sloganów. Pożądana, zaadaptowana do warunków jaźń to „przedsiębiorcza jaźń”. […] Ludzkie życie w ramach „kultury przedsiębiorczości” staje się osobistym przedsięwzięciem, a jednostka sama dla siebie „kapitałem”, który trzeba zachować, reprodukować, powiększać, krótko mówiąc kapitałem, którym trzeba obracać.”

Jacyno wskazuje dwie odmienne retoryki: z jednej strony nawoływanie do samoograniczenia (np. ograniczenia konsumpcji, slow life, toksyczny sukces); z drugiej strony – wezwanie do aktywnego samo-zarządzania, do przedsiębiorczości do aktywności w „tworzeniu siebie”.

Więc co u pana Bogu-Sława?

Pomaga tak, „by Życie było Lżejsze, Przyjemniejsze i Pasjonujące”. Nie ma tu miejsca na porażkę, nudę, niespełnienie, nieuleczalne zranienie, nienawiść, starzenie się, tęsknotę, nieporadność, wewnętrzny konflikt i napięcie. Sami mamy dziarsko tworzyć siebie i swoją wewnętrzną rzeczywistość, sami przekopywać tunele w śniegu. Hej, ho! Brany jest pod uwagę tylko wpływ eksperta.

Oczywiście nic mi do czyichś wyborów lajfstajlu i tego czy/jak „tworzy siebie”. Czasem myślę, że jesteśmy niczym więcej jak wytworami kultury i ten mój bunt (?) jest śmieszny. Czemu nie wybrać życia Lekkiego, Przyjemnego i Pełnego Pasji, pytają czasem „uduchowieni”? Jednak się w tym nie odnajduję, bo żal mi moich masek (i społecznych macek też), moich iluzji, mojej bezsilnej goryczy i cierpienia-na-daremno. Zimy mi żal, nawet jeśli z białych przestrzeni zostaje tylko błoto pośniegowe.  Wybieram (o ile można coś wybrać) życie umiarkowane, nieprzyjemne, swoją niedoskonałość i w podziw głupka dla tego co nierukotwornyje.

A, byłabym zapomniała. To duchowe wsparcie przez Skypa czyli boska emanacja kultury narcystycznej ma swoją cenę: 333 zł, choć teraz pewnie drożej, bo dolar poszedł w górę. Nie czepiam się, Życie jest wszak Łatwe i Przyjemne:  dziś śpiewać każdy może a przyjemne należy łączyć z pożytecznym, tfu, tfu Przyjemne z Pożytecznym, Oczywiście.

Cytaty i inspiracja

Małgorzata Jacyno „Kultura indywidualizmu” PWN 2007

Dodaj komentarz