Hop!

Ostatnio przedefilowało przede mną kilka osób, ubiegających się u mojego łaskawego pracodawcy o pracę i płacę. Moim zadaniem było sprawdzenie wiedzy merytorycznej kandydatów (bo stanowisko specjalistyczne), sposobu myślenia, reakcji i tego, czy pasują do zespołu. Nie jestem psychologiem, nie mam właściwej wiedzy, nie używam testów, ale z grupy wyłoniłam szybko jedną osobę. Była to osoba, która – założę się – nie pracowała z żadnym korporacyjnym kołczem. Nie sprzedała mi, w odróżnieniu od innych kandydatów, zdecydowanego uściśnięcia ręki, nie rzucała fachowymi terminami, nie uśmiechała się przepełniona radością życia i nie opowiadała z namiętnością o niekończących się korporacyjnych mityngach. Nie „zmieniała wad w zalety” i nie dzieliła zwierzeniami o tym, „jak widzi siebie za pięć lat w państwa dynamicznie rozwijającej się spółce”. Nie wysłała maila z  intymną informacją, że miło było jej nas poznać i że ma nadzieję spotkać nas znów. Nie odmieniała przez przypadki „rozwoju”, „celów”, „profesjonalizmu” „osiągnięć” ani „sukcesu”. Ani raz nie padło słowo „motywacja” ani „zaangażowanie”.  Ba! nie uderzyła nawet w perwersyjną gadkę o „zadowoleniu klienta” i „staniu do niego otworem”! A przyparta do muru zaczynała się bronić, stresować i kombinować, czego to możemy tak naprawdę od niej chcieć. Spłoszyła się bardzo i po ludzku. No, wtopa.

Była za to jedyną w stawce osobą, która zgłębiła – konkretnie, omijając sr..nie w banie i nie dając się zbić z tropu – procesy, którymi będzie się zajmować.

O tej defiladzie osób skołczingowanych pomyślałam, czytając artykuł popełniony przez Łukasza Wieczorka, oddanego Sprawie coacha. Ostatnio kołczing staje się tematem medialnym. Dyskusja publiczna toczy się wokół tego czy kołczing działa czy nie, czy kołczowie są profesjonalni czy nie etc.  Przetacza się po wierzchu, taka powtórka z gadek o psychoterapii. Nie będę polemizować z argumentami Autora – bo być może tak ten rynek funkcjonuje jak go opisuje i są takie grupy kołczów jakie widzi. Zwróciłam jednak uwagę na język i system wartości. Kilka zdań wyjętych z kontekstu, ale mnie zastanawiających. Podkreślenia moje:

„Artykuły pozytywne i pokazujące niesamowitą efektywność procesów coachingowych oraz te, które deprecjonują coachów i proces coachingowy.”

Naczelną wartością w spotkaniu kołcza z klientem jest skuteczność oddziaływań. Skuteczny ma być zarówno kołcz jak i jego klient, przeprowadzający życiowe zmiany. A teraz proszę się zastanowić: czy na łożu śmierci powiemy sobie z żalem „nie żyłam/em skutecznie…”. Ja tak nie powiem.

„Skoro więc Klient nie jest zadowolony, to w moim odczuciu, osoba taka jak coach powinna po pierwsze spojrzeć w lustro i zadać sobie sama pytanie: co takiego robię, żeby być dobrym w tym, czym się zajmuję?”

Kołcz sterowany jest przez Innego: klienta. Zadowolony klient w krawacie jest mniej awanturujący się, prawda?  Więc przyjmują tylko tych z krawatem. Znajoma pani Jadzia z warzywniaka na kołczing się nie udaje. A jeśli już do awantur dojdzie z podkrawatowanym klientem, skruszony kołcz powinien- zgodnie ze swoją filozofią skuteczności i zewnątrzsterowności- zrobić rachunek sumienia.

„Stopy zwrotu z inwestycji w coaching dla osoby bądź firmy zatrudniającej coacha sięgają wg badań przeprowadzanych na całym świecie 1.200% … Podsumowując: dużo możliwości rozwoju, które nie są tanie, sporo chętnych a i potrzeby wydawałoby się znaczne przy atrakcyjnym wynagrodzeniu w środowisku nienormowanego czasu pracy„.

Co jest ważne w pracy kołcza? Kalkulowalne zadowolenie klienta (stopa zwrotu ujęta procentowo i pieniężnie, behavior). Rosnący popyt przekładający się na bezpieczeństwo pracy. Także: dobra stawka za pracę w przeliczeniu na godzinę, nienormowany czas pracy. Czyli, wypisz wymaluj, dokładna odwrotność warunków oferowanych korpo-szarakom.

„Wystarczy chcieć.”

Gdyby wystarczało chcieć, to niepotrzebni byliby kołczowie a świat byłby płaski. Paradoks w tym, że trzeba skołczowania, by zostać dobrym kołczem. Motywacja podtrzymywana jest przez czynnik zewnętrzny. W rzeczywistości, gdy się czegoś naprawdę chce i co się ocenia jako ważne – samo do głowy i serca wchodzi.

„Zapłacili, certyfikat wisi oprawiony na ścianie – teraz czas na zarabianie.Wychodzą na rynek bez cienia pokory…”

Cóż. Skoro przyswoili sobie taki system wartości (papier+kasa) na kursie, to dlaczego mieliby nagle myśleć inaczej…?

„Pośród osób kształcących się aby zostać coachami stosunkowo niewielki odsetek zna się na rozwijaniu biznesu.To psycholodzy, trenerzy, menedżerowie korporacji mający niejednokrotnie ogromną wiedzę, ale niekoniecznie o tym, jak się sprzedać„.

Pokłoń się bóstwu: Rynkowi. „Się- sprzedać” kojarzy mi się natychmiast z prostytucją. Kołczing nastawiony jest na efekt finansowy i olśnienie kupującego. Nie wiedzą, ale imażem.

„Przyznaj przed samym sobą, że się nie rozwijasz” .

Nie-rozwój (zastój) jest grzechem. Ma budzić wstyd, rachunek sumienia. O „rozwoju”, który jest niczym innym jak nieuchronną zmianą życiową, dojrzewaniem i przejrzewaniem, opakowanym w marketingowy papiereczek mastu (must do it, must have it) już pisałam w Manowcach Rozwoju Osobistego.

„wspólnie musimy zadbać o to jak postrzegany jest coaching. A to zależy tylko i wyłącznie od nas samych. Od naszego podejścia. Od naszego zaangażowania. Od naszej motywacji i entuzjazmu.„.

Mam złą wiadomość. Niestety nie. To jak postrzegany jest kołczing zależy od globalnego rynku, mediów kreujących modę, narracji kulturowej i od utrzymania pustosłowia jakim żyjemy. Zależy też od ludzkiego rozmemłania, projekcji, heurystyk (psychoterapia cacy, kołczing ble, lub odwrotnie), jednym słowem: od ludzkiego poznawczego lenistwa. Tylko że w tej koncepcji nad-poczucia kontroli nie można tego powiedzieć głośno…

Uważam, że słabość kołczingu nie polega na „nieskuteczności” i „wypaleniu” czy „braku szkoleń” kołczów. Polega na tym, że kołczing odzwierciedla i pracuje nad ugruntowaniem systemu wyzysku. Podtrzymuje i bazuje na ekonomiczno-metafizycznych mirażach, nie mających związku z rzeczywistością (ty wybierasz, ty decydujesz; wystarczy chcieć). Zalewa gimnazjalnymi banałami w stylu „Chcesz zmienić świat, zmień siebie”, co jest oczywistą nieprawdą podsuwaną przez tych, którzy chcą, żeby świat się nie zmieniał. Pogłębia zewnątrzsterowność i uzależnienie  – bo nie sięga się w tej koncepcji po własne zasoby a szuka kogoś, kto sprawi, żeby chciało się chcieć i sięgnąć. Kołczing redukuje człowieczeństwo do skutecznego działania, przeprowadzenia zmian i osiągania finansowych celów w służbie korporacyjnych graczy. To filozofia czysto utylitarna, psychopatyczna.

Mój główny zarzut: wartości kołczingu zmazują połowę człowieczeństwa, ograniczając całą resztę do szczęścia wytresowanej małpy, której uda się dorwać banana. Kołczing wymazuje „ludzką poczciwość”, wahanie, poczucie egzystencjalnego nieszczęścia, niepewność, niezdyscyplinowanie, irracjonalizm, gorycz, przejęzyczenia, przypadek. Ogranicza człowieczeństwo do „stawiania i realizowania celów”. Stawia na piedestale podtrzymywaną z zewnątrz wolę, nie poddając refleksji, dlaczego jesteśmy nie-wolni lub bez-wolni. Brakuje w nim szacunku do niewiedzy, do wewnętrznych rozterek i mitów, do milczenia wobec dylematów absurdalnych, niemożliwych. Tresuje klienta we wstręcie do nie-działania i bezcelowości. Duchowa anoreksja. Wymazuje wymiar tragiczny ludzkiego bycia tutaj, rozdarcie między wolnością a koniecznością w świecie, którego się świadomie nie wybrało.

Nie da się ukryć:  system kapitalistycznego, cynicznego utylitaryzmu śmierdzi jak gówno i to wszyscy czują. Nawet jeśli nazwiemy go pomarańczą, nigdy nią nie będzie i to wiedzą wszyscy. Może dlatego potrzebują skołczowania, bo to wiedzą?

Kołczing to wyścig ze słabością, z brakiem motywacji, rozmemłaniem. Przeszkoda! Hop! i… skok. Piękne. Pies Cywil skacze. Lubię popatrzeć, ale do współpracy wybrałam jednak poczciwie (nie)znoszącego stresu człowieka. Być może (a czas pokaże), wybrałam źle – z punktu widzenia celów finansowych firmy. Ale wybrałam człowieka a nie tresowaną w oparach korporacjonizmu małpę. Tylko to mam na swoją obronę.

A na koniec przytoczę historyjkę dobrze ilustrującą to, o czym piszę. Zresztą zacytowaną ze strony Autora, umieszczoną pod pytaniem „czym jest coaching?” Daje do myślenia i jest cudownie szczera:

„Posłużę się natomiast historią, jaką opowiedział pan Milton Erickson, jeden z bardziej zasłużonych coachingowi ludzi.

„…Pewnego dnia, gdy byłem jeszcze uczniem szkoły średniej, do naszego gospodarstwa przybłąkał się koń. Miał na sobie siodło, był bardzo spocony i dyszał. Daliśmy mu wody i postanowiliśmy odprowadzić do właściciela. Nikt jednak nie wiedział, skąd przyszedł. Wsiadłem na niego i poprowadziłem w kierunku drogi. Wiedziałem, że koń wybierze właściwy kierunek, choć nie wiedziałem, jaki on będzie. Koń pognał do przodu. Od czasu do czasu zatrzymywał się i wchodził na pola skubać trawę. Wtedy delikatnie przypominałem mu o drodze. Po pewnym czasie koń skręcił do czyjegoś gospodarstwa. Ucieszony i zdumiony gospodarz wyszedł nam na spotkanie: – To mój koń, gdzie go znalazłeś? – Jakieś siedem kilometrów stąd. – Ale skąd wiedziałeś dokąd go odprowadzić?? – Nie wiedziałem. Koń wiedział. Ja tylko kierowałem jego uwagę na drogę…”

Jeździec w tej historii to coach, a koń (przepraszam za analogię) to osoba coachowana. Coach jest ze swoim Klientem i ramię w ramię pilnuje, żeby Klient nie zszedł z drogi jaką sam obrał. Istoty ludzkie to bardzo ciekawe stworzenia. Często zdeterminowane i pełne dobrych chęci, ale jeszcze częściej i w tym samym czasie, łatwo zbaczające z obranej drogi i rozpraszane przez inne rzeczy. Jak często zdarzało się nam stawiać przed sobą postanowienia noworoczne ? Ile razy rzucaliście palenie, odchudzaliście się, szukaliście nowej pracy, staraliście się wygospodarować więcej czasu dla rodziny? Ile razy mimo ogromnych chęci zbaczaliście gdzieś w bok… poskubać trawy jak ten koń ? Tym jest właśnie coaching – pilnowaniem, żebyście po wybraniu celu, trzymali się swojej drogi, którą znacie podświadomie… a my coachowie, to Wasi kompani w tej drodze.”

Wyznam szczerze. Zawsze najbardziej kochałam te konie,  które łaziły swoimi drogami, siły się nie wstydząc. Te wszystkie kobyły butne, cwane, spod wędzidła uciekające i tarzające się z siodłem na grzbiecie. Widać przez ten mój podziw, że taka i moja „droga” – bezcelowa, nie-pozytywna i przez chaszcze. A w historyjce – drogi koniu, proszę zauważ – kołcz wierzchowca do gospodarza łagodnie doprowadza. Doprowadza do harówki i obcierającego kłąb siodła, odbierając mu rozkosz bezcelowego skubania trawy na łące. Czy postawa kołcza kogoś dziwi? Mnie nie. Przecież to kumpel gospodarza, najwyższym prawem ich świata – prawo własności. A czas pracy konia dla gospodarza bezcenny.

Dodaj komentarz