Inna perspektywa

[Tekst z dedykacją dla Mateusza D.]

Zdarzyło się kiedyś, podczas treningów asertywności, że dopadły mnie ogromne trudności. Przeżywałam je sobie cichutko, starałam się być i działać na tyle na ile mogłam w tamtym stanie psychicznym. Wewnętrzne rozedrganie nie zmieniło przecież nic w mojej ludzkiej substancji, nie pozbawiło mnie godności. Byłam jaka byłam, jaka w danym momencie mogłam być, jedyna możliwa. Jednak reakcja prowadzącego trening była z innej bajki. „Wiesz, co?” brzmiał przekaz „Idź się napraw. No, zrób coś ze sobą, do cholery. Idź po pomoc. Taka tutaj nie możesz być”. To była dla mnie jedna z bardziej przykrych sytuacji wykluczenia. Zapewne z podobną reakcją – wewnątrz i na zewnątrz – spotykają się ludzie w depresji. Wydają się przecież inni: obojętni, wadliwi, niezdolni do przeżywania „pozytywnych” emocji, nieproduktywni; na czole naklejono im – albo sami sobie nakleili – etykietkę choroby. Lub, co gorsze, „zawinionej choroby”, zgodnie ze współczesnym paradygmatem „cierpiący jest sobie sam winien”. Ludzie w depresji sami sobie sprowadzili na głowę kryzys („nie pracowali nad sobą”, „nie dbali o siebie”, „uciekali przed refleksją”), więc mają się naprawić, zrobić „coś ze swoim życiem”.

Nie promuję tu cierpiętnictwa ani nie odmawiam nikomu prawa do leczenia. Psychoterapia i farmakoterapia są dla ludzi. Ale gdzieś -mam wrażenie- ginie nam szacunek do samych  siebie, do swojego własnego ludzkiego sposobu przeżywania życia- w tym doświadczeń bolesnych, trudnych.

Poniżej fragmenty eseju Tomasza Stawiszyńskiego, autora, którego ostatnio wytrwale na blogu promuję, bo sądzę, że warto.

„[…] Podstawowe założenie, jakie stoi u podstaw zarówno medycznej, jak i religijnej postawy wobec symptomów jest identyczne: ma ich nie być.

Symptom domaga się albo modlitwy albo leczenia. Cierpimy zatem albo dlatego, że jesteśmy grzeszni, albo dlatego, że jesteśmy chorzy. To zaś, wedle Hillmana [ref. James Hillman „Re-Visioning Psychology”], bardzo ściśle łączy się z archetypową postawą wobec cierpienia, która dominuje w zachodniej kulturze już od ponad dwóch tysięcy lat. Wyraża ją obraz Chrystusa umierającego na krzyżu, a następnie – po trzech dniach- zmartwychwstającego w glorii i chwale zwycięzcy śmierci.

W micie chrześcijańskim cierpienie zostaje wpisane w specyficzną, zbawczą chronologię. W Piątek Chrystus umiera, ale w Niedzielę zmartwychwstaje. Jego piątkowe cierpienie zatem, wspomniane i rekapitulowane w Kościele katolickim podczas wielkopiątkowej liturgii, już w punkcie startu jest skierowane w stronę niedzielnego zmartwychwstania. Momenty ciemności, melancholii, poczucia opuszczenia, rozbicia, głębokiej rozpaczy nie są zatem traktowane jako niezależne przejawy życia psychicznego. Są to tylko etapy, przejściowe stacje – na drodze do religijnej lub medycznej, a w każdym razie społecznej rezurekcji. „Mamy tylko jeden model – pisze Hillman –zorientowany na światło w tunelu; jeden program, który prowadzi od Czwartku wieczorem do Niedzieli, kiedy to rodzi się nowy dzień, lepszy i piękniejszy niż to, co było wcześniej. Nie tylko rozmaite terapie mniej lub bardziej świadomie imitują ten program (na różne sposoby: od pozytywnego wsparcia po elektrowstrząsy), ale sama świadomość jednostki jest już w punkcie wyjścia ukształtowana przez chrześcijański mit. Każdy z nas zatem- ze względu na oddziaływanie tego mitu – nieświadomie wie już, czym jest depresja, i doświadcza jej zgodnie z obowiązującą formą. Depresja musi zatem przeżywana jako coś, co przychodzi z zewnątrz ( w ten sposób dokonuje się ukrzyżowanie) , i musi przynosić ze sobą cierpienie; ale pozostawanie w depresji musi być czymś negatywnym, ponieważ w alegorii chrześcijańskiej Piątek nigdy nie jest ważny per se – Niedziela bowiem, jako integralna część mitu, preegzystuje w nim od samego początku. Niezbywalną częścią każdej fantazji ukrzyżowania jest fantazja zmartwychwstania. Nasza postawa wobec depresji jest zatem a priori maniakalną obroną przed depresją”.

Czyli przed czym? Przed rzeczywistością psyche, w której nie istnieją stany mniej lub bardziej pożądane, ponieważ każdy stan otwiera jakąś przestrzeń doświadczenia. To tylko heroicznie zorientowane ego dzieli doświadczenia na te, które uzyskują jego autoryzację, i te, które kolidują z jego planami czy zamiarami.

Pytanie nie brzmi zatem, w jaki sposób pozbyć się depresji, ale raczej- co depresja nam odsłania. Hillman posługuje się się tutaj jedną ze swoich ulubionych metafor: rana jest okiem, za jego pomocą postrzegamy takie wymiary rzeczywistości, które inaczej są niewidzialne. W depresji odczuwamy ciążenie ku ciemnemu, zimnemu szkieletowi rzeczywistości. Depresja konfrontuje heroiczne ego z całą iluzją jego mitu opartego na pragnieniu omnipotencji; konfrontuje ego ze śmiercią, skończonością, poczuciem winy, rozbicia czy cierpienia. Przynosi świadomość ograniczenia, niemożliwości a jednocześnie wprowadza bezruch tam, gdzie dominuje aktywność. Wybija nas zatem z automatycznej egzystencji.

[…]

Traktujemy [depresję] jako wroga, którego trzeba zniszczyć wszelkimi siłami; jako przekleństwo, z którego magicznej mocy trzeba się wydobyć, bo sprawia, ze stajemy się w ten sposób „dziećmi gorszego boga” czy raczej dziećmi demona acedii albo demona serotoniny.

Czy zdajemy sobie sprawę […] jak bezlitośnie normatywny jest to punkt widzenia? Jak głęboko stygmatyzuje on ludzi dotkniętych depresją? Jak wpędza ich w poczucie winy i przekonanie, że powinni być zadowoleni i produktywni, podczas gdy nie są do tego zdolni?

Dlatego właśnie powinniśmy na nowo przemyśleć swój stosunek do depresji. To jednak wiąże się z fundamentalną przemianą światopoglądu. Dopuszczeniem do świadomości tragedii wpisanej w ludzkie życie. Odrzuceniem modelu, w którym po Piątku zawsze następuje Niedziela. Bo przecież – wiemy to doskonale- bardzo często nie następuje ona nigdy. W istocie, powiada Hillman, to raczej próby wyrwania się z depresji, odsunięcia od siebie głębokiego doświadczenia tragedii życia, jakie niesie ona za sobą, stanowią prawdziwe zagrożenie. Skutkują bowiem jednostronną, psychopatyczną, maniakalną postawą, która odżegnuje się od każdej formy słabości, koncentrując się przy tym na sile i dążeniu do perfekcji.

Wiem, ludzie cierpiący na depresję wzruszą tu ramionami i powiedzą: oni nie wiedzą o czym piszą, przecież instynktownie ucieka się od bólu, ja tej mgły nie chcę! Ale, myślę, na ten ból składa się także spora porcja dokopywania sobie, poczucia winy i wiara w podział świata na „szczęśliwych” i „tych innych”. Ja mówię sobie: wszystko, co przychodzi ma ludzki wymiar i mojej ludzkiej wartości podważyć nie może. „Taka” też mam prawo tutaj być. Naprawianie, nawracanie na „trwałe poczucie szczęścia”? Ja mówię: Nie, dziękuję, nie jestem zepsutym odkurzaczem.

Cytat z:

Tomasz Stawiszyński „Rewolucja w imię duszy czyli o tym, jakie ukryte i niedostępne innymi drogami wymiary rzeczywistości odsłania nam doświadczenie depresji” w „Potyczki z Freudem”, Carta Blanca 2013

Dodaj komentarz