Konfesja pod lupą

Zaznaczę od razu: nie jest celem tego tekstu podważanie czyjejś narracji. Bajki (nudne) o swoich sukcesach, rozwojach, zwłaszcza w stanie 40+, opowiadają sobie wszyscy, którzy tego szczęśliwego wieku dożyli. Ja czasem też. Z tego opowiadania (jakby w kościelnym języku powiedzieć: „świadectwa”), zaczerpniętego z Mętnego Lustra, wyłuskałam jednak kilka typowych dla pop-psychologii konstruktów. Sam artykuł jest przykładem modnej, ekshibicjonistycznej konfesji. Opiera się na mitach kulturowego, miłościwie nam panującego narcyzmu. Mnie kulturowy narcyzm/ekspresyjny indywidualizm osobiście mierzi, ale z drugiej strony: jest fascynującym, opisywalnym zjawiskiem i zdaję sobie sprawę z tego, że uczestnikom takiej narracji daje poczucie stabilności, sensu, uczestnictwa- jak niegdyś religia.

Warto jednak sobie uświadamiać, że jest to tylko opowieść i że możliwe są inne.

Kilka wątków z materii:

Mit braku wpływu czynników zewnętrznych

„Powodów do bycia szczęśliwą lub nieszczęśliwą upatruję w sobie, w swoim widzeniu i interpretowaniu świata, a nie w czynnikach zewnętrznych”

Współczesna narracja ignoruje istnienie opresji zewnętrznej. Może dlatego, że owa opresja nie jest namacalna. Czymże są „prawa rynku”, „bank”, „bezrobocie”, „terroryzm”, „wojna hybrydowa”, „państwo”? Kogo uderzyć? Niemodne jest więc pisanie o buncie zewnętrznym, zresztą już dawno urynkowionym czy upolitycznionym… Opresja z zewnątrz zmienia się na wewnętrzną: naszym wrogiem stały się „demony wewnętrzne”, „brak rozwoju”, „swoje (w domyśle – błędne) interpretacje”. Samo-opresja pięknie współbrzmi z procesami auto-ekspresji. Im więcej „demonów wewnętrznych”, tym więcej bohaterstwa w „pracy nad sobą” i tym większa koncentracja jednostki na sobie. No, i tym bardziej jest o czym pisać.

„Nie w czynnikach zewnętrznych” to mantra współczesności i niewielu ośmieli się powiedzieć inaczej. Może przez tę mantrę nie jesteśmy w stanie skonfrontować się z otaczającą rzeczywistością? Z bezsensem, z zanikiem sacrum, z bezrobociem, z agresją, z zaczynającą się właśnie wojną, z bezczelnością politykierów, z manipulacją mendiów, z poprawnością polityczną, z niszczeniem Ziemi, z procesami akulturacji i masowym światowym przesiedlaniem taniej siły roboczej… Tytani próbują rozwiązać lokalnie globalne problemy – co oczywiście jest skazane na porażkę – lub też zamknąć się przed cierpieniem „w swoim widzeniu”. „Swoje widzenie” wypiera istnienie „rzeczywistości uzgodnionej”, intersubiektywnie komunikowalnej i przeżywanej, a co za tym idzie: wspólnego działania i protestu. Żyjemy w indywidualnych i grupowych narracjach, w wielkiej wieży Babel, skłóceni między sobą, nadający inne znaczenia słowom. System umacnia ten stan kłamstwem: „poczucie szczęścia jest kwestią twojego spojrzenia”. Daje też technologiczną możliwość odseparowania się od innych narracji, z których część zostaje napiętnowana i usuwana dla podtrzymania iluzji pięknego świata (hejt). Uważam, że taki mit czyni nas de facto bezbronnymi wobec świata. I budzi – w złej a niezawinionej sytuacji ekonomicznej, rodzinnej, społecznej czy też w depresji – samotnie przeżywane poczucie winy za „błędne widzenie i interpretację „.

Mit wszechmocy

„Co się może wydarzyć po czterdziestce? Wszystko, co tylko chcesz.”
 Ech, jakie to typowe, do wyrzygania… „Możesz wszystko, możesz być kim chcesz, chcieć to móc, los we własnych rękach”… Nie ma przypadku, nie ma Losu, nie ma ograniczeń, nie ma Ojca. To – obstawiam- stuprocentowa wygrana konkursu na gównoprawdę wszechdziejów. Po czterdziestce nie da się zrobić wielu rzeczy. Następuje zderzenie z rzeczywistością, z biologicznymi procesami wewnątrz i na zewnątrz. Czterdziestoletnie ciało nie pozwala na wydarzanie się wszystkiego, czego się chce. Wolno się regeneruje po urazach, protestuje bólem na fizyczne przeciążenie. Nie da się już urodzić i wychować dziecka bez „pokoleniowej dziury”. Dostrzega się powolność życiowych procesów, nauki, wzrastania. Trzeba skonfrontować się z wypaleniem, z odchodzeniem pasji, z wewnętrznym dystansem. Z oczywistym faktem, że świat – ten aktywny, młody, dynamiczny – wypycha na zewnątrz, na margines. Drzewa jakie sadzę, być może nie będą owocować za mojego życia, ba! możliwe, że zobaczę ich umieranie na mrozie, zniszczenie pod racicą dzika czy zębami zająca. Wolno tworzy się gleba (1 cm próchnicznej ziemi w lesie tworzy się ponoć 100 lat). Lipa, jaką zasadziłam, nie będzie – za 20 lat- wyższa niż 3-4 metry (jak dobrze pójdzie). Nie zobaczę już majestatycznego, dumnego drzewa. A bardzo bym tego chciała.

Mit nauki o sobie

„Dostałam się do Szkoły Trenerów w Pracowni Psychologicznej Elżbiety Sołtys w Krakowie. Zdobyłam wiedzę, jak to jest pracować z osobami dorosłymi […]. Ale nauczyłam się też wiele o sobie”. „Rok temu podjęłam się wysiłku (bo jest to wysiłek, nie ukrywam) kształcenia się przez kolejne cztery lata w zawodzie psychoterapeuty.”

Życiowym zadaniem współczesnej jednostki jest „stworzenie siebie”,  wybór siebie w drodze do „autentycznego Ja” (cokolwiek by to nie było). To „autentyczne Ja” musi zostać odkryte pracą, wysiłkiem, nauką: twierdzi się bowiem – o paradoksie! – że jest w jednostce utajnione, niedostępne. Odtajnianiu służą określone techniki, które podsuwa rynek. Rynek obsługuje „rozwój” podobnie jak wybrany styl życia. Co ważne: psychobiznes nie jest jedynie rynkową ofertą dla „pacjenta zewnętrznego”. Jest w swoim trzonie ofertą dla przyszłych usługodawców. Psychobiznesmeni sprzedają swoje memy przyszłym psychobiznesmenom, tak by ci mogli utrzymać się z „odkrywania Ja” innych osób. Warunkiem wejścia do rajskiej pracy bez odpowiedzialności (brak ustawy o zawodzie!) jest przyjęcie określonej narracji, języka, schematów i nadzoru. Co znów- o paradoksie!- może być sprzeczne z „autentycznym Ja” przyszłego trenera czy terapeuty…  Być może właśnie dlatego ten fragment rynku usług jest tak skostniały: od kilkunastu lat tkwi w tej samej niepodważalnej, (bo sekciarskiej?) bajce. Z samego artykułu przebijają co rusz zajawki pop-psychologii (rozwój, siebie, więzi, samoświadomość, zmiana… ble, ble), więc ta narracja jest już w przypadku tej grzecznej uczennicy wyćwiczona. Terapeutą zostaje bowiem ten, kto nie podważa krytycznie terapeutycznej opowieści.

 Mit wewnętrznego poczucia bezpieczeństwa

„Ale ponieważ żyjemy też w czasie nieustających zmian, bezpieczeństwo musimy odnaleźć w sobie, nie na zewnątrz. I tego właśnie nauczyła mnie czterdziestka!”

Nie, tego nie uczy „czterdziestka”, ale medialny i kulturowy nakaz narcystycznej autokreacji. Króluje przecież (patrz wyżej) przekaz: „jesteś odpowiedzialny za swoje życie” – w tym za własne poczucie bezpieczeństwa, własne poczucie stabilności. Życie jest auto-projektem, w którym racjonalnie próbuje się zarządzać ryzykiem. Ryzyko nie jest jednak namacalne, tak jak nie ma żadnych namacalnych winnych eksploatacji zewnętrznej. Bezpieczeństwo sprowadza się więc do „poczucia”, „wewnętrznego”, co oznacza de facto „radź sobie sam!” „sam się obuduj!” (lub kup u psychobiznesmenów odpowiednią technikę). Co ciekawe, ten przekaz jest rozpowszechniany w świecie, gdzie legenda zewnętrznego bezpieczeństwa się kończy i zaczyna się trzecia wojna światowa. Czyż przez koncentrację na „wewnętrznym” nie stajemy się w zasadzie bezsilni w „zewnętrznym”?

Ja wartości „wewnętrznego” nie neguję, ale to nie może być jedyna narracja, bo istnieją uwarunkowania zewnętrzne i one mają wpływ. Swoją drogą: nie ma nic bardziej kruchego niż iluzja poczucia bezpieczeństwa. Przecież żyje się i umiera przez przypadek, o krok, „o włos od zbiegu okoliczności”, jak pisała Poetka. A to przeraża, prawda?

 Mit konsumpcji i wyboru

„żyjemy w kulturze materialnej, gdzie aby przetrwać, musimy „mieć”…

„Jestem dla siebie dobra, dbam o siebie, starając się nie tracić czasu na sprawy i ludzi odbierających mi energię. „

Wielkim kłamstwem jest to, że „mieć” jest kwestią przetrwania. Konsumpcja jest w kulturze znakiem określonego lajfstajlu, manifestacją osiągniętego miejsca w społecznej hierarchii, ba! manifestacją stopnia osiągniętego uduchowienia/samoświadomości. Mieć oznacza być. To „mieć” służy zaznaczeniu i utrzymaniu rangi w porządku dziobania. Jest znakiem autoekspresji  i konkurencji (każdy chce się wyróżnić, w ten sposób nie wyróżnia się nikt…)  To inni określają, co jest wartością i co „trzeba mieć”, by zaistnieć w społecznej wymianie. Czy cool jest warsztat „świadomych związków”, lekcje produkcji serów czy najnowszy gadżet… Nad-konsumpcja wynika przecież nie z dowolnego wyboru, ale narzuconego przez kulturę modelu życia. Gdzie tu miejsce na jakieś „przetrwanie”?

Co więcej, konsumpcja idei, usług i rzeczy stała się współcześnie sztuką, zaznaczoną zwłaszcza w miejskiej klasie średniej (a w cytowanym artykule mamy taki przypadek). Wyrafinowanie gustu, smak, marka, narracja, prawo/możliwość wyboru określa miejsce w społecznej hierarchii. Wartością jest wolny czas (na co go poświęcić?). Wypowiedź powyżej jest autorstwa świadomej konsumentki, która wie, że modnym wyborem (czytaj: skoncentrowanym na narcystycznym „budowaniu Ja” dzięki rynkowi usług psycho) tworzy się swój (ochronny, indywidualny) styl życia i zaznacza społeczny status. Świadomość konsumpcji nie jest jednak przywilejem osób po czterdziestce. Jesteśmy wszyscy skazani na konsumpcję, nawet na konsumpcję buntu.

Mit troski o siebie

„U mnie to, co się pojawiło, było konsekwencją zmiany myślenia, zmiany podejścia do świata i siebie, pragnienia bycia przy sobie i bycia dla siebie – w dobrze rozumianej trosce o siebie.”

 

„Bycie przy sobie” ma jednak ciemną stronę. Po tej ciemnej stronie czai się bezradność, dziurawy płaszcz niepowodzeń, niemożliwych do zabliźnienia ran. „Blisko siebie” jest pustka i tęsknota, jakże niewygodne. Oznacza również zakończenie etapu chłonności, elastyczności, otwarcia na to, co nie jest oswojonym schematem.

Jestem daleka od poprawności politycznej,

choć niewątpliwie subiektywna. Dodam od siebie:

Czterdziestka to etap głębokiego kryzysu. Początku starczej (czy gorzkiej?) mądrości. Chaosu – bo okazuje się, że krzątanina i zakorzenienie trzydziestki w świecie są czystą iluzją, którą podważy przypadek. Tak naprawdę, w tym wieku nie ma się nic światu do zaoferowania – przychodzi bowiem zrozumienie, że świat płynie swoją drogą, każdy musi uczyć się na swoich błędach i nikt przecież nie słucha starszych. Nigdy – jako dwudziestka, trzydziestka- nikogo się słuchałam, a już z pewnością nie „dobrych rad”, „świadectw” i „doświadczenia starszych”.

Napiszę serio: zazdroszczę Autorce potężnego, zakupionego, wgranego przez psychobiznes pancerza banałów i iluzji. Tak samo jak zazdroszczę wierzącym, że wiedza, dysonans ani świat wyjący z bólu (jakby się dobrze wsłuchać) nie są w stanie zedrzeć z nich zbroi „prawd oczywistych” czy wizji „Bożego miłosierdzia”. Ale napiszę to, co jest starannie w temacie zamiecione pod dywan (sous-jacent):  czterdzieści plus to czas otwarcia się na śmierć, umieranie. Na niespełnienie; na to, co się nie wydarzyło i wydarzyć już nie może. Na bezmiłość, na nagłe lub powolne odejście bliskich; na egzystencjalny ból, którego nie da się przesłonić „bezmyślnym uśmiechem podlotka”, banałem „pogody ducha” ani płytkim samozadowoleniem. To etap godzenia się z odchodzeniem stąd. Ciało i duch przygotowują się już do śmierci – niezależnie od woli. Już nie ma czasu. Można temu próbować zaprzeczyć „dynamicznym stylem życia”, „fejmem”, kolejnym związkiem czy „iluzjami bycia potrzebnym”, ale Śmierć jest tuż, jest już realna – i pewnie stąd to zaprzeczanie czy uderzenie w stronę wybiórczej konsumpcji idei i usług. Czy w takie buddyjskie ćwiczenia. Śmierć, umieranie, rozkład wypchnęliśmy ze zbiorowej narracji, stąd zapewne takie pokrętne, egocentryczne i radosne świergotanie o osiągnięciu „życiowej pewności”. Nie wypada przecież napisać w środku obowiązującego mitu nieskończonego rozwoju, zdrowia, młodości i sprawności, że oto zaczyna się wyboista, niewątpliwie pewna acz niekontrolowalna droga ku Niczemu.

O paradoksie: droga cholernie indywidualna.

*
PS. BTW, Czy w ogóle da się napisać coś o sobie, nie wchodząc w koleiny obowiązującego dyskursu? Czy do tego trzeba geniuszu czytaj: zerwania z kanonami, zburzenia świata? Na ile jesteśmy indywidualnościami a na ile nosicielami memów? No i zaczynam rozumieć, dlaczego książki pop-psychologiczne są tak gównianie powtarzalne – nie wychodzą poza obowiązującą kulturę indywidualizmu i mają być jedynie dowodem czyjeś wymęczonej „pewności siebie”. To, moim zdaniem, mało i to widać.
I -obawiam się- nie będzie już drugiej Osieckiej. Ani opisu „sytuacji podmiotu lirycznego” z tekstu „Szpetni Czterdziestoletni”, z którym akurat dusza moja się (nerwowo) utożsamia.
Tu w wykonaniu Magdy Umer: https://www.youtube.com/watch?v=aYfh7iyH3CA

***

Cytaty

pewnie rozpoznane, ale dla porządku napiszę:

 

Wisława Szymborska „Wszelki wypadek”

Jeremi Przybora „Ciepła wdówka na zimę”

 

Zajawki z artykułu:http://zwierciadlo.pl/psychologia/zycie-zaczyna-sie-po-czterdziestce

 

Inspiracje

Małgorzata Jacyno Kultura indywidualizmu PWN 2007

Dodaj komentarz