Na marginesie: upupienie

Odbyłam ostatnio kilka pouczających internetowych rozmów. Do warstwy merytorycznej się odniosę w innym wpisie, dziś refleksje na marginesie. Nad poziomy ulecę, na poziom meta. Ja też mogę.

Rozmowy te rozwijały się obiecująco do momentu, gdy coś się przesterowało… klik, pac, szur…  i nagle wypłynęliśmy na zupełnie inne Głębie.  Ku mojemu zdziwieniu komuś zachciało się nagle zająć, za przeproszeniem, moim nieciekawym tyłkiem, porzucając argumentację i trudne, choć przyjemne, dochodzenie do jakichś wniosków czy wnoszenie czegoś do merytorycznej rozmowy.

Przeszliśmy magicznie do argumentów ad personam i na poziom meta wypowiedzi. Czyli częstego dość w rozmowach o psycho-kulturze „diagnozowania”. Celują w nim osoby w terapii lub po terapii, z głowami zmoczonymi psychoanalityczną wulgatą. Robią to, oczywiście, z troską.

Oto przykład takiego zaćmienia komunikacyjnego. Oszołomiona, dowiaduję się nagle w środku korespondencji, że przed czymś się bronię: „korzystałaś z psychoterapii, czy może powinnaś skorzystać, a się bronisz?” i jaki mam problem: „I tutaj pokazuje się twój problem. Wchodzisz, temat podejmujesz, wdajesz sie w dyskusję, ujawniasz swoje poglądy, wchodzisz w relację i co?”. Ktoś, kto mnie nie widział na oczy, mówi nagle o czym marzę, do czego dążę, no- co najważniejsze- czego nie potrafię:

„Nie potrafisz przejść z etapu – macie mnie kochać wszyscy bezwarunkowo do etapu – bezwarunkowo może mnie kochać tylko kilka osób…”

Jestem zmuszona do przyznania, że ludzie komunikują się ze sobą tylko dlatego, żeby zostać ocenieni i zaprezentować swoją osobę.

„Jeżeli nie masz ochoty by ktoś odbierał twoją osobę i reagował na twoje wpisy, to po co tutaj piszesz? Jak chcesz wdać się w dyskusję, ale tak żeby nikt nie reagował na twoje wpisy? To co piszesz to TY”

A po clou programu: „nie sądzę żebyś miała blade pojęcia o tym, czym jest i jak wygląda relacja terapeutyczna.” wszystko zdąża ku paroksyzmowi szaleństwa z flanki: „nie zostawiaj jej teraz, bo powaznie twojej wiedzy potrzebuje. Tylko nie potrafi tego powiedziec. Ja to czuje i pisze o tym.” Cóż, teraz trzeba mnie ratować i to szybko, bo nie wiem, co czynię, co czuję i co myślę. Tatusio-mamusie za to empatycznie czuwają i nie dopuszczą do mojej niemowlęcej katastrofy. Oj, zalałaś się soczkiem…

Znane? Nasi rozmówcy wchodzą łatwo w rolę tatusia/mamusi. Oto czujny na głos „dzieciątka” tatuś zauważy, że ośmielamy się mieć poglądy i oceni, czy mogą się one zmieniać, oraz wygłosi ze szczytów, co tak naprawdę robimy, robiąc to, co robimy. Oto mamusia zadba o nasze samopoczucie, nas odzwierciedli i pomoże rozwiązać nasze wczesnodziecięce domniemane konflikty. To, co czujesz, to złość, kochanie.

Nie chodzi mi tylko o internetowe przejawy agresji czy nasze skromne „teorie umysłu”, które każdy sobie zabawnie układa. Ani o to, jak szybko, nieświadomie i po ludzku, wypełniamy wór niewiedzy swoimi fantazjami. Problem wydaje mi się szerszy. Uderza mnie pewne zjawisko, którym oddychamy, które nas otacza, a które trudno – bez zapisu – we właściwym momencie uchwycić. I ważna wydaje mi się świadomość tego procesu, czujność na to, gdy traktowani zaczynamy być (jesteśmy?) jak dzieciaki. Gdy ktoś lub coś – instytucja, organizacja, osoba prywatna, Korporacja, System – zaczyna do nas mówić „jak do żony” czy niemowlaka. Bo wtedy na „gugugu”, odpowiadamy nerwowym „gugu cium” i się wdzięcznie obśliniamy, tłumacząc. O to zresztą, zdaje się, chodzi. Gugugu, mówią politykierzy, banksterzy, administracja, lekarze, księżulkowie i Inne Figury-Sami-Wiecie-Jakie. Gugu? mamroczemy upupieni, sprowadzeni z roli partnera czy właściciela do roli debila.

Obiecuję, że następny wpis będzie merytoryczny. Choć poppsycho-świat tatusio-mamuś właśnie na upupieniu się opiera.
Jednym się pocieszam, że ci, co wchodzą w rolę Rodziców Nas Wszystkich mają cholernie trudne życie. Ludzkość jest podła, niewdzięczna i ma odruch reaktancji na troskliwe podcieranie tyłka.

Dodaj komentarz