O stawianiu granic refleksyjka

Za radami pop-psychologów intensywnie „stawiamy granice”. Kto nie umie, ten się uczy na warsztatach. No i w życiu też. Nie jest to takie głupie w niektórych sytuacjach: trzeba stawiać granice dziecku i warto sygnalizować Innemu, że coś boli- zwłaszcza w intymnych relacjach. Mówić otwarcie o oczekiwaniach (jeśli sytuacja społeczna pozwala), negocjować, dyskutować. Założenie owej koncepcji „stawiania granic” wydaje mi się jednak brutalne: oto świat niepohamowanie zagraża i rani, i jeśli się nie obronisz – zginiesz.

Przeczytałam kiedyś o takiej wypowiedzi psychologa: „jeśli komuś będzie przeszkadzało, przecież może postawić granice”. Można wyciągnąć stąd wniosek: jeśli ktoś nie zaprotestuje, to oznacza, że to co się dzieje, mu nie przeszkadza. Co więcej, twierdzi się na treningach asertywności, że „stawianie granic” nie powinno budzić poczucia winy – nawet w sytuacji moralnego obowiązku poddania się wyższej wartości niż Ja. Jest bowiem skutkiem „autentyczności”, kolejnego współczesnego pop-psychologicznego ideału. Każdy powinien się otorobić i dbać o siebie, o swoje „prawdziwe Ja”. Oto wizja człowieka samosterownego, silnego, samotnego, przywodzącego mi na myśl self-made mana. Obywatelu, zrób sobie dobrze sam. Niestety,  jedni potrafią wyrazić swoją dezaprobatę i owe „granice stawiać” a inni nie. Ci co nie potrafią, liczą często na odpowiedzialność „sprawcy” i na kulturowe, społeczne role, w których nie wypada (czy nie godzi się) czegoś mówić i czegoś zrobić wobec bliźniego. I na potępienie „sprawcy” ze strony innych, jeśli te kulturowe granice przekroczy. Taki savoir vivre czy kodeks honorowy to kiedyś załatwiał. Załatwiał też porządek sprawiedliwości.

Odnoszę wrażenie, że minęliśmy już granice zdrowego rozsądku w kwestii „stawiania granic”. Idąc tokiem rozumowania: „nie stawiasz granic, twój problem”, dochodzimy do takich ocen: gwałtu nie było, bo ofiara się nie broniła; jeśli pracownik nie protestuje wobec nadgodzin, znaczy że można go zalać nadprogramową pracą; prostytutka jest (sobie sama) winna, bo nie postawiła się alfonsowi. Kobieta żyjąca w przemocowym związku jest sobie winna także, bo nie stawia oprawcy granicy i po raz setny nie wzywa policji. Możemy zalewać innych swoim „ja, ja, ja”, a jeśli milczą, to znaczy, że to akceptują (a nie że są zniesmaczeni czy zażenowani). Wysłuchujemy tasiemcowej telefonicznej informacji o durnych promocjach, dopóki nie postawimy granicy i nie odłożymy słuchawki. Producenci i sklepikarze wcisną nam niezdrową czy zepsutą żywność, licząc na to, że nie zaprotestujemy i nie złożymy reklamacji. Korporacja w postaci miłego pana w krawacie zaleje nas 20 stronami drobnego druku umowy dla specjalistów, ale przecież podpisaliśmy ją (nie postawiliśmy granicy) i płacimy teraz za coś, o czego zakupie nie mieliśmy pojęcia. Brzmi znajomo?

I teraz pytanie: czy etyczne nadużycie w sytuacji, gdy druga strona nie „stawia granic”, nazwiemy ciągle etycznym nadużyciem (gwałtem, kradzieżą, przemocą, oszustwem, manipulacją)? Jeśli odpowiemy „tak” (z pochwały godną ostrożnością wobec pop-psychologicznych pomysłów) to okazuje się, że odwołujemy się do uniwersalnych pojęć etyki. Postawa: „nic się nie stało, bo on nie zaprotestował” jest moralnie chybotliwa.

Przyjmując ideologię „stawiania granic i odpowiedzialności za swoje granice” odpowiedzialność za nasze czyny rozkładamy tak naprawdę na dwie osoby. To nie jest wewnątrzsterowność tylko moralne wygodnictwo. Wewnątrzsterowność jest wtedy, gdy sami się pohamujemy, sami odniesiemy swoją postawę do – choć nierealnych, ale obiektywnych – międzyludzkich wartości. I zapytamy się: czy jest potencjalna możliwość zrobienia komuś krzywdy tym, co robimy lub mówimy, nawet jeśli ten nie protestuje ani nie wyraża jasno swojego zdania? Musimy, myślę, odwołać się przy tym do jakiejś obiektywnej etycznej, społecznie zaakceptowanej i wypróbowanej postawy a nie do naszej „autentyczności” czy „naszych własnych wartości”. Wyjść poza ja, moje, mi. Trzymając się (ignorującej kwestie etyczne) koncepcji „stawiania granic” mamy wieczną walkę, nieufność, nieustanną rewolucyjną czujność, Agresywną Obronę Granic i przyzwolenie na chamstwo. Oraz spam dookoła. I państwo o niskim poziomie społecznego zaufania, w którym żeby żyć trzeba budować mury.

No i także psychologów, „leczących” nas ze stresu.

Dodaj komentarz