To nie sztuka

Po co nam rozwój osobisty?” pyta (i odpowiada) Leszek Kapler, psychoterapeuta, terapeuta uzależnień i trener rozwoju osobistego. Sama chciałabym wiedzieć i ciekawa jestem odpowiedzi.

Najpierw pojęcie rozwoju. Rozwój ma być związany z „wkroczeniem na jakiś inny – wyższy niż dotychczasowy poziom funkcjonowania, zbliżający nas do osiągnięcia pełni, wewnętrznej całości, a co za tym idzie, do doświadczenia poczucia spełnienia, satysfakcji, a często także swoistego szczęścia.” Autor zapomina jednak, że szczęścia doświadczają także osoby niedojrzałe, dzieci, osoby niepełnosprawne umysłowo. Osiągnięcie jakiś mitycznych pełni nie jest warunkiem odczuwania zachwytu, spokoju czy radości.  Ponoć 80% Polaków deklaruje poczucie szczęścia. Wątpię jednak patrząc na nasze życie polityczne, niski poziom społecznego zaufania czy wieczne pieniactwo aby cztery piąte rodaków osiągnęło jakąś wewnętrzną doskonałość. Rozwój osobisty nie jest więc warunkiem poczucia spełnienia czy szczęścia.

Autor stawia znak równości między życiem a rozwojem. Pięknie by tak było, ale niestety, myli tutaj wyraźnie rozwój ze zmianami. Niewątpliwie życie to wieczna zmiana, ale czy postęp? Nasz umysł pospiesznie i na wpół świadomie ocenia, czy wydarzenie jest dobre czy złe. Czy to dobrze czy źle, że Chińczykowi z anegdotki uciekł koń? Ocena czy zmiany życiowe są korzystne czy nie, zależy od systemu wartości i wizji życia idealnego, wymarzonego. Od narracji, jaką o swoim życiu sobie tworzymy.

Życie ma być Nauczycielem, przygotowuje „lekcję do nauczenia”, „pragnie wesprzeć” coś w nas i „rozwinąć na wyższy poziom”. Oto Życie antropomorfizowane, celowe, planowe. Jest to, uważam, bardzo częsta iluzja konsumentów idei rozwoju osobistego. To iluzja ładu, siły, zewnętrznej mądrości, przez wierzących utożsamiana z Opatrznością. Życie jednak nie ma celu a procesy życiowe wokół nas są obojętne: obojętne jest drzewo za oknem, mikrofauna harcująca na klawiaturze mojego laptopa czy sąsiedzi za ścianą głośno uprawiający seks. Co więcej, życie jest czysto przypadkowe i losowe; przypadkowa jest konfiguracja genów naszych rodziców, określająca naszą osobowość, nasze predyspozycje łącznie z preferencjami ogórkowej czy pomidorowej; przypadkowe jest środowisko, w jakim wzrastamy. Nie jakieś osobowe Życie, ale człowiek sam organizuje sobie bezładne doświadczenia w historie. Z losowych wydarzeń buduje swój świat i określa w nim swoje Ja, które tak naprawdę nie jest niczym innym jak niezbędnym złudzeniem stałości umożliwiającym przetrwanie.

Osoby dbające o swój rozwój mają „doświadczać mocy„, przepływu, stanu „szczytowo dobrej formy”. „Czujemy wtedy przypływ energii, jesteśmy ożywieni, chce nam się żyć, działać, podoba nam się świat” pisze Autor, „jesteśmy przepełnieni optymizmem i wiarą w powodzenie różnych działań, myślimy sprawniej, nie przejmujemy się niepowodzeniami” etc. Ma się ten stan pojawiać w sytuacjach, gdy „zobaczymy coś naprawdę pięknego, gdy udało nam się zrealizować trudne zadanie, zakończyć jakąś ważną dla nas pracę, osiągnąć cel, gdy nas za coś chwalono, […] gdy „nasi wygrali” w jakiejś słusznej sprawie…gdy byliśmy na łonie natury wdychając jej zapach, obraz”.  Według mnie to nie opis „mocy” ale psychicznie zdrowego człowieka. Stan to normalny i oczywisty w zetknięciu z dobrem czy pięknem (cokolwiek to będzie), który przeżywałam i w przedszkolu i teraz, pół wieku później, nie rozwijając się specjalnie świadomie i „osobiście” po drodze. Za to ten motyw „mocy” wydaje się być ludzkim marzeniem wynikającym właśnie ze słabości, bezbronności, bezradności każdego z nas.

Rozwój ma być „osobisty”, żyjemy wszak w czasach indywidualizmu i oddychamy ideą, że każdy jest inny. Idziemy więc po omacku, wysilając się na „poznanie siebie”. Ale czy na pewno tego chcemy i czy owo poznanie jest możliwe? Człowiek jest sytuacyjny, zmienny, wielowątkowy, wieloprocesowy, zaskakujący – nawet dla samego siebie. Psychologia z trudnością definiuje Ja. Ja to fałszywe uproszczenie. Jesteśmy szeregiem doświadczeń zmysłowych, na poły świadomych, organizowanych w coś spójnego i ciągłego; ogromem procesów, które owa koncepcja Ja ma porządkować i upraszczać.

Więc po co ten rozwój? Autor powoli dochodzi do sedna: „W dbaniu o rozwój osobisty chodzić będzie w szczególności o różne umiejętności zarządzania sobą, kierowania rozwojem, pogłębianie samoświadomości, korzystanie z zasobów i wykorzystywanie życiowych lekcji do wzmacniania tego procesu”. Ludzie „rozwijający się osobiście” zarządzają swoim życiem. Zarządzają czyli wg podstawowej definicji: planują, organizują i kontrolują. O tym, jak można planować, organizować i kontrolować  proces starzenia się, gojenia się ran, swoje ciało; jak planować, organizować i kontrolować emocje, które przypływają i odpływają; jak planować, organizować i kontrolować wypadki i zbiegi okoliczności, Autor milczy. Za to co do jednego jest pewny, bo to leitmotiv współczesnych idei rozwojowych: najważniejsza w procesie rozwoju ma być „aktywność na rzecz samego siebie”, analiza „czego chcę – dla siebie, od życia, od innych”. Oto współczesna pochwala egoizmu i człowieczeństwa jako chodzącej, ucieleśnionej inwestycji.

Współczesny człowiek funkcjonujący „na wyższym poziomie” ma hołdować wartościom samokontroli, sprawności, produktywności: „Z samokontrolą możemy skoncentrować się na aktualnym zadaniu, maksymalizując przez to produktywność, jakość, satysfakcję. Osoba wdrożona do samodyscypliny …. doznaje radości, wesołości i zadowolenia wynikających ze zrealizowania zaplanowanych celów […]. Proszę, oto filozofia Zachodu w pigułce: skuteczne działanie przeciwstawiające zmianę wschodniemu ideałowi trwania. Mamy też echo teorii zarządzania, kapitalistyczny ideał produktywności, sprawność egoistycznej fabryki Forda, w której wszystkie samochody czarne. Oto życie z certyfikatem ISO. Tożsamość, sposób działania jako zasób, którego się używa, żeby dostarczyć sobie przyjemności. Zamienić się w niekłopotliwy, samoorganizujący się, sprawny, zapatrzony w siebie „zasób ludzki” – tak odczytuję dzisiejszy ideał „rozwoju osobistego”.

Nie piszę tego wszystkiego ze złośliwą myślą, że propozycje Autora są całkowicie bez wartości. Dobrze żyć świadomie czy działać skutecznie. Z pewnością jestem zwolenniczką rozsądnej, samodzielnej introspekcji. Jednak to, co proponuje Autor, jest w moim odczuciu procesem jałowym niczym rozregulowana fabryka w „Edenie” Lema. Tradycje religijne i filozoficzne, techniki zdobywania „mocy” (cokolwiek to jest), o jakich wspomina Autor, w jego wizji wydają się ogołocone z najważniejszego: z celu. Bo celem w ujęciu tych tradycji nie jest skuteczne i sprawne działanie dla samego działania. Wielkie filozofie i religie mówią o dotarciu do transcendencji oraz o aktywnej postawie szacunku i współczucia dla bliźniego. O porzuceniu siebie, o wycofaniu ego, o kenosis.  Rozwój niczemu nie służy, jeśli nie ma w nim drugiego człowieka jako celu samego w sobie i złotej zasady niewyrządzania zła, nieczynienia drugiemu tego co nam niemiłe. Najważniejszą godziną jest zawsze ta obecna! Najważniejszym człowiekiem jest zawsze ten, który akurat stoi przede mną! Dziełem najkonieczniejszym jest zawsze miłość!” pisze Mistrz Eckhart. Jakże to inne od „zarządzaj sobą i korzystaj z zasobów”.

Przerażają mnie ludzie, deklarujący dbałość o „rozwój osobisty” czy duchowy, ale z nienawiścią czy z pogardą odnoszący się do innych (nie mam tu na myśli Autora, rzecz jasna). To nie sztuka wytrenować sobie mózg, sztuka sprawić by rozumiał ludzi, śpiewała niegdyś wcale nie głupio Alicja Majewska. To nie sztuka wleźć na meblościankę „wyższych poziomów rozwoju”, sztuka zobaczyć stamtąd drugiego człowieka.

Inspiracje

Karen Armstrong, „Spór o Boga”, VIK, Warszawa 2011

Dodaj komentarz