Wróbel

Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecięce.

Paweł z Tarsu, I List do Koryntian

Dawno, dawno temu, mniej więcej ubiegłej jesieni, był sobie szary wróbel, który zamieszkał w mieście wśród innych wróbli. Pewnego wieczora, kładąc się spać w bezlistnym już krzaku ligustru, popełnił błąd. Lecąc, trafił w wąskie, ułożone zdradliwie na skos metalowe szczebelki bramy i w nich ugrzązł. Takiego go zastałam: szamoczącego się, zakrwawionego, ze szramą wytartych piór na głowie i karku, z główką wykrzywioną pod dziwnym kątem, usiłującego resztkami sił przepchnąć się przez szczebelki na drugą stronę. Ciemno już było i lało mocno.

Jasne, trzeba było wróbla wyciągnąć, zanieść na własnych rękach do weterynarza i ewentualnie dobić, żeby nie cierpiał… Jak ktoś chce, może we mnie rzucić kamieniem, bo spłoszyłam się tym cichym misterium konania i nie zrobiłam tego. Po dłuższym czasie refleksji postanowiłam jednak się przemóc, wrócić do bramy, obejrzeć zakleszczonego biedaka dokładniej i spróbować wyciągnąć z opresji lub dobić. Było już za późno. Zmoczone ciało wróbla zawisło na płocie. Wisiało tak dwa dni w obojętności świata, potem spadło. Usunął je cieć lub gawron padlinożerca, bo dzikich kotów u nas niet.

Obchodziłam wróbla szerokim łukiem- uprzytomnił mi własne cierpienie i tchórzostwo. Nie da się ukryć, jestem pan narrans, i natychmiast zobaczyłam w wróblu swoją własną bajkę. Ukrzyżowany Wróbel, Wróbel walący Głową na Oślep, Wróbel, któremu się Nie Udało. Oto człowieczy los, nieprawda? I tak, wróbel został symbolem w ludzkim świecie, kluczem do jednostkowych pokładów bólu.

Ukrzyżowany wróbel nagnał także kilka uśpionych wspomnień:  oto mam dziesięć lat i uparcie wrzucam z powrotem do gniazda bezradne pisklę sikorki bogatki. No, jak to? Pewnie przez przypadek mama bogatka wyrzuciła, takie malutkie, bezbronne. Pewnie się pomyliła. Świat NIE JEST taki. Więc, ja -hop, pisklaka w dłonie, i do dziupli. Mama bogatka (lub podstępny braciszek bogatek) okazali się tak samo uparci jak ja, i pisklak -coraz bardziej wykańczany naszym uporem- lądował coraz to pod dziuplą. Bogatka wygrała i dziś mam nadzieję, że dramatycznie nie zakończyła lęgu. I drugie skojarzenie: moja (?) na wpół dzika kotka, obdarza mnie zaufaniem i dopuszcza do gniazda, gdzie jej nowo powite dzieci. Wielki, podniosły moment, celebracja życia. Czwórka, nie… trójka. Czwarte kocię mamunia zagryzła osobiście, objadła mu łapkę do kości, po czym  – korzystając z pierwszej nadarzającej się okazji – wyniosła zwłoki poza gniazdo. Miałam do kotki – z głębi mojego dziesięcioletniego serca- o to wielkie pretensje. Świat NIE MOŻE być taki. To się NIE DZIEJE.

A jednak.

O , bogowie, wybaczcie ludzką małość.

Wracając do wróbla: ktoś zasugerował mi, że przecież mógł pomóc Eko Patrol Straży Miejskiej. Hmm… Po głębszym zastanowieniu, stwierdziłam, że to byłoby mało eko. Taki patrol paliwa kopalne zużywa a i jego samochód rozkładać się będzie latami. I smrodzi, zatruwając środowisko miejskie – dla ludzi, zwierząt, ptaków, roślin –  jedynie po to, by dokonać rzeczy bardzo mało ekologicznej: przerwania naturalnego łańcucha pokarmowego.

Oczywiste jest, że potrzebujemy ochronnych narracji i usensowienia. Mam wrażenie jednak, że -w naszej kulturowej narracji – utkwiliśmy w punkcje dziesięcioletniego dzieciaka uparcie niezdolnego do zaakceptowania tego, że świat TAKI jest.  Nakładamy etykietki eko, wege, „bronimy życia”, piszemy bajki, gdzie krew się nie ma prawa lać, ale to tylko dlatego, że nie jesteśmy w stanie – w plastikowym kokonie żyjąc – zbliżyć się do życia takiego jakie jest: z jego okrucieństwem, bezsensownością cierpienia (z naszego punktu widzenia), z jego obrzydliwością (z naszego punktu widzenia), z rozkładem i życiem wyrastającym na nim radośnie i obojętnie (z naszego punktu widzenia). Zbliżyć się do naszej własnej zdolności do zabijania, żywienia się czerwonym mięsem, do chęci uzyskania korzyści. Przyjmujemy za to narracje rajskiej harmonii. Bogatki nie wyrzucają z gniazd słabych piskląt, kotki nie pożerają swoich dzieci, ludzie będą się harmonijnie się komunikować „językiem żyrafy” – tylko jeszcze trochę wysiłku. Ahinsa jest takim samym pięknym absurdem jak „wszechogarniająca chrześcijańska miłość bliźniego” – niemożliwa do zrealizowania na ziemi tej ziemi, ale niektórzy posthumaniści argumentują, że świat jest po prostu źle urządzony, da się nakarmić zmutowane genetycznie lwy trawą, niezmutowanych ludzi soją a zadowolone zmutowane koty będą wkrótce żyć  obok spokojnych zmutowanych bogatek. Wszechogarniające szczęście to jedynie kwestia technologii, jak twierdzi David Pearce. Jak to bliskie opowieści farmakoterapii…

Eko-utopiści, abolicjoniści cierpienia mówią: jesteśmy jedynie częścią systemu Natury, taką samą jak inne jego elementy. Natura jest jednak wadliwym systemem (cierpienie naszych braci mniejszych, równych nam elementów systemu), możemy więc poprawić nieudane Stworzenie – bo możemy. Natura to tylko system do przeprogramowania, zresztą tyle razy przeprogramowany przez nas już (życie miejskie, multikulti, ubrania, zabójstwo chorobotwórczych wirusów…) – czemuż więc nie przeprogramować go etycznie? (brak cierpienia, szczęście, powszechny wegetarianizm). Oprócz tego, że jest wewnętrznie niespójny, ten dyskurs ukazuje ciekawą ścieżkę rozwoju: nasza obserwacja (zwierzęta mają świadomość) zamienia się w narrację (zwierzęta cierpią), potem w ideologię (żadnego cierpienia ma nie być), a ta znów wpływa na obserwację (opracować taką technologię żeby nie było cierpienia). Ekologia-nauka zmienia się w ideologię ekologiczną. Podobnie się stanie, jak przypuszczam, z permakulturą. Z sensownego, opartego na obserwacji i wiedzy projektowania biosystemów zmieni się w kostniejącą, utopijną ideologię. Już zaczynają się płomienne dyskusje „co jest dozwolone w permakulturze…”.

Dodaj komentarz