Wybaczcie mi, dalekie wojny

Cóż stąd, że umieramy? Życia jest wciąż tak dużo… Wszystko mija, a nic się nie zmienia. Po złotym tle wciąż płyną szare obłoki…
Basia Niechcic

Czasem zastanawiam się, co mają w głowach ludzie, którzy „walczą o dobro świata/Ziemi” i jakie problemy osobiste podkładają pod ów „świat/Ziemię”. Po co im taki podniosły, tragiczny, wręcz histeryczny, dyskurs i dlaczego usiłują zadławić się własnym sarkazmem i rozpaczą na złość babci. Inspiracją do tego wpisu jest jeden z blogów lisiego natemat.

„I mówili zmiana klimatu”… Ziemia się zmienia, pod wpływem ludzkiej globalnej działalności także. Tak jak zmieniała się zawsze i zawsze będzie. Były kiedyś kangury kilkumetrowe, ptaki moa, olbrzymie ważki i pteranodony. Nie było kiedyś trawy. Były cywilizacje, jakich już nie ma. Co rodzi się, musi umrzeć, co umiera daje życie – jaki to banał a jednak powszechnie nieprzyswojony… Cykl Życie-Śmierć-Życie, kończy się jednak na życiu, bo życie przetrwa, przechodzi z formy w formę. Jednak, tych co „kochają Ziemię” czy „Naturę” dziwnie taka cudowna, naturalna zmiana form nie cieszy. Ich przerażenie budzi fakt, że owe zmiany są inne niż wizje z ich egocentrycznych, małych snów a gatunek homo sapiens w tych zmianach może się nie zmieścić. A jakie to poszanowanie praw Natury, gdy chce się wywinąć z Jej jurysdykcji?  Obrońcy „umierającego świata”  tak naprawdę bronią swojego „światka”, w którym nie może być Śmierci i płaczą, gdy Natura chce na nim dokonać oczywistej egzekucji. Piszą o „obowiązkach wobec Stworzenia”, obrażając się jednocześnie na antropocentryzm; przy tym zapominają, że człowiek podlega takim samym biologicznym prawom jak bakterie a „Stworzenie” radzi sobie samo. Wypierają ludzką biologię (np. wszystkożerstwo) i to, że Matka Natura wykorzysta skrzętnie ich ciała i ciała ich dzieci,  które to ciała wzbogacą glebę i w ten sposób spłacą dług wobec życia. Nie zmarnuje się z nas nic, nawet memy, jedynie bezlitośnie zmieni formę. Czy utylitaryzm biologii pozbawionej łagodzącej nakładki ludzkiej narracji przeraża? Czy przeraża niewzruszoność drzewa znaczonego znakiem śmierci, przyszłego wyrębu – a mimo to gotującego się do kwitnienia? Pewnie większość przeraża, choć mam nadzieję, że mądrych nie, bo wiedzą, że śmierć to życie a nie koniec.

Na strach wobec śmierci  ludzie przykładają sobie plasterek bajek. Mnożą się więc apele o ograniczenie spożycia mięsa/konsumpcji. A wobec milczenia i wzruszenia ramion odbiorców – sarkazm i narracje rozpaczy. W tym wszystkim sięga się po obce ideologie (np. weganizm czytaj: programowe uzależnienie od producentów suplementów wit. B12 oparte na swoistej religii), ideologie podsuwane przez System, które zajmą czymś małego człowieka i dadzą mu złudne poczucie sensu i kontroli („dużo chodliwszą i niebezpieczną używką [niż propaganda] jest tani sens” pisze Piotr Jaczewski). Rozbrzmiewa obce a puste „penitenziagite!”, echo chrześcijańskich ruchów milenijnych, heretyckich, i rozwija się kolejna opowieść o Apokalipsie, Sile Wyższej, która ukarze. I próba manipulacji poczuciem winy – o, to stary, dobry chwyt. Apele brzmią nam fałszywie, bo są skierowane do narodu żyjącego bez oszczędności, za 1500 zł miesięcznie lub na kredyt, po przymusowym poście komunizmu i wojny. Oburza wdrukowywane poczucie winy, bo to nie Polacy „nad-konsumują” i „nad-produkują”; nie oni przenoszą „brudną” produkcję tam, gdzie można syfić bezkarnie, nie oni wymyślili ideologię „produkuj tak, żeby się zepsuło na amen po roku”, „ukryj faktyczne koszty”, czy „jak nie kupujesz to inni umrą z głodu”.  Nieprawdą jest, i wszyscy to czują, że można „myśleć globalnie działać lokalnie” lub „lokalnie rozwiązać globalne problemy”- to powoduje jedynie frustrację. Nieprawdą jest, że niejedzenie mięsa przez szlachetnych w swoim mniemaniu wybrańców wpłynie jakkolwiek na przemysłowy chów zwierząt – za to z pewnością tym szlachetnym poprawi humor. Nieprawdą jest, że ludzkość da się wyżywić soją GMO i sałatą wzrastającą – wobec erozji gleb – na sztucznych nawozach produkowanych (oczywiście) przez korporacje. Nieprawdą jest, że będzie raj, jeśli tylko ludzkość „nabierze świadomości”, bo nie nabierze nigdy, nigdy nie zostanie oświecona. Nieprawdą jest, że zbawią nas etykiety „eko”,”bio”, „slow”- bo to inne twarze buntu a filozofia buntu napędza korporacyjny biznes i system nierówności.

Takie apele nie trafią nie tylko dlatego, że są histeryczną propagandą skierowaną w niewłaściwą stronę (ludzi bezradnych), ale także dlatego, że świat jednostki leży daleko od Świata, Wielkich Ideologii i Dyskursów, Wielkich Liczb. Nie ogarniamy świata i można to uznać za słabość; ale jest w tym także nadzieja, że jesteśmy zdolni do ciągłego, bo nieracjonalnego, odbudowywania, dostosowania się, szukania kolejnego punktu równowagi bez zbędnych deliberacji. Ktoś przecież systematycznie sprząta po wszystkich wojnach – można zapytać: po co? skoro zaraz będzie następna… Są tacy, co nieracjonalnie (wobec „katastroficznego przeludnienia”) upierają się mieć dzieci i tacy, co na morzu gleb zatrutych będą uparcie kochać dżdżownice i obsiewać swój maleńki raj. Świat po zniszczeniach odradza się dzięki codziennej, maluczkiej, irracjonalnej krzątaninie i wąskim horyzontom. To może szczyt mojej głupoty, ale wierzę, że nadchodzący cień światowego tsunami  jest więc właściwym momentem na tworzenie nowych, konstruktywnych, naszych własnych małych narracji, trzymających się (tym razem) ziemi, empirii, i biorących pod uwagę ludzkie ograniczenie, słabość i małość – bo inni nie będziemy. Indywidualnej narracji – na ile to możliwe – samowystarczalności, wewnątrzsterowności  i wyjścia z odurzenia pustymi ideologiami (czym jest kredyt? system bankowy, aparat prawa, religia, domniemana potrzeba relokacji zasobów?). Wiara ta, jak to wiara, niczym nie poparta, ale jakoś skrycie wierzę w moralność, „twarz”, odrodzenie, miłość i takie inne niemodne.

 Ta narracja musi uwzględniać nie tylko właściwy, pełny koszt naszych działań, nie tylko oczywisty cykl Życia-Śmierci-Życia, ale przede wszystkim to, że człowiek robi jedno, myśli drugie a głosi trzecie. Czego powodem nie jest świadoma hipokryzja ani „zło” a głębokie ludzkie „wewnętrzne zalabiryntowanie”, wrodzone pęknięcie, niespójność. Nienawidzi a chleb wrogowi poda. Kocha a zrani do krwi. Głosi porywające myśli a sam według nich żyć nie chce. Nigdy nie zrezygnuje z zaspokojenia swoich potrzeb, choć będzie ględził o „odpowiedzialności” i „przyszłych pokoleniach”. Dlatego nam te budowy kolejnych rajów pod Wielkie Ideologie nie wychodzą a jak wychodzą- to złe, głupie i mało rajskie.  A piekła znów czasem dziwnie ludzkie, z przebłyskiem dobra, choć wbrew nadziei. I ta codzienność budowana z małych cegiełek egocentryzmu, ba! z pustaczków (nieprawdaż?) i to wcale nie na wysokim C. Ludzie po cichu nienawidzą tej Nadętej Ludzkości, nie da się ukryć.

Żeby zilustrować to jednostkowe miganie się od/zmaganie się z kwestiami egzystencjalnymi, krótką pamięć w starannym obmyślaniu świata („wydanie drugie”) odwołam się do kolejnego kawałka z twórczości Wisławy Szymborskiej, który mnie zawsze tak rozpieprza, że aż nie lubię go czytać. Bez dalszego komentarza, choć tu można napisać opasły tom rozprawy doktorskiej. Ja nie napiszę, przepraszam.

Pod jedną gwiazdką

Przepraszam przypadek, że nazywam go koniecznością.
Przepraszam konieczność, jeśli jednak się mylę.
Niech się nie gniewa szczęście, że biorę je jak swoje.
Niech mi zapomną umarli, że ledwie tlą się w pamięci.
Przepraszam czas za mnogość przeoczonego świata na sekundę.
Przepraszam dawną miłość, że nową uważam za pierwszą.
Wybaczcie mi, dalekie wojny, że noszę kwiaty do domu.
Wybaczcie, otwarte rany, ze kłuję się w palec.
Przepraszam wołających z otchłani za płytę z menuetem.
Przepraszam ludzi na dworcach za sen o piątej rano.
Daruj, szczuta nadziejo, ze śmieję się czasem.
Darujcie mi, pustynie, że z łyżką wody nie biegnę.
I ty, jastrzębiu, od lat ten sam, w tej samej klatce,
zapatrzony bez ruchu zawsze w ten sam punkt,
odpuść mi, nawet gdybyś był ptakiem wypchanym.
Przepraszam ścięte drzewo za cztery nogi stołowe.
Przepraszam wielkie pytania za małe odpowiedzi.
Prawdo, nie zwracaj na mnie zbyt bacznej uwagi.
Powago, okaż mi wspaniałomyślność.
Ścierp, tajemnico bytu, że wyskrobuję nitki z twego trenu
Nie oskarżaj mnie duszo, że rzadko cię miewam.
Przepraszam wszystko, że nie mogę być wszędzie.
Przepraszam wszystkich, że nie umiem być każdym i każdą.
Wiem, że póki żyję, nic mnie nie usprawiedliwia,
ponieważ sama sobie na przeszkodzie.
Nie miej mi za złe, mowo, że pożyczam patetycznych słów,
a
potem trudu dokładam, żeby wydały się lekkie.

Dodaj komentarz